nick:
theagata
wiek:
-
płeć:
kobieta
2010/07/11
koncert Adriana Belew "bez BELEW" więcej >>
w czerwcowym numerze TR ukazała się informacja elektryzująca wielbicieli cudnego głosu Adriana Belew - w ramach Warsaw Summer Jazz Days zagra Crimson Garden w składzie - m.in. - ADRIAN BELEW, Pat Mastelotto, Tony Levin i Trey Gunn;
a potem, gdy bilet na koncert został już zakupiony, radość oczekiwania zaczęła mieszać się z wątpliwościami bo nigdzie nie można było znaleźć informacji potwierdzających udział Adriana Belew w projekcie CRIMSON GARDEN, poza zapowiedziami organizatora WSJD których pewne wersje zostały opatrzone zwrotem "być może", a zapytany e-mailem w przeddzień koncertu czy AB na pewno wystąpi odpowiedział że "bez BELEW", tylko tyle(!) bez wyjaśnienia dlaczego "bez";
w takiej sytuacji można pomyśleć że być może (a może właśnie "na pewno") od początku wiadomo było (organizatorowi) że AB nie przyjedzie a jego nazwisko miało tylko przyciągnąć fanów artysty na koncert jego kolegów...
można się trochę zdenerwować ale przecież nie można się obrazić na muzykę! więc na koncert iść trzeba
i to była słuszna decyzja bo jednak ci którzy dali się "być może" wkręcić nie muszą tego żałować;
cały koncert składał się z trzech części - jako pierwsi swój projekt TU zaprezentowali Pat Mastelotto i Trey Gunn; potem na scenie pojawił się STICK MEN w składzie: Tony Levin, Pat Mastelotto i Michael Bernier w ostatniej odsłonie wystąpili wszyscy muzycy jako CRIMSON GARDEN;
początek wieczoru nie był porywający ale okazał się ciekawy (TU), pierwsze cieplejsze emocje w nieludzko wyziębionej Sali Kongresowej (przeklęta klimatyzacja!) zaczęły się pojawiać gdy swój występ rozpoczął STICK MEN i do publiczności przemówił TONY LEVIN, potem
muzyka pognała zdecydowanie daleko od jakiejkolwiek odmiany jazzu w kierunku hard rocka i heavy metalu, Kongresowa została zdobyta, a bohaterem wieczoru został PAT MASTELOTTO - mistrz!!!
2010/06/21
po raz kolejny zachwycił w Warszawie więcej >>
po dwóch latach od pamiętnego pierwszego koncertu w Stodole Serj boski Tankian wrócił do Warszawy, tym razem z projektem Elect The Dead Symphony (który po raz pierwszy został zaprezentowany
w 2009 roku w Nowej Zelandii w towarzystwie 70-osobowej orkiestry)
i w sprzyjającej temu wydarzeniu ładnej scenerii Amfiteatru w Parku Sowińskiego
wystąpił w towarzystwie poznańskiej orkiestry L'Autunno
(to niesamowite, że w każdym kraju towarzyszą mu lokalni muzycy!);
pełen pozytywnej energii i entuzjazmu, pięknie radosny Serj pojawił się w swoim białym garniturku (tym razem bez cylindra)
i od razu dał odczuć że jest pod dużym wrażeniem bardzo żywej reakcji tłumnie wypełniającej amfiteatr publiczności,
szczególnie spodobało mu się skandowane: OR!KIE!STRA! w tym była MOC i on też wyraźnie to poczuł;
nawet kilkakrotnie prowokował tłum żeby znów usłyszeć: OR!!!KIE!!!STRA!!! ;)
w trakcie występu pojawiały się prezenty - polska flaga oraz bukiet kwiatów dla Serja,
a dla nas bonusy - Serj zaśpiewał dwa nowe utwory z mającego się wkrótce ukazać jego nowego solowego albumu "Imperfect Harmony" i tak jak sam od razu zapowiedział tutaj zaaranżowane specjalnie na orkiestrę, zgodnie z formułą koncertu, natomiast na płycie ich brzmienie będzie połączeniem elekroniki, orkiestry, jazzu i rocka bo właśnie taki będzie nowy materiał;
punktem kulminacyjnym tego wspaniałego wieczoru było zejście artysty ze sceny, wmieszanie się w publiczność i wspólne zaśpiewanie "Empty Walls" (dziękujemy za zaufanie!!!);
ta formuła wyraźnie się sprawdza - Serj boski Tankian genialnie połączył rock z instrumentami symfonicznymi, to był jego kolejny cudny i od początku do samego końca porywający koncert, którego koniec nastąpił (jak zwykle) zbyt szybko więc: see you next time!
2010/05/25
to już kolejna w tym roku strata w świecie muzyki R.I.P. Paul Gray więcej >>
2010/04/24
"Nobody's Daughter" - którego premierę kilkakrotnie zapowiadano i odwoływano (można było kilka razy zwątpić czy kiedykolwiek powstanie) - czwarty album w dyskografii Hole, z którego oryginalnego składu pozostała już tylko jego liderka,
powstawał przez pięć burzliwych lat, w czasie których LOVE zdążyła
zaliczyć m.in. pobyt w klinice odwykowej oraz areszcie domowym; i jak to często w takich okolicznościach bywa pomogli przyjaciele, m.in. Linda Perry, Billy Corgan i Michael Beinhorn, dzięki którym płyta właśnie się
zmaterializowała;
efekt końcowy tego długiego procesu tworzenia pozytywnie zaskakuje,
mocną stroną albumu jest jego zróżnicowane tempo, tutaj
piosenki rockowe - szybkie i bardzo szybkie, głośne i jeszcze głośniejsze - przeplatają się z balladami inspirowanymi twórczością Boba Dylana i Fleetwood Mac, Courtney Love kilkakrotnie sięga po gitarę akustyczną i pojawiają się zaskakujące kompozycje w których początkowy folkowy motyw łagodnie rozwija się i nabiera rockendrollowego pazura;
a wszystko to idealnie ze sobą współbrzmi,
co w połączeniu z drugą mocną stroną tego albumu - ciekawymi tekstami - układa się w interesującą całość;
"Nobody's Daughter" wciąga, chce się tego słuchać nie_jeden_raz, koniecznie głośno!
2010/04/19
nareszcie (!) będzie okazja obejrzenia "ALL TOMORROW`S PARTIES" z udziałem (m.in.) The Mars Volta; dokument ten znalazł się w programie tegorocznego Planete Doc Review, który startuje w maju; duże brawa dla organizatorów festiwalu.
„na ołtarzu leży łza trochę większa od kropli krwi
leżą Pola Truskawkowe w Parku / na ołtarzu leży dom leżą ci, co oddali głos aby inni mogli zgiąć im karki / dyplomatów wybrał lud na ołtarzu leży ich trud (…) nie ma ….” (nie ma Boga - Morawski Waglewski Nowicki Hołdys)
[*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*] [*]
Sargent House management ujawnił, że już wkrótce możemy spodziewać się dwóch kolejnych albumów będących efektem współpracy Omara R-L i Johna Frusciante; to ma być niespodzianka (lubię takie niespodzianki, bardzo!) więc żeby nie zepsuć efektu zaskoczenia szczegóły dotyczące wydawnictw oraz ewentualne wspólne plany obu muzyków trzymane są w tajemnicy;
btw aktualnie Omar zajęty jest m.in. promocją swojego filmu "The Sentimental Engine Slayer" którym na początku lutego zadebiutował jako reżyser i aktor (sic!) na festiwalu filmowym w Rotterdamie, a Fru został bohaterem mijającego tygodnia zwyciężając w zorganizowanym przez BBC 6 Music plebiscycie "Axe Factor" na najlepszego gitarzystę ostatnich 30 lat pokonując m.in. Slasha, Matta Bellamy, Johnny`ego Marra i Toma Morello; gratulacje!
2010/04/08
R.I.P. więcej >>
Malcolm McLaren przegrał swoją walkę z rakiem, zmarł dzisiaj w wieku 64 lat; pozostanie niezapomniany przede wszystkim jako menager Sex Pistols i promotor punk rocka
2010/03/24
[*] [*]
więcej >>
"I know I cannot leave this place full of memories
Things like the way they knew us all over town
We used to walk the streets together
We could be seen
Past shops where people knew us, yeah people... See More
Yeah they knew
Memories can hang you up and haunt you all your life, you know
Get so you cannot stay and yet cannot go (...)"
2010/03/07
to co zrobił szef XL Richard Russel wydobywając z narkotykowo-więziennej otchłani Gila Scott-Herona jest porównywalne do tego, co uczynił dla Johnny`ego Casha Ric Rubin;
i jeśli przez 16 lat nieobecności świat o nim zapomniał to teraz m u s i sobie przypomnieć bo jeden z najbardziej wpływowych amerykańskich poetów i muzyków GIL SCOTT-HERON właśnie powrócił w absolutnie mistrzowskim stylu albumem "I`m New Here" który: powala rozkłada rozwala wdziera się w mózg hipnotyzuje uzależnia na długie tygodnie nie pozwala się oderwać i zmusza do myślenia o nim nawet w chwilach jego niesłuchania; to prawdziwa dwudziestoośmiominutowa (tylko i aż!!!) bomba emocjonalna!!!
tymczasem kilka dni przed przypadającą 26 lutego 78 rocznicą urodzin Johnny`ego Casha,
Ric Rubin zamknął kultową już serię "AMERICAN RECORDING" szóstą jej częścią - bardzo pięknym brzmiącym niemal jak misterium śmierci ostatnim albumem artysty "Ain`t No Grave";
i tak jak "AIN`T NO GRAVE" Johnny`ego Casha brzmi jak ostateczne pożegnanie tak "I`M NEW HERE" Gila Scott-Herona przeciwnie daje nadzieję na odrodzenie; być może ze wspólpracy Scott-Herona z Russelem powstanie kolejna wspaniała seria która również doczeka się miana kultowej, oby tak się stało, jeszcze za życia artysty.
2010/02/28
pierwszy zespół w Polsce, którego singiel został w całości sfinansowany przez internautów więcej >>
na początku roku zespół NeLL udanie zadebiutował płytą długogrającą "White Noise Zone", wczoraj w trójkowym Studiu im. A. Osieckiej zagrał porywający koncert promujący to wydawnictwo; publiczność wyraźnie dobrze się bawiła bo nóżki same chodziły a główki kiwały w rytm mocnych rytmicznych dźwięków; dawno muzyka debiutującego polskiego zespołu nie brzmiała tak świeżo zdecydowanie i przekonująco; charyzmatyczny wokalista łatwo nawiązywał kontakt ze słuchaczami zgromadzonymi w studiu, nie zapominał też o tych przy radioodbiornikach; panowie zagrali nie tylko materiał z promowanej płyty, postarali się zaskoczyć publiczność i specjalnie na wczorajszy koncert przygotowali zupełnie nowy utwór "6am" który być może pojawi się na ich drugim krążku, bo oni już myślą o następcy "White Noise Zone", piosenka trochę w klimacie Placebo, bardzo przyjemnie się jej słuchało; w czasie bisów dobrze poradzili sobie też z kompozycją Chrisa Cornella ale oni wyjątkowo dobrze brzmią nie tylko w repertuarze polskim ale też w angielskim co jest zasługą profesjonalnego przygotowania wokalisty do śpiewania w obu językach; warto było zaryzykować i poświęcić sobotni wieczór bo ten wczorajszy był zdecydowanie udany; zespół pokazał że ma ogromny potencjał do grania na dużej scenie a organizatorzy tegorocznych imprez muzycznych bez żadnych obiekcji powinni to wykorzystać, warto dać im szansę bo NeLL daje radę!!!
2010/02/28
nareszcie wiem!!! więcej >>
jutro premierę będzie miał trzeci album ABO "COCONUT"; zespół wcześniej przygotował ogromną niespodziankę dla swoich niecierpliwych fanów i przez dziesięć kolejnych dni poprzedzających premierę, jakby w ramach końcowego odliczania, udostępniał na swojej stronie 1 piosenkę dziennie wraz z video do każdej z nich (w limitowanej edycji albumu do CD będzie dołączone DVD z 10 video); dzisiaj ze strony ABO wybrzmiewa ostatnia zamykająca płytę kompozycja "Run Gospel Singer"; i ja już wiem!!! wiem jaki jest następca genialnego "Derdang Derdang", nie jest ani lepszy ani gorszy, zespołowi udało się utrzymać swój najwyższy poziom, "Coconut" już od pierwszego usłyszenia porywa i chwyta za gardło, to jest kolejny absolutnie GENIALNY album Archie Bronson Outfit!!!
po trzech latach przerwy 11 maja CocoRosie zadebiutują w ramach nowego kontraktu w wydawnictwie Sub Pop albumem „GREY OCEANS” będącym efektem mocno aktywnego roku 2008, który siostry Casady spędziły głównie na komponowaniu i nagrywaniu w wielu ciekawych miejscach świata: Buenos Aires, Melbourne, Berlinie, Nowym Jorku i Paryżu, kolaborując z różnymi muzykami;
na następcy pochodzącego z 2007 “The Adventures of Ghosthorse and Stillborn” znajdzie się 11 piosenek:
Trinity’s Crying,
Smokey Taboo,
Hopscotch,
Undertaker,
Grey Oceans,
R.I.P. Burn Face,
The Moon Asked the Crow,
Lemonade,
Gallows,
Fairy Paradise,
Here I Come; ******************
na 9 marca zapowiadana jest światowa premiera niezwykłego wydawnictwa Serja Tankiana "ELECT THE DEAD SYMPHONY" (CD/DVD) z towarzyszeniem 70-osobowej Auckland Philharmonic Orchestra; w ramach trasy promocyjnej 20 czerwca SERJ boski TANKIAN po dwóch latach od wspaniałego niezapomnianego koncertu w Stodole wróci do Warszawy i
wystąpi z "Elect the Dead Symphony" (być może w towarzystwie Polskiej Orkiestry Radiowej) w Parku Sowińskiego, hurra!!!!!!!!!!!!!!!!!
2010/02/18
bo bardzo tego brakuje: P.S. 1 - w podsumowaniu Albumów Dekady jako pierwszy poza pierwszą piątką jest genialny "DERDANG DERDANG" Archie Bronson Outfit a potem Wielka Reszta z SOAD i RHCP na czele; P.S. 2 - Nagranie Roku 2009 - rewelacyjny jam "Only for Tonight" w wykonaniu
RX Bandits ft. Marcel Rodriguez-Lopez (Zechs Marquise)
2010/02/07
muzyczno-tenisowy więcej >>
najpierw mała (ale istotna) zaległość z grudnia 2009 - album Neila Younga "DREAMIN' MAN LIVE '92", zapis solowego
akustycznego koncertu z piosenkami pochodzącymi z płyty "Harvest Moon";
całość przyjemnie nastrojowa i pięknie wyśpiewana, miło jest dać się ponieść Youngowi i marzeniom;
początek 2010 to kolejne wspaniałe wydawnictwo koncertowe - "Reality Tour" -
muzyczna pamiątka po najdłuższym w karierze (dziesięciomiesięcznym) tournée DAVIDa BOWIE w 2003 r.;
ta kompilacja koncertowych nagrań porywa
mnóstwem
wspaniałej muzyki z różnych okresów działalności artysty, w przeważającej większości są to ulubione (czyt. te mniej
popularne czyt. nie zarżnięte przez radio) piosenki;
"Reality Tour" wspaniale
potęgowało emocje związane z tegorocznym turniejem Australian Open będącym namiastką lata
w środku zimy; niesamowite 2 tygodnie w gorącym Melbourne zwieńczone (znowu!) łzami pokonanego,
ale to nie byly łzy Federera bo to ON w tym roku triumfował (i to jak!!!).
2010/02/04
zamiast niekończącej się listy - 5 Absolutnie Najważniejszych Albumów Dekady:
"Frances The Mute" & "Amputechture" - THE MARS VOLTA :: "Lateralus" & "10.000 Days" - TOOL :: "Fiu, Fiu" - LECH JANERKA.
2010/02/02
rok 2009 obfitował w muzyczne wydarzenia,
ukazało się mnóstwo płyt wartych co najmniej kilkukrotnego posłuchania, a wartych zapamiętania (takich do których chce się wracać, po raz kolejny i jeszcze raz, a po jakimś czasie znowu, takich których nie można się nasłuchać, które wciąż wzbudzją emocje?) - tych zdecydowanie mniej:
NA PEWNO WARTO
zapamiętać to co zrobił OMAR RODRIGUEZ-LOPEZ wspólnie z The Mars Volta - "OCTAHEDRON" i wszystko to czego dokonał poza zespołem - 6 płyt solowych (jak zapowiedział tak zrobił!) plus jeszcze COŚ; przede wszystkim warto:
"Los Sueñosde un Higado" (krótka płytka live nagrana w legendarnym BBC Maida Vale Studios z udziałem Ximeny Sariñany; nagranie usłyszane po raz pierwszy w BBC Radio 1 jeszcze zanim było wiadomo że zostanie wydane, niezapomniane pierwsze zachwycające wrażenie) oraz
"Xenophanes" (Omar po raz pierwszy zaśpiewał tutaj jako główny wokalista, zrobił to po hiszpańsku i ładnie, być może nie od razu przekonująco, bo to jednak było duże zaskocznie;)
i jeszcze to COŚ: album "TERRA INCOGNITA" sygnowany Juliette and The New Romantiques,
Omar Rodriguez-Lopez wystąpił nie tylko w roli producenta ale również współtwórcy, miał wkład w kompozycje i dodatkowo na nim zagrał, to jest absolutna rewelacja roku!!!
dopiero na tej płycie Juliette Lewis (wciąż jedna z ulubionych aktorek) po raz pierwszy przekonuje jako wokalistka, muzyka jest porywająca a całość zdecydowanie może zasługiwać na miano Albumu Roku 2009 (podobno na koncertach Juliette and The New Romantiques wciąż brzmi słabo, zdecydowanie nie daje rady bez Omara!);
rok 2009 kojarzyć się będzie również z kolejnymi bardziej lub mniej porywającymi albumami PJ Harvey, Morriseya, Devendry Banharta, Franz Ferdinand, Arctic Monkeys, White Denim, Placebo, Muse i Living Colour, z projektami Street Sweeper Social Club i Them Crooked Vultures, z wydawnictwami szczególnie dobrze wpisującymi się w klimat zimnych późnych wieczorów - "BEAK" BEAK i "EMBRYONIC" Flaming Lips oraz ładnym wspólnym albumem Davida Byrne`a i Briana Eno "Everything That Happens Will Happen Today",
a także ze zwariowaną płytką EUROS CHILDS "Son of Euro Child" dla urozmaicenia;
rok 2009 to również pojawiające się przez 12 m-cy smutne wiadomości o tych
którzy właśnie w tym czasie odchodzili, na zawsze, m.in.: John Martyn, Les Paul, Michael Jackson, Vic Chesnutt, Rowland S. Howard, Kate McGarrigle;
rok 2009 to także zaskakujące odkrycie rowerowej pasji Davida Byrne`a i jego książka "BICYCLE DIARIES",
nudny film o Patti Smith "Patti Smith Dream of Life" na PLANET DOC REVEW i porywający "SOUL POWER" na tym samym festiwalu;
rok 2009 to także kolejna zmiana perkusisty w THE MARS VOLTA (na własne życzenie odszedł Thomas Pridgen a jego miejsce zajął Dave Elitch) oraz zapowiedź nowej, filmowej, pasji Omara Rodrigueza-Lopeza.
2010/01/31
Red Hot Chili Peppers powrócili w piątek 29 stycznia by zagrać w LA dla Neila Younga;
tak jak już wcześniej oficjalnie potwierdzono pojawili się bez Johna Frusciante;
jego miejsce zajął teraz JOSH KLINGHOFFER(podobnie jak kiedyś Dave Navarro na czas pierwszego odejścia FRU z zespołu),
związany z RHCP od kilku lat, wspomagający ich podczas koncertów (w Polsce też był widziany) a z Frusciante współtworzący projekt ATAXIA;
podczas uroczystości ku czci legendy folku uhonorowanego "MusiCares Person Of The Year" zaproszeni wykonawcy śpiewali w uznaniu dla Neila Younga
piosenki pochodzące z jego repertuaru, RHCP zagrali “A Man Needs a Maid";
być może warto zapamiętać tę datę bo być może to właśnie jest początek zapowiadanego na ten rok końca przerwy w działalności zespołu, jednak trudno się cieszyć bo jak to... Red Hot Chilli Peppers bez Johna Frusciante?
2010/01/26
już jest, słucham go od wczoraj - "Shark’s Tooth" - pierwszy od dawna nowy utwór ABO, podoba mi się i z tym większą niecierpliwością będę czekać do 1 marca na cały nowy album
2009/12/13
wspaniała zapowiedź na 2010 więcej >>
po prawie czterech latach od premiery absolutnie rewelacyjnego "Derdang Derdang" 1 marca 2010 ukaże się "COCOUNT" - trzeci album ARCHIE BRONSON OUTFIT, to jest już od dłuższego czasu jeden z najbardziej (obok TOOL, RHCP i SOAD) oczekiwanych powrotów; pierwszym singlem będzie "Shark’s Tooth" (wg wydawcy - Domino Records - określany jako mocno psychodeliczny czyli taki jak ja lubię) którego premiera zapowiadana jest na 25 lutego, a już teraz można posłuchać trailera, to brzmi bardzo zachęcająco :))
2009/10/25
koncert i film więcej >>
jeszcze większy i wspanialszy niż Woodstock, Live Aid i Rock in Rio, ISLE OF WIGHT FESTIVAL w 1970 r. miał rekordową publiczność (w Księdze Rekordów Guinnessa odnotowano liczbę 600 tys. fanów, która mogła wynosić nawet do 800 tys.); to była 2 w nocy 31 sierpnia 1970 r. gdy 35-letni wtedy Leonard Cohen niemal wyrwany z łóżka (podobno z sennego koszmaru) wyszedł na scenę po słynnym już ognistym występie Jimiego Hendrixa (niecałe 3 tygodnie później Hendrixa nie było już wśród żywych) i zagrał z zespołem swój wspaniały koncert; zapis z tego wydarzenia ukazał się właśnie po raz pierwszy jako "Leonard Cohen Live at Isle of Wight 1970" w postaci CD, 2 LP, DVD i BlueRay; CD zawiera pełną wersję - 77 minut muzyki przeplatanej anegdotami i komentarzami Leonarda Cohena wygłaszanych do publiczności, jest też specjalna dedykacja dla Joan Baez, a całość brzmi bardzo świeżo, jest pełne radości i niesamowitej energii jakby to wcale nie działo się w środku nocy; to jest niezwykłe doświadczenie usłyszeć jak artysta dzisiaj już 75-letni śpiewał pełną parą kiedyś... gdy był piękny i młody;
GŁOS Leonarda Cohena będzie można wkrótce usłyszeć również w kinach; na 5 listopada zapowiedziana jest premiera kanadyjsko-francuskiego filmu dokumentalnego "TYBETAŃSKA KSIĘGA UMARŁYCH", zrealizowany przez trzech reżyserów (Barrie Angus McLean, Yukari Hayashi i Hiroaki Mori) dokument powstał w 1994 r. i wcześniej gościł u nas tylko na kilku przeglądach;
jako znany buddysta pieczę nad tym projektem roztoczył Leonard Cohen i wystąpił w nim w roli narratora; wspaniale jest usłyszeć jego tym razem głęboki, spokojny głos wprowadzający w świat "Tybetańskiej Księgi Umarłych", jednego z najważniejszych tekstów buddyzmu traktującego o śmierci i reinkarnacji, której autorem jest mistrz Padmasmbhawa (Guru Rinpocze).
2009/10/18
lato 2009 zaczęło sie z premierą piątego studyjnego albumu THE MARS VOLTA - "OCTAHEDRON", powszechnie określanego jako "mellow"(łagodny), bo tak właśnie miało być wg zamierzeń Omara, żeby dać sobie i słuchaczom wytchnienie od ciężkich brzmień; to też efekt słuchania przez niego łagodnych dźwięków m.in. Leonarda Cohena i Tima Buckleya dla odstresowania się po wyczerpującej psychicznie pracy nad "The Bedlam In Goliath"; powstała bardzo ładna płyta idealnie wpasowująca się w nastrój łagodnego letniego czasu, trochę tylko brakuje tutaj Adriána Terrazasa-Gonzáleza z jego saksofonem; koniec najwspanialszej pory roku nastąpił z pojawieniem się (też piątego!) albumu MUSE - "THE RESISTANCE", po wcześniejszych zapowiedziach zespołu można było spodziewać się że będzie "trochę symfonicznie", efekt przerósł oczekiwania, powstało wspaniałe porywające dzieło dla tych co lubią patos w wykonaniu Muse, a ja lubię bardzo; a teraz, gdy już nastąpił pierwszy atak zimy wraca właśnie RAMMSTEIN z "Liebe Ist Für Alle Da" i FU MANCHU z "Signs Of Infinite Power" i obie te kapele robią to w swoim najwspanialszym stylu, tutaj jest moc i tak potrzebny teraz OGIEŃ!!!
2009/09/20
Guillermo Arriaga o Omarze R-L więcej >>
Omar Rodriguez-Lopez jest współautorem (obok Hansa Zimmera) ścieżki dźwiękowej do “THE BURNING PLAIN” - debiutu reżyserskiego Guillermo Arriagi, wielokrotnie nagradzanego scenarzysty filmów takich jak m.in. „Babel", „Amores Perros", „21gramów" i "Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" (polecam wszystkie);
w wywiadach Arriaga bardzo chwali talent Omara stawiając go między Fryderykiem Chopinem a Jimim Hendrixem i twierdzi że czuje się zobligowany pracować z nim przy każdej kolejnej swojej produkcji;
“The Burning Plain” jest już drugim filmem przy którym panowie wspólnie pracowali, pierwszym był oparty na powieści Arriagi meksykański obraz “El Búfalo de la Noche” (to właśnie efektem pracy przy muzyce do tego filmu jest solowy album Omara "Se Dice Bisonte, No Bùfalo");
po ponad roku od światowej polska premiera “The Burning Plain” (pod polskim tytułem GRANICE MIŁOŚCI) zapowiadana jest na 23 października;
film, w którym zagrały m.in. Charlize Theron i Kim Basinger, zbiera bardzo dobre recenzje (nie tylko wśród fanów Omara R-L)
2009/06/27
1958-2009 więcej >>
[*]
2009/06/07
help to unlock! więcej >>
dwa tygodnie (i jeden dzień) pozostaly do premiery piątego albumu The Mars Volta; z tej okazji zespół postanowił dać swoim fanom prezent; aktualnie przedpremierowo można posłuchać trzech utworów a już wkrótce mogą być dostępne kolejne, akcja uwalniania piosenek oraz video z `OCTAHEDRON` rozgrywa się tutaj: http://www.themarsvolta.co.uk/octahedron (btw. dzisiaj nareszcie Roger Federer wygrał swój pierwszy FRENCH OPEN - congratulations!!!)
2009/05/23
a jednak... czasami życzenia się spełniają :D więcej >>
w czasie gdy fani THE MARS VOLTA z niecierpliwością czekają na "Octahedron" (premiera za miesiąc) Omar Rodriguez Lopez już zapowiada
premierę swojego kolejnego albumu!
`XENOPHANES`ukaże się we wrześniu 2009 i zaśpiewa na nim Ximena Sariñana, jednak większość partii wokalnych wykona Omar a wszystko po hiszpańsku (super!);
do udziału na `Xenophanes` zaangażowani zostali również: Thomas Pridgen (drums), Marcel Rodriguez-Lopez, Juan Alderete (bass) oraz Mark Aanderud (piano/synths).
f e n o m e n a l n i e ! więcej >>
Lech Janerka przed koncertem:
"Korzystając z okazji przypomnienia się warszawskiej publiczności koncertem w Teatrze na Woli przygotowałem repertuar będący retrospektywą mocnych akcentów ze wszystkich moich solowych płyt. Trudno mi tu mówić o jakimś precyzyjnie uknutym planie koncertu, gdyż taki nie istnieje. W zależności od poziomu malkontenctwa zespół wraz ze mną będzie napinał się i zygzakował po repertuarze nie zapominając o niuansikach i Klausie Mitffochu - wrocławskim świętym i patronie naiwnych zgryźliwców. Zapraszam. Lech Janerka, sierota ale żonaty. Dwójka dzieci w Anglii {Oxford}”. *****************************************************************
to był jeden z pierwszych koncertów Lecha Janerki po dłuższej przerwie; nie szkodzi że moja rezerwacja biletu się zdezaktualizowała bo dzięki temu wykupując tzw. wejściówkę zamiast wbić się grzecznie w teatralny fotel bez skrępowania zajęłam miejsce dosłownie przy samej scenie, bo tuż przed pierwszym rzędem dokładnie na wprost artysty (btw. kosztowało mnie to połowę ceny biletu z wyznaczoną miejscówką)
moje miejsce okazało się idealne bo wszystko było idealnie słychać i widać (wspaniałe pole obserwacji min Janerki i pozostałych artystów) a także dawało niczym nie skrępowaną swobodę ruchów, bo jak tu wysiedzieć spokojnie gdy muzyka porywa?!
bo koncert b y ł porywający! z każdą kolejną piosenką nastrój stawał się coraz bardziej radosny, artysta nie krył swojego zaskoczenia że jednak teatralne warunki nie krępowały żywiołowej reakcji publiczności, zagrał przekrojowo, tak jak wcześniej zapowiedział; zaczął od `Plagiatów` a potem sięgał coraz głębiej i głębiej wygrzebując te bardzo stare i rzadko grane piosenki o których mówił, że pewnie nie znamy a potem cieszył się że jednak znamy; na koniec włączył nas do wspólnego śpiewania "Jezu jak się cieszę" i chyba wszyscy się cieszyli bo sala poderwała się z siedzeń i zaczęły się radosne pląsy, a potem były bisy i wszystko trwało ponad półtorej godziny co świadczy o tym, że Janerka nie oszczędzał swojej niedawno odzyskanej formy i że ma się świetnie; a po koncercie miło było zostać jeszcze i poczekać chwilę żeby podać płytę do podpisania, porozmawiać i podzielić się obopólną radością z jego powrotu na scenę, złożyć życzenia z okazji zbliżających się urodzin, które już 2 maja (być może zrobiłam to jako pierwsza! :P) a także dostać potwierdzenie z najpewniejszego źródła że KLAUS MITFFOCH reaktywuje się w oryginalnym składzie po to, żeby 4 czerwca 2009 w 20 rocznicę upadku komunizmu zagrać na Pl. Teatralnym w Warszawie dokładnie 2 piosenki - "Jezu jak się cieszę" i coś jeszcze; w planach na rok 2009 Janerka ma nagranie kolejnej płyty, którą zapowiada jako swoją ostatnią; szkoda bo każdy nowy album to w konsekwencji seria koncertów promocyjnych, a ja nie chciałabym żeby Lech Janerka występował tylko przy tzw. okazji śpiewając jedną albo dwie piosenki.
2009/04/23
Omar Rodriguez-Lopez pojawił się niedawno na koncertach w Europie w ramach promocji swojego solowego albumu `OLD MONEY`, a podczas kilku z nich u jego boku objawiła się tajemnicza wokalistka Ximena Sariñana Rivera, 23-letnia meksykańska aktorka i piosenkarka;
i to było niesamowite doświadczenie, bo mimo że jej solowe muzyczne dokonania, poza tym że miło się ich słucha, nie są dla mnie czymś wyjątkowym to
połączenie delikatnego głosu Ximeny z kosmiczną muzyką Omara daje efekt wprost porażający, to jest tak piękne że aż chwyta za gardło; Ximena pojawia się z Omarem tylko sporadycznie i zupełnie niespodziewanie więc
trzeba mieć dużo szczęścia żeby trafić na nią śpiewającą w czasie koncertów Rodrigueaza-Lopeza, tak jak mieli je ci którzy byli na ich wspólnych występach w Londynie albo Berlinie lub słuchali specjalnej sesji nagranej przez nich dla BBC Radio 1 (Lucky Me! :D); teraz wszystkim pozostaje nadzieja że być może Ximena pojawi się na którymś z kolejnych Omarowych albumów.
2009/04/19
Happy B-Day Perry! więcej >>
swoje 50-te urodziny Perry Farrell świętował podczas Sobotniej Nocy w Las Vegas z "Perrypalooza"; to była prawdziwa muzyczna ekstrawagancja!
najpierw jubilat wystąpił z mini koncertem reaktywowanego niedawno Jane`s Addiction, zagrali także zaprzyjaźnieni artyści m.in.: Billy Idol, Debbie Harry, Juliette Lewis, Tom Morello, ale największą niespodzianką dla wszystkich było reaktywowanie przez Farrella PORNO FOR PYROS i pierwszy od 12 lat (!) występ tego znakomitego zespołu; czas pokaże czy to zapowiedź czegoś więcej czy tylko jednorazowy gig z okazji gorączki tej niezwykłej urodzinowej nocy.
2009/04/17
JULIETTE LEWIS po kilku latach wspólnego grania zdążyła znudzić się swoją kapelą THE LICKS i już wkrótce zadebiutuje z nowym projektem THE NEW ROMANTIQUES;
i być może nie zwróciłabym na tę wiadomość szczególnej uwagi gdyby nie fakt,
że producentem debiutanckiego albumu Juliette and The New Romantiques jest OMAR RODRIGUEZ-LOPEZ (!)
Juliette i Omar spotkali się podczas Japan's Fugi Rock Festival, miło sobie pogawędzili o filmach Felliniego i związkach dramatu z muzyką i wtedy w jej głowie narodził się pewien pomysł;
Lewis była właśnie na etapie poszukiwania producenta, który potrafiłby wydobyć z jej muzyki coś całkiem nowego dotąd nieznanego i pomyślała, że do tego nadawałby się właśnie ten genialny Rodriguez-Lopez;
po powrocie z Japonii zawiozła do jego nowojorskiego studia kasety z piosenkami w surowych wersjach, które nagrała sama w domu z akompaniamentem jedynie pianina, Omar stwierdził że wyczuwa tkwiący w tym materiale potencjał więc zgodził się pomóc starszej koleżance i już
pod koniec 2008 r. przez trzy tygodnie pracowali wspólnie nad płytą Juliette w studiach Brooklyn i Guadalajara, a potem całość została zmiksowana przez Richa Costeya;
a teraz czekam na efekty tej pracy
[[dokładna data premiery płyty The New Romantiques, której tajemnicza nazwa `TERRA INCOGNITA` oznacza `teren nieznany`nie została jeszcze określona, wiadomo tylko że ma to być wkrótce]]
podobnie jak czekam na trzeci album ARCTIC MONKEYS ze względu na sesje nagraniowe w JOSHUA TREE pod okiem (a przede wszystkim uchem) Josha Homme
mimo, że w obu przypadkach raczej nie spodziewam się niczego ani na miarę Radio Vago ani tym bardziej Kyuss;
btw. Juliette nie czekając na premierę `Terra Incognita` rozpoczęła trasę koncertową z The New Romantiques, a Omar Rodriguez-Lopez już za moment zadebiutuje w nowym projekcie EL GRUPO NUEVO DE OMAR RODRIGUEZ LOPEZ albumem `Criptomnesia I`, o którym już tutaj pisałam.
2009/04/15
to nie był żart, gdy 1 kwietnia napisałam o nowej płycie THE MARS VOLTA więcej >>
nowy album THE MARS VOLTA `Octahedron` ukaże się 23 czerwca w USA (reszta świata - dzień wcześniej); “Since We’ve Been Wrong” to tytuł pierwszego singla (wcześniej nagrany jako "Beneath The Eyelids"), który będzie promował wydawnictwo w USA (dla reszty świata pierwszym singlem będzie "Cotopaxi"); jak już sugeruje tytuł albumu znajdzie się na nim 8 kompozycji, a całość ma trwać niecałe 50 minut (dokładnie 49 min. 45 sek.)
TRACKLISTA:
1. “Since We’ve Been Wrong”,
2. “Teflon”,
3. “Halo of Nembutals”,
4. “With Twilight as My Guide”,
5. “Cotopaxi”,
6. “Desperate Graves”,
7. “Copernicus”,
8. “Luciforms”;
w składzie zespołu The Mars Volta który brał udział w nagraniu `OCTAHEDRON`wymienieni są: Marcel Rodriguez Lopez, Thomas Pridgen, Isaiah Ikey Owens, Juan Alderete de la Pena, Cedric Bixler Zavala, Omar Rodriguez Lopez
a także John Frusciante; na razie nie wiadomo jaki będzie skład koncertowy, czy FRU dołączy do TMV?
2009/04/13
[*] [*] więcej >>
9 kwietnia zginęli śmiercią tragiczną perkusista (Michał Traczyk) i basista (Patryk Klepacki) zespołu MUTE, który miałam okazję poznać podczas ostatniej edycji konkursu Młode Wilki; to straszne gdy umierają takie młode chłopaki [R.I.P.]
2009/04/05
nareszcie jest! wiosna! więcej >>
ale najpierw był bardzo długi okres oczekiwania na nią przy kosmicznych dźwiękach `OLD MONEY` Omara Rodrigueza Lopeza i stonowanych (dla równowagi) brzmieniach płyt m.in. Marissy Nadler, A Camp, Neco Case, Fever Ray, Swan Lake, Dana Auerbacha, ubiegłorocznej Emiliany Torrini i EP-ki Soap & Skin oraz fajnie zakręconych Micachu i Dent May And His Magnificent Ukulele, a także punkrockowego Titus Andronicus;
ale PRZEDE WSZYSTKIM przy porywających dźwiękach `YEARS OF REFUSAL` Morrisseya; to wspaniały album skutecznie wykopujący nastrój z dołów w jakie może wpaść podczas kolejnych ataków paskudnej zimy (i nie tylko), a wszystko to dzięki muzyce, przepełnionej emocjami i unoszącej jakby na przekór mało optymistycznym tekstom;
w tym czasie zdarzyła się jeszcze porażka Chrisa Cornella pt. `SCREAM`, ale o tej płycie Trent Reznor powiedział już wszystko ;)) ************************************************************
WIOSNA objawiła się dokładnie w dniu w którym po raz pierwszy usłyszałam album
PJ Harvey i Johna Parisha
`A WOMAN A MAN WALKED BY`; to jest druga w długiej historii ich znajomości i pierwsza od 13 lat kolaboracja Harvey i Parisha
(nie licząc jego udziału jako producenta czy gitarzysty na jej solowych albumach),
przez nich samych określana jako projekt poboczny, ale to wcale nie znaczy że ma mniejsze znaczenie niż autorskie projekty obojga artystów, słychać wyraźnie ogromne zaangażowanie obu stron, w każdym wymiarze; ON wspaniale dopracował materiał w warstwie kompozycyjnej i instrumentalnej, ONA - tekstowej i wokalnej;
`A WOMAN A MAN WALKED BY` jest pełen pasji, po ascetycznym `White Chalk` ten album mocno zaskakuje i to jest bardzo pozytywne doznanie; John doskonale wykorzystuje swoje zdolności multiinstrumentalisty używając niemal wszystkiego - od pianina o saloonowym brzmieniu przez banjo, ukulele i gitarę, a Polly Jeane nie tylko śpiewa, ona dosłownie gra swoim głosem; są tutaj nagłe zmiany tempa kompozycji i zmienny jest też głos PJ Harvey, raz śpiewa łagodnie, delikatnie a nawet dziecinnie, potem krzyczy wrzeszczy a w "Pig Will Not" nawet szczeka! momentalnie nasuwają się skojarzenia z pokręconymi motywami Captain Beefheart i ekspresją Grindermana; całość przepełniona jest mnóstwem emocji, można odnieść wrażenie że ta muzyka na przemian głaszcze i kopie, drapie i gryzie; już na wstępie od otwierającego "Black Hearted Love" poraża bogactwem doznań, a potem karuzela wrażeń się rozkręca żeby na koniec wyhamować i złagodzić emocje;
to łatwo uzależnia i trudno jest się powstrzymać od nieustannego zapętlania tej płyty; PJ Harvey zapewnia że w swoich tekstach nie wykorzystuje wątków autobiograficznych, pmysły opiera na cudzych historiach, więc nie trzeba się jej bać gdy z niepohamowaną agresją wrzeszczy "I want your f***ing ass!";) być może `A WOMAN A MAN WALKED BY` nie do każdego przemówi, ale na pewno nikogo nie pozostawi obojętnym, a to już jest domena najwspanialszych dzieł muzycznych.
2009/04/01
"OCTAHEDRON" taki tytuł będzie miał piąty studyjny album The Mars Volta, jego realizacja spodziewana jest w czerwcu br. (na czerwiec i lipiec zespół ma zaplanowaną trasę koncertową po Europie)
2009/03/22
to jest super! więcej >>
Trent Reznor, tak jak wcześniej zapowiedział, wszedł do studia z muzykami reaktywowanego właśnie Jane's Addiction i natychmiast pojawił się pierwszy efekt wspólnej pracy
w postaci EP-ki, która ma pełnić rolę zapowiedzi wspólnej trasy koncertowej (maj/czerwiec - USA), którą panowie nazwali The NIN/JA 2009 Tour ("ninja" - pomysłowa nazwa :P),
a do udziału w niej zaprosili również innego wspaniałego artystę - Toma Morello z jego nowym projektem STREET SWEEPER w który zaangażowany jest też Boots Riley najlepiej znany jako lider The Coup;
The NIN|JA 2009 Tour Sampler zawiera po 2 utwory NIN i Jane`s Addiction wcześniej znane tylko z koncertów i 2 premierowe kompozycje Street Sweeper;
a wszystko to udostępnione dla każdego fana, na życzenie, za darmo!
btw. efekty wspólnej pracy duetu MORELLO - RILEY nad ich debiutancką płytą, której premiera ma nastąpić już wkrótce
(na stronie The NIN|JA 2009 Tour są dodatkowe utwory udostępnione do posłuchania)
brzmią mocno zachęcająco do tego żeby śledzić dalsze losy nowej kapeli Toma Morello; to już nie są folkowe protest songi znane z THE NIGHTWATCHMAN,
brzmienie Street Sweeper jest bliższe fighterskim klimatom RATM (momentami porywa);
a skoro marne są szanse na to żeby macierzysta kapela reaktywowała się z zamiarem wejścia do studia, to Tom Morello znalazł chyba
odpowiednie miejsce dla siebie, czy tak jest czas pokaże, tymczasem trzymając kciuki czekam na debiut Street Sweeper i swoją szansę zobaczenia NIN|JA & STREET SWEEPER na koncercie.
2009/03/08
EL GRUPO NUEVO DE OMAR RODRIGUEZ LOPEZ więcej >>
Omar Rodriguez Lopez
podał datę debiutu swojego nowego projektu, o którym wspominał od trzech lat - 5 maja 2009 ukaże się "CRYPTOMNESIA I" - pierwszy z serii trzech albumów nagranych w 2006 roku w ramach
EL GRUPO NUEVO DE OMAR RODRIGUEZ LOPEZ, który wspólnie z Omarem tworzą muzycy zespołu HELLA - Zach Hill (perkusja) i Jonathan Hischke (elektr. bas)
oraz THE MARS VOLTA - Alderete de la Peña (bas) i Cedric Bixler Zavala (gościnnie na wokalu w ośmiu z jedenastu kompozycji); Rodriguez Lopez skompletował album wkrótce po ukończeniu "AMPUTECHTURE" i ma to być coś zupełnie odmiennego od płyty TMV; ostatnio OMAR porwał mnie absolutnie wspaniałym albumem "OLD MONEY", który brzmi niemal jak The Mars Volta w wersji koncertowej - dużo jamowania i kosmicznych solówek; "cryptomnesia" - tzw. pamięć ukryta - to sposób przypominania sobie głęboko ukrytych lub zapomnianych przeżyć bez identyfikacji pamiętanych treści jako wcześniej poznanych - zapowiada się ciekawie; a oto tracklista na której kilka tytułów brzmi intrygująco:
01 Tuberculoids
02 Half Kleptos
03 Cryptomnesia
04 They're Coming to Get You, Barbara
05 Puny Humans
06 Shake Is for 8th Graders
07 Noir
08 Paper Cunts
09 Elderly Pair Beaten With Hammer
10 Warren Oates
11 Fuck Your Mouth
btw. "CRYPTOMNESIA I" ukaże się również w specjalnej limitowanej (3,000 egz.) vinylowej wersji dostępnej od 18 kwietnia.
2009/02/14
3 KONCERTY na początek roku 2009 + 1 album z końca 2008 więcej >>
1)) WYSPIAŃSKI WYZWALA w Studiu im. Agnieszki Osieckiej - spośród wszystkich biorących udział w tym koncercie wykonawców (AGRESSIVA 69 - MADE IN POLAND - SOYKA - HETANE - PUSTKI) już na wstępie swojego występu powalił mnie Soyka śpiewający a`capella "Wesoły jestem" (można go lubić lub nie ale Stanisław Soyka Wielkim Artystą jest!), a potem porwał mnie zespół HETANE, który oprócz jednego z moich ulubionych na promowanym tego wieczoru albumie "Wyspiański Wyzwala" utworów "Nienawidzimy", zagrał dodatkowo "Machines" zapowiadający ich debiutancką płytę i to był... czad! oprócz dynamicznego brzmienia dużym atutem Hetane jest charyzmatyczna wokalistka, której intrygujący głos wspaniale sprawdza się w metalowych i industrialnych klimatach, o czym przekonał mnie już jej wcześniejszy gościnny udział na "IN" Agressivy 69; btw. gdy po raz pierwszy usłyszałam "Destruction" przyszło mi do głowy, że gdyby Agressiva 69 spróbowała odtąd popracować z Magdą Oleś w roli wokalistki to mogłoby być bardzo (ho! ho!) ciekawie; jeśli reszta zapowiadanego na wczesną wiosnę albumu Hetane ma mieć podobną MOC to warto się nim zainteresować.
2))) mam dość koncertów zespołu C O M A
z fruwającymi buciorami tych co na koncerty chodzą... po co?
dlatego czekałam właśnie na TEN koncert (25 stycznia), bo w TYM miejscu (Studio im. Agnieszki Osieckiej) to się nie zdarza, nigdy;
czekałam długo podobnie jak na nowa płytę zespołu i chciałam też, żeby tym występem Coma przekonała mnie do swojego nowego podwójnego albumu "HIPERTROFIA";
i okazało się, że warto było czekać na koncert, bardzo!;
zaczęło się spokojnymi utworami z promowanej właśnie "Hipertrofii" przeplatanych mocarnymi kawałkami z poprzedniej płyty "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" (wybrzmiały m.in. tytułowy oraz "Tonacja" i "Schizofrenia"), stopniowo atmosfera w studiu zaczęła się zagęszczać, a publiczność podrywać z miejsc; w drugiej części koncertu, gdy skończył się czas promocji na antenie Programu III PR, Piotr Rogucki zapowiedział, że teraz zespół zagra SPECJALNIE, tylko dla nas, którzy właśnie dla Comy przybyliśmy do Trójkowego studia i tylko od naszego zaangażowania zależy jak długo to będzie trwało; i zagrali... i wtedy jakby zaczęło się to właściwe, gdy wybrzmiewały "Ekhart" i "Popołudnia bezkarnie cytrynowe" w wersjach pięknie rozbudowanych, niemal niekończące się dźwięki... można się było w nie zapaść, rozpłynąć się w nich, to były najwspanialsze momenty koncertu,
niemal wszyscy wtedy byli już pod sceną i zaklinali muzyków żeby grali wciąż, bez końca; to było jak misterium, czas się zatrzymał... zdecydowanie najlepszy spośród Trójkowych koncertów (nie tylko Comy) w których uczestniczyłam, a "Hipertrofię" być może mogłabym teraz (po koncercie przesłuchałam dokładnie) dopisać do najważniejszych polskich albumów roku 2008, ale NIE zrobię tego! nie uważam jej za szczyt osiągnięć Comy, ten album nawet nie dorównuje dwóm poprzednim płytom tego wciąż jednego z najmocniejszych koncertowych polskich zespołów i mimo że tytuł sugeruje nadmiar to mi czegoś tutaj BRAK... ewidentnie brak pomysłu, świeżości, w zbyt wielu momentach "HIPERTROFIA" jest dla mnie za bardzo podobna do czegoś co już bardzo dobrze znam i to już daleko wykracza poza pojęcie czystej INSPIRACJI; tytuł swojego ostatniego albumu Coma też mogłaby "pożyczyć", od Janerki :P
3))
E L B O W - specjalny koncert retransmitowany w BBC, podczas którego zespół w niezwykłym miejscu Abbey Road Studios w Londynie odtworzył na żywo nagrodzony w 2008 r. Mercury Prize album "THE SELDOM SEEN KID" z udziałem Orkiestry Koncertowej BBC i londyńskiego chóru Chantage; sama konwencja nie jest nowa bo już wcześniej artyści z gatunków rocka i popu grali z orkiestrą (w Polsce również), ale to nie zawsze się sprawdza; w przypadku ELBOW wypadło doskonale; mroczna i raczej wycofana muzyka zespołu w połączeniu z bogatym orkiestrowym instrumentarium nabrała przestrzeni, jakby się otworzyła i wybuchła całą swoją mocą, a intrygujący głos Guya Garveya z chóralnym tłem intrygował jeszcze bardziej; wkrótce ten koncert ukaże się na CD i DVD, w moim rankingu już zajmuje drugie miejsce, zaraz po ulubionym w tej kategorii "IAN ANDERSON PLAYS THE ORCHESTRAL JETHRO TULL".
2009/02/10
gratulacje dla THE MARS VOLTA!!! pierwsza nominacja i od razu zwyciestwo w kategorii Best Hard Rock Performance za "Wax Simulacra"
2009/02/08
3 ALBUMY na początek roku
więcej >>
1)) ANDREW BIRD "Neon Bible" - rok 2009 zaczął się... ładnie bo pierwsza tegoroczna płyta, której posłuchałam taka właśnie jest; pierwsze wrażenie to skojarzenia - najpierw z Rufusem Weinwrightem, potem z Thomem Yorke, z Jeffem Buckleyem, ale to domena wokalu A. Birda, który potrafi zaśpiewać czasami jakby nie swoim głosem, zresztą właśnie pojawiające się czasami u tego artysty podobieństwo do cudnego zaśpiewu Jeffa Buckleya spowodowało, że jakiś czas temu odkryłam go dla siebie;
kolejne słuchania "Neon Bible" pozwalają odkryć bogactwo aranżacyjne, Bird na wszystkich instrumentach gra sam, szczególnie ładnie brzmią smyczki, intryguje gwizdanie które pojawia się w bardzo przebojowej piosence "Oh No", ten kawałek mocno się przyczepia i potem za słuchaczem "chodzi"; całość materiału na krążku ma przyjemny klimat, który wciąga swoją delikatnością, to płyta na dłużej, chętnie się do niej wraca.
2)) ANTONY AND THE JOHNSONS „The Crying Light” - nareszcie jest! piękna płyta artysty o cudnym głosie, którego po wspaniałym "I`m A Bird Now" długo można było usłyszeć tylko na występach gościnnych; nowy Antony bardziej dojrzały, jakby trochę pogodzony i wciąż inny niż wszystko dookoła, wspaniały.
3)) "TONIGHT: FRANZ FERDINAND" - ten album najpierw okazał się dobrym podkładem muzycznym do pierwszego w tym roku turnieju Wielkiego Szlema -
AUSTRALIAN OPEN- co za emocje! rewelacyjny półfinał NADAL vs. VERDASCO i niezapomniany, dramatyczny finał NADAL vs. FEDERER; turniej się skończył - Nadal z pucharem na podium, Federer ze łzami; a mi została muzyka; otwierający album mocno przebojowy "Ulysses" porwał mnie od razu, kolejne piosenki też szybko mi się spodobały aż do "Lucid Dreams" - zdeydownie przekombinowana kompozycja, początkowo drażniła, ale po kilku podejściach zdołałam oswoić ten kawałek i teraz słucham całości, z przyjemnością; ot, kolejna po "You Could Have It So Much Better" radosna płyta (nóżka sama chodzi) FF; debiut Franz Ferdinand wciąż na podium.
2009/02/05
2007-Serj Tankian solo; 2008-Scars On Broadway; 2009-... więcej >>
na rok 2009 zapowiadany jest album kolejnego muzyka (ex) System Of A Down - SHAVO ODADJIAN właśnie kończy prace w studiu nad debiutanckim albumem swojego pozasystemowego zespołu AchoZen, którego premiera ma nastąpić jeszcze przed nadejściem lata; tymczasem mimo ogromnego zaangażowania w pracę nad własnym krążkiem Shavo wspomógł niedawno w sesji nagraniowej kapelę CHAMELEON CONDUCTOR, w której gra jego młodszy brat DAVE ODADJIAN i na szybko, bo w zaledwie kilka dni, panowie stworzyli wspólnie 4 nowe piosenki; chyba jest na co czekać bo zajawki twórczości kapel obu braci Odadjian brzmią bardzo interesująco ;)
2009/02/03
John Frusciante i zaprzyjaźniony z nim kanadyjski muzyk Aaron Funk (wcześniej nagrywający z Venetian Snares) stworzyli nowy projekt o bardzo fantazyjnej nazwie SPEED DEALER MOMS, którego debiut ma nastąpić w kwietniu podczas festiwalu muzycznego
England's Bang Face Weekender; Fru i Funk określają muzykę tworzoną w ramach Speed Dealer Moms jako w pełni nowatorską elektronikę niepodobną do czegokolwiek co już słyszeliśmy, panowie zapowiadają granie dla samej przyjemności, bez planów na realizację albumu, trochę szkoda.
26 stycznia swoją premierę miały kolejne albumy Omara Rodrígueza-Lópeza zrealizowane poza najwspanialszą na świecie kapelą The Mars Volta: "MEGARITUAL" - to już piąty i zamykający serię albumów zainicjowanych w 2005 r. sesją w Amsterdamie, na którym Omara R-L wspiera jego brat Marcel Rodríguez-López;
oraz "DESPAIR" - dziewiąty solowy krążek Omara R-L zrealizowany w Willie Anderson Recordings;
i chociaż trasa promocyjna ominie Polskę (eeeh) to jednak NIE bardzo_szerokim_łukiem; istnieje duża szansa zobaczenia genialnego Omara oraz jego brata Marcela (który zagra też przed Omarem ze swoim projektem Zechs Marquise) na koncercie w Berlinie, a może w Amsterdamie... i to już wkrótce bo w marcu!
2009/01/19
amerykańska premiera nowego albumu Johna Frusciante "The Empyrean" została przesunięta na 27 stycznia z powodu błędu w produkcji; tygodniowe opóźnienie dotyczy fizycznych postaci płyty - CD i vinylu, download będzie dostępny zgodnie z planem; o ewentualnej europejskiej premierze amerykański wydawca (Record Collection) nie wspomina, a które radio to zagra?
2009/01/17
albumy, koncerty, ep-ki oraz film muzyczny roku 2008 więcej >>
ALBUMY: 1. THE MARS VOLTA - "The Bedlam in Goliath", 2. OMAR RODRIGUEZ LOPEZ QUINTET - "The Apocalypse Inside An Orange" + ZECHS MARQUISE - "Our Delicate Stranded Nightmare" (jedno z najwspanialszych odkryć `08), 3. SCARS ON BROADWAY - "Scars On Broadway", 4. PORTISHEAD - "Third", 5. KING`S X - "XV", 6. VAN MORRISON - "Keep It Simple", 7. NEIL DIAMOND - "Home Before Dark", 8. KINGS OF LEON - "Only By The Night", 9. najładniejsze debiuty: LYKKE LI - "Youth Novels" + BON IVER - "For Emma, Forever Ago" + HERCULES AND LOVE AFFAIR - "Hercules And Love Affair" (bo ANTONY zaśpiewał tutaj cudnie) + SCARLETT JOHANSSON - "Anywhere I Lay My Head" (ulubiona aktorka w nowej roli, daje radę), 10. RÓŻNI WYKONAWCY - "Wyspiański Wyzwala" (raczej nie lubię składanek, ale ta mi się podoba więc jest wyjątkowa) ----------------------------------------------------------------------------------------
ep-ki: 1. MUMFORD & SONS - "Lend Me Your Eyes" (absolutnie zachwycające!), 2. ONE DAY AS A LION - "One Day As A Lion" ------------------------------------------------------------------------------------
KONCERTY `08: 1. & 2. The Mars Volta (Huxley`s Neue Welt / Stodoła), 3. Serj Tankian (Stodoła), 4. Sigur Ros (Park Sowińskiego), 5. Living Colour (Paradiso), 6. Rykarda Parasol, 7. Lao Che (Studio im. A. Osieckiej), 8. Rodrigo Y Gabriela (Paradiso), 9. Żywiołak + Pustki (Studio im. W. Lutosławskiego), 10. New York Crasnals (HRC) --------------------------------------------------------------------------------------------
FILM: "Shine a Light"
2008/12/01
29 listopada klub Paradiso
więcej >>
Rodrigo y Gabriela to niezwykły duet gitarowy, którego początki kariery muzycznej tkwią w Meksyku w zespole trashmetalowym; potem była przeprowadzka do Dublina i zwrot w karierze dzięki występowi przed koncertem Damiena Rice`a podczas irlandzkiego festiwalu Oxegen;
na ich występy przybywaja tłumy, wśród których są fani (już)
oraz ci którzy za chwilę się nimi staną tylko muszą doświadczyć tego zjawiska na własnym organizmie żeby poczuć fenomen; ja się zaliczałam do tej drugiej grupy, do sobotniego wieczoru;
przed samym koncertem z głośników wybrzmiewały dźwięki Tool umilające czas oczekiwania zgromadzonym pod sceną i na antresoli; na scenie na muzyków czekały jedynie dwa krzesła mikrofony i odsłuchy i żadnych instrumentów; nad sceną tkwił telebim;
RODRIGO Y GABRIELA nie kazali na siebie długo czekać, wszystko rozpoczęło się niemal punktualnie;
tuż po 20.30 wyszli na scenę ubrani na czarno, jak dwaj tancerze flamenco, ze swoimi gitarkami (tylko!) i w tym momencie ktoś mógłby zwątpić...
do czasu gdy zaczęły wybrzmiewać pierwsze dźwięki; bo to co państwo R y G wyczyniają na samych tylko gitarach akustycznych brzmi jak występ rockowej kapeli; gdyby nie podgląd na telebimie trudno byłoby uwierzyć że mają do dyspozycji tylko
2 gitary i 20 palców; z ich gry wydobywa się mnóstwo energii; Rodrigo y Gabriela grają z ogromną pasją i radością która przenika w publiczność, dwoje ludzi z dwoma instrumentami a CZAD taki że aż iskrzy;
podczas całego koncertu odezwali sie trzy razy, informując m.in. że to jest ich przedostatni koncert na trasie promującej ostatni album a już w 2009 planują wrócić z nową płytą; za to publiczność od momentu gdy duet zaczął wplatać w swój występ znane motywy z rockowych i metalowych kawałków zaczęła reagować werbalnie, delikatnie podśpiewując w rytm tej niby oszczędnej muzyki instrumentalnej; całkiem fajnie wszystko się zgrywało a emocje rosły nieustannie i nóżka sama chodziła; apogeum nastąpiło przy "Stairway To Heaven" Led Zeppelin; to było piękne.
2008/11/15
John Frusciante zapowiada swoją nową płytę "The Empyrean", którą nagrywał między grudniem 2006 a marcem 2008; jej premiera nastąpi 20 stycznia 2009 a wydawcą jest
Record Collection; THE EMPYREAN to koncept album opowiadający historię rozgrywającą się jednocześnie w dwóch wartstwach - lirycznej i muzycznej -
pomiędzy dwoma odmiennymi charakterami jednej osoby; na albumie znajdzie się nowa wersja piosenki Tima Buckleya "Song To The Siren", pozostałe 9 kompozycji jest autorstwa FRU;
którego w nagrywaniu nowego krążka wspomagali jego przyjaciele z Ataxii i RHCP Josh i Flea, a także Sonus Quartet, Johnny Marr i The New Dimension Singers; zapowiada się ładny początek nowego
roku :)
The Empyrean Track listing:
1. Before The Beginning
2. Song To The Siren
3. Unreachable
4. God
5. Dark/Light
6. Heaven
7. Enough Of Me
8. Central
9. One More Of Me
10. After The Ending
2008/11/02
po pierwszym polskim koncercie The Mars Volta w czerwcu 2005 już w listopadzie tego samego roku Omar Rodriguez-Lopez miał się pojawić ponownie w Polsce, tym razem ze swoim projektem OMAR RODRIGUEZ QUINTET; jako support miała wystąpić kapela
RADIO VAGO, to miało się zdarzyć w Poznaniu i ja miałam tam być ale wszystko zostało odwołane; kilka miesięcy wcześniej
zespół Radio Vago wspólnie z Omarem jako producentem nagrał
materiał na swoją pierwszą długogrającą płytę, ale jeszcze przed jej wydaniem panie się rozstały i album pozostał jedynie tworem wirtualnym; niejako namiastką tego nigdy nie wydanego albumu jest ep-ka
"Black and White Photo Enterprise" z listopada 2002, która niedawno zagościła w moim odtwarzaczu [thx Jo.] i całkiem przyjemnie zakręciła energetycznym rockiem; już w tych zaledwie pięciu kawałkach
słychać spory
potencjał na dobre granie - fajny wokal, bogate instrumentarium i ciekawe pomysły na rockowe kompozycje;
Radio Vago już nie ma ale pozamarsvoltowe projekty Omara rozwijają się bardzo dobrze...
2008/08/24
słuchając studyjnych nagrań Sigur Ros nie doznaję jakichś szczególnych wrażeń czy emocji; ot lubię i tyle;
dopiero podczas oglądania dokumentów "Screaming Masterpiece" i "Haima" (bardzo polecam oba!) gdzie są pokazane m.in. fragmenty występów zespołu, poczułam, że w muzyce Sigur Ros jest coś szczególnego i że chciałabym tego doświadczyć empirycznie przy najbliższej okazji;
a ta zdarzyła się w środowy wieczór 20 sierpnia w warszawskim Parku Sowińskiego;
najpierw na miejsce koncertu wybrano Palladium, potem Stodołę, ale zainteresowanie fanów zmusiło organizatorów do dwukrotnej zmiany i wybór padł ostatecznie na wolski amfiteatr, to okazało się słuszne, pod każdym względem;
wcześniej w dniu koncertu zapowiadano burze, ale ta niefajna prognoza się nie sprawdziła, środowy wieczór był ciepły i pogodny, a niebo pełne gwiazd, to idealne warunki na koncert w plenerze;
wiedząc, że początek występu Sigur Ros planowany jest na 21 na miejsce dotarłam tuż przed, gdy już nie było kolejek do wejścia i panowała atmosfera oczekiwania;
zdążyłam stanąć na płycie niedaleko sceny i ogarnąć wzrokiem zgromadzoną publiczność i zaraz się zaczęło; i już od pierwszych dźwięków mnie ta muzyka porwała; tkwi w niej niesamowita rock&rollowa moc i ogrom przestrzeni, jednocześnie jest odrealniona; ja się poczułam bardzo pięknie, jak w bajce; spojrzałam w górę i zapragnęłam mieć nad sobą gwiazdy więc spod sceny pobiegłam w górę, tam gdzie kończył się dach amfiteatru i wtedy w uwolnionej przestrzeni dźwięki mnie uniosły; mając w zasięgu wzroku całą scenę i wszystkich muzyków na niej, a nad sobą gwiazdy poczułam się cudnie i radośnie, bo wlaśnie podczas koncertu okazało się że ta muzyka tak naprawdę jest bardzo radosna, aż sie chciało klaskać wspolnie z muzykami, którzy do tego zachęcali i pląsać; Sigur Ros w wersji live przenoszą słuchaczy w ten szczególny piękny bajkowy wymiar, który udało mi się poczuć podczas warszawskiego koncertu i aż chciałoby się tam zostać...
2008/07/26
po raz trzeci więcej >>
wczorajszy koncert był moim drugim występem THE MARS VOLTA w warszawskiej Stodole oraz drugim spotkaniem z TYM zespołem w tym roku (o pierwszym, w berlińskim klubie Huxley`s Neue Welt, też napisałam, nie tylko tutaj) czyli trzecim koncertem najwspanialszego zespołu świata w moim życiu;
zaczęło się od potężnej burzy, którą już wcześniej zapowiadano ale dopiero na 8 pm i miałam nadzieję, że zdążę przed nią, ona jednak była szybsza; pojawiła się zupełnie nagle chwilę po otwarciu drzwi klubu i zaskoczyła oczekujących w długiej kolejce do wejścia; najgorszą ulewę przeczekałam pod drzewem mimo świadomości, że mogłam paść ofiarą któregoś z szalejących piorunów, ale udało mi się przeżyć i mokrą nogą weszłam do Stodoły kilka minut przed ósmą; zajęłam swoje strategiczne miejsce i obserwowałam pracę techników na scenie; w tym czasie z głośników płynęły latynoskie rytmy, inna też była dekoracja czyli od początku zapowiadało się inaczej niż w berlińskim Huxleyu;
i to BYŁ zupełnie inny koncert i TO właśnie było piękne, żadnej powtórki z lutego;
muzycy TMV uraczyli swoją polską publiczność w większości kompozycjami z ostatniego albumu THE BEDLAM IN GOLIATH, zaczynając od "Goliath", wszystkie niesamowicie rozbudowując o piękne improwizacje na saksofon i perkusję oraz gitary w różnych konfiguracjach tych instrumentów i cudne wokalizy Cedrica, który dawał radę mimo chorego gardła; takich rarytasów nie ma na żadnej płycie (!);
to było absolutnie genialne, ta muzyka mnie porwała i niemal uniosła i gdyby nie ludzie stojący pniżej być może bym pofrunęła ;))
gdy po kilkudziesięciu minutach tego NON_STOP_MISTERIUM popłynęły pierwsze dźwięki THE WIDOW poczułam ogromną radość, akurat tej cudnej pieśni w Berlinie nie zagrali; kolejnym zaskoczeniem był nagły koniec jaki nastapił po następującej po niej "Abernicula", to wtedy Cedric po raz pierwszy odezwał się do publiczności, na pożegnanie, potem zapaliły się światła i muzycy zeszli ze sceny;
ja jestem w pełni usatysfakcjonowana, to było wspaniałe dopełnienie przeżyć jakie zespół The Mars Volta dostarczył mi podczas naszego poprzedniego spotkania
2008/07/24
kilka miesięcy po
debiucie solowym Serja Tankiana ("Elect The Dead" to IMO album roku 2007) efekty swojej pracy poza zespołem System Of A Down, którego działalność została zawieszona w maju 2006, ujawniają teraz jego gitarzysta Daron Malakian i perkusista John Dolmayan w swoim nowym projekcie Scars On Broadway;
pierwsze wrażenie po przesłuchaniu albumu SCARS ON BROADWAY to niemal natychmiastowe skojarzenie z tym co jest już znane z albumów SOAD; niektóre z piętnastu kompozycji zawartych na debiutanckim krążku SOB brzmią jak rozwinięcie pomysłów znanych z albumów SOAD - podobne linie melodyczne, brzmienie perkusji, zmiany tempa i gdyby zamiast prowadzącego wokalu Malakiana nagle pojawił sie tutaj głos Serja Tankiana być może powstałby kolejny album SOAD, być może nawet ciekawszy od ostatniej produkcji tego zespołu; ale to tylko pierwsze wrażenie, bo potem okazuje się, że mamy do czynienia z płytą pełną melodyjnych przebojowych piosenek bez typowego dla SOAD metalowego napieprzania; żeby więc docenić pracę Darona i Johna trzeba słuchać "Scars On Broadway" bez rozpamiętywania i analizowania podobieństw do brzmienia systemowego, zaakceptować wokal Malakiana i docenić nowe ciekawe pomysły twórców SOB, które na tej płycie są wyraźnie słyszalne i to jest siła tego albumu, który zyskuje z każdym kolejnym wysłuchaniem; i tak oto zamiast być może kolejnej płyty SOAD mamy dwa udane krążki stworzone przez jego muzyków poza zespołem; ja jednak zdecydowanie wolę ELECT THE DEAD Serja Tankiana, SOB aż tak mnie nie porywa;
album SCARS ON BROADWAY swoją premierę będzie miał za kilka dni, a przedpremierowo można go słuchać na NME.com (od 7.21) i tutaj: myspace.com/scarsonbroadway (od 7.25)
2008/07/07
2 lipca swoja walkę z rakiem przegrała NATASHA SHNIDER; urodzona w Moskwie uzdolniona muzycznie bardzo piękna kobieta; ładnie śpiewała i grała na klawiszach, czasem też na basie; związana przede wszystkim z grupą ELEVEN, gościnnie pojawiła się m.in. na "Lullabies to Paralyze" QOTSA i ich trasie promującej ten album, a także na debiucie solowym Chrisa Cornella; R.I.P. Natasha [*]
2008/06/29
na początku grudnia 2007 oglądałam w TVP Kultura transmisję koncertu z nowohuckiego teatru Łaźnia Nowa WYSPIAŃSKI UNDERGROUND, który był zwieńczeniem imprezy zorganizowanej w ramach obchodów Roku Wyspiańskiego (w 2007 była 100 rocznica śmierci artysty); to było mocne wydarzenie, spodobało mi się i przemknęła mi taka myśl, że warto by było to utrwalić na CD;
okazało się że nie tylko ja miałam taki pomysł i oto jest już dostępny album "Wyspiański Wyzwala"; ta płyta to jest jednak coś ponad wspomniany koncert,
tutaj wszystkiego jest więcej - więcej artystów i utworów, a także jakość jest nieporównywalna, bo wszystko zostało zagrane i zarejestrowane na nowo w studiu i zmasterowane w taki sposób,
że pozornie zupełnie nie pasujący do siebie wykonawcy, bo pochodzący z bardzo różnych bajek muzycznych (pop, rock, hip hop, underground, muz. klubowa, rap i prawie hard core) tworzą jednak spójną całość i wyjątkowo dobrze słucha się tej składanki w całości; stało się tak dzięki specjalnie wybranym do tego projektu wyjątkowym wierszom Stanisława Wyspiańskiego i
trudnej sztuce jaka udała się samym artystom, którzy zaaranżowali je w oryginalny a zarazem bardzo trafny sposób, czuć tu ogromne zaangażowanie; całość materiału na płycie ma niesamowitą moc;
teksty Wyspiańskiego (mimo że pochodzą sprzed 100 lat i pisane są troche już anachronicznym jak na dzisiejsze czasy językiem) wciąż są aktualne, doskonale przemawiają do współczesnego odbiorcy i łączą artystów ponad formatami; nawet Soyka brzmi tutaj tak, że prawie buty spadają; ot, prawdziwy underground!
2008/06/26
założyciel i lider (obok MJK) A Perfect Circle BILLY HOWERDELL stworzył nowy projekt - ASHES dIVIDE - bez Maynarda, ale za to z jego dwunastoletnim synem DEVO Keenanem na wioloczeli i z Joshem Freese na perkusji; owocem ich wspólnej pracy jest album "Keep Telling Myself It`s Allright", całość brzmi bardzo dobrze, 11 piosenek tworzy przyjemny klimat; czuć tu wyraźnie ducha APC, ale bywa też inaczej - dynamicznie, lekko i przestrzennie, czasami na podobieństwo 30 Seconds To Mars, momentami - Dead Poetics; bardzo miła płyta na wakacje i na czas oczekiwania na nowy album A Perfect Circle, bo niedawno MJK zdementował wcześniejsze zapowiedzi jakoby zespół trwale przestał istnieć i wkrótce możemy spodziewać się jego kolejnej płyty; ASHES dIVIDE to bardzo udana odpowiedź na Puscifera ("V" is for Vagina" i "V" is for Viagra - The Remixes" również są warte uwagi). [thx Jo.]
2008/06/11
JOE STRUMMER THE FUTURE IS UNWRITTEN Juliena Temple`a to wspaniały film o liderze THE CLASH - wybitnym muzyku i niezwykłym człowieku; dokument, który dzięki bardzo ciekawej biografii jego bohatera oraz pomysłowemu osadzeniu opowieści na różnych płaszczyznach czasowych, wplątania w obrazy z teraźniejszości materiałów archiwalnych, ogląda się niemal jak fabułę; przez ekran przewija się wiele znakomitych postaci, przyjaciół, wspólpracowników i fanów Joe Strummera, a wśród nich są m.in. moi ulubieni Flea i Anthony Kiedis z RHCP, Martin Scorsese, Jim Jarmush i Steve Bushemi; zebrani wokół symbolicznego ogniska opowiadają o trudnym życiu Strummera, jego ciągłym poszukiwaniu własnego miejsca, o nim jako człowieku bezkompromisowym o skomplikowanej osobowości i przez to często trudnych z nim relacjach zarówno prywatnych rodzinnych i zawodowych w zespole; najwięcej jednak jest w tym pochwał dla jego geniuszu muzycznego i otwartości na problemy świata i ludzi, wrażliwości nie tylko muzycznej ale również na krzywdę ludzką, bojownika o sprawiedliwość społeczną; reżyser odsłania fakty z życia Strummera dotychczas nieznane przez co ten film z każdą kolejną sekwencją wciąga coraz bardziej, a koniec wbija w fotel; bo mimo że wiadomo od początku że główny bohater na końcu musi umrzeć to nie do końca znane są okoliczności tej śmierci, które dają inne spojrzenie na moment życia Strummera w którym ta nagła śmierć go dopadła; muzyk odszedł w momencie gdy właśnie odnalazł swoje miejsce, gdy zaczął się spełniać w nowym projekcie muzycznym JOE STRUMMER & THE MESCALEROS; z ekranu wybrzmiewają oczywiście utwory The Clash, ale nie tylko, szczególną niespodziankę sprawiła mi piosenka "See Emilly Play" Pink Floyd; "Joe Strummer The Future Is Unwritten" to kolejna po ROLLING STONES SHINE A LIGHT tegoroczna propozycja kinowa której nie warto przeoczyć; oba dokumenty sprawiają wiele radości w krótkim czasie, a porównując koncert z filmu Scorsese o Stonesach do ich ubiegłorocznego występu na warszawskim Służewcu, to zdecydowanie koncert pokazany na ekranie jest bliższy misterium muzycznemu od plenerowego show z efektami specjalnymi; teraz chciałabym zobaczyć zespół w kameralnych warunkach klubu, bez ruchomej sceny i fajerwerków, w roli głównej z tym co najważniejsze - muzyką, a najlepiej z kompozycjami z początków ich działalności gdy grali mocno zakorzenieni w klimatach bluesowych.
2008/05/25
to niezwykłe imię i jeszcze bardziej oryginalne nazwisko (szczególnie jak na kogoś kto mieszka w USA) skłoniły mnie do wybrania się na koncert artystki, której płyta "Our Hearts First Meet" nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, pomysłałam - ot ładnie śpiewa ta pani więc może warto sprawdzić naocznie: Who is This? mieszkająca w San Francisco córka polskiego Żyda ocalałego z holocaustu i szwedzkiej emigrantki przyjechała na swój pierwszy w Polsce koncert prosto z Berlina, gdzie występowała poprzedniego wieczoru; i chociaż jak sama stwierdziła, była zmęczona to tego w żaden sposób nie dało się odczuć, a wręcz przeciwnie;
Rykarda to bardzo ładna i bardzo jeszcze młoda kobieta, ale jej głos wyrywa się poza wizerunek delikatnej panienki z gitarą jaki stwarza na scenie (ale tylko do czasu gdy zacznie śpiewać),
brzmienie wokalu panny Parasol oscyluje w okolicach niskich tonów Patti Smith, co słychać już na płycie, a na żywo dodatkowo dochodzi niezwykła charyzma i ostrość kojarząca mi się z PJ Harvey, ale raczej nie tej z Sali Kongresowej tylko z "Please Leave Quietly"; towarzyszący Rykardzie muzycy z zespołu The Tower Ravens swoim graniem spowodowali, że całość przybrała zdecydowanie rockowe brzmienie z mocnym wykopem; na koniec, ale jeszcze przed bisem, artystka zasiadła do pianina i to było jakby deja vu z koncertu Serja Tankiana, jednak swoim dziadkom z Częstochowy (sic!) nie zadedykowała tej ładnej ballady tylko piosenkę o surowym brzmieniu, bardziej w klimacie Nicka Cave`a i Bad Seeds; po tym koncercie aż się prosi poprosić R.Parasol, żeby następny album nagrała w takim stylu jak zagrała ten niespodziewanie bardzo udany koncert, bez zbędnego zmiękczania i wygładzania.
2008/05/15
to nie zdarza się często, żeby w studiu koncertowym im. Agnieszki Osieckiej był nadkomplet; Lao Che sprawili, że w ciepły niedzielny majowy wieczór Trójkowe studio było wypełnione niemal do ostatniego miejsca na balkonie;
siedmiu muzyków szczelnie wypełniło przestrzeń na scenie co nie dawało im możliwości ekspresji ruchowej, ale samym swoim graniem sprawili, że część publiczności ruszyła pod scenę już przy dźwiękach rozpoczynającego koncert "Bóg zapłać", a potem przy każdym kolejnym utworze poziom energii wzrastał, salę wypełniać zaczęła ogólna radość, a nóżki same chodziły (tym co na krzesełkach również), zapanowała wszechudzielająca się atmosfera zabawy; występ zdominowały utwory z najnowszej płyty GOSPEL i to się sprawdziło, ta muzyka daje ludziom radość, a Lao Che dali radę wyśmienicie i wszystko zabrzmiało rewelacyjnie; i wcale nie trzeba być fanem zespołu żeby wykorzystać koncert do naładowania się pozytywną energią; czasami wystarczy tylko tyle żeby uznać wieczór za udany, bardzo.
2008/04/12
zazwyczaj supporty omijam, ale tym razem zrobilam wyjatek, bylam ciekawa co to jest InMe; okazało się że nie tylko ja tak miałam, bo gdy zjawiłam się w porze gdy zespół miał wyjść na scenę Stodoła była już prawie pełna; po niecałej godzinie czekania zaczęło się;
InMe to młode chłopaki, oni sami byli ogromnie podekscytowani faktem, że oto są w Polsce w Warszawie na scenie polskiego klubu z polskim piwem w ręku i występują przed TYM Serjem, co wielokrotnie podkreślali między utworami;
słuchając ich nagrań przed koncertem wydali mi się podobni brzmieniowo do Fair To Midland; jednak na żywo muzyka InMe to zdecydowanie bardziej heavy niż nu metal; wokalista więcej się wydziera niż śpiewa; mnie ten występ nie porwał, ale sporą część publiczności tak, pod sceną aż się zakotłowało;
gdy InMe skonczyli nastąpiła przerwa techniczna podczas której można było obserwować przygotowania do koncertu Serja i to było ciekawe doświadczenie, na scenie pojawili się oprócz techników członkowie zespołu towarzyszącego muzykowi; moją szczególną uwagę zwrócił wielkolud z intrygującym czymś na głowie upiętym z długich włosów, aż nie mogłam się napatrzeć na tę super fryzurę;
panowie stroili instrumenty, robili próby mikrofonowe, wydobywali dźwięki bliskie klimatom Serjowym i tylko szkoda że cały efekt psuła muzyka wybrzmiewająca z odtwarzacza, zupełnie niepotrzebnie mieszała się powodując momentami kakofonie dźwięków, znowu ktoś nie pomyslał (szkoda)
a potem, gdy juz wszystko było gotowe, zgasły światła i na scenę wyszedł zespół - w czerni i po chwili SERJ TANKIAN - w bieli;
Serj to niezwykła osobowość, człowiek emanujący aurą radości i szczęścia, osoba bardzo ciepła i pogodna o uroczym spojrzeniu, a przy tym niezwykle żywiołowy i pięknie tańczący artysta; repertuar z solowego krążka z dodatkiem kilku bonusów plus komentarze i opowieści Serja wypełniły ok. półtoragodzinny WSPANIAŁY show;
publiczność oszalała już na początku, to nie był koncert dla przypadkowych ludzi; mnie też Serj porwał od razu i absolutnie i zaraził swoją pozytywną energią; jednemu z fanów udało się wskoczyć na scenę i przytulić się do niego, Serj nie pozwolił ochronie zrobić mu krzywdy, nie potraktował go jak intruza, zareagował bardzo miło odwzajemniając uścisk, eeh teraz żałuję że to nie byłam ja ;)
w trakcie bisów ostro dostało się (wiadomo za co) Georgowi W. Bushowi, przez chwilę poczułam się trochę jak na wiecu protestacyjnym (całkiem fajnie, z Serjem wszystko!) potem Serj zaśpiewał "Money", a na sam koniec "Elect the Dead", bardzo pięknie.
2008/04/06
25 lipca THE MARS VOLTA zagra w warszawskiej Stodole i to będzie ich drugi koncert w tym miejscu; pierwszy był 21 czerwca 2005 r. i ja go nigdy nie zapomnę; jednak po tym co przeżyłam w lutym b.r. na berlińskim koncercie TMV mam pewne obawy czy Stodoła teraz udźwignie rangę i MOC nadchodzącego wydarzenia.
2008/03/31
29. marca Żywiołak i Pustki pojawiły się w Studiu im. W. Lutosławskiego jako gwiazdy imprezy zorganizowanej przez radio euro (bis), dla mnie to była niespodzianka bo pierwszy zespół kojarzę mocno z AR a drugi z Trójką; imprezę rozpoczął Żywiołak, który już po raz kolejny pokazał że najlepiej sprawdza się na żywo, to co można usłyszeć na ich ep-ce czy w radiu to tylko namiastka tego co ten zespół wyczynia na koncertach: panowie grają, panie śpiewają i pląsają i z tego powstaje wielka energia, aż się chce pohasać; ludyczny czad; w sobote nie zabrakło moich ulubionych żywiołakowych kompozycji tj. "Czarodzielnica" i "Dybuk"; oni nawet wtedy gdy śpiewają o bardzo mrocznych sprawach robią to z humorem, przy nich nie można się smucić; potem na scenie pojawiły sie Pustki i między juz znanymi kompozycjami wybrzmiały zupełnie nowe; to była okazja żeby premierowo usłyszeć materiał, który pojawi się na płycie, której premierę zespół zapowiedział na jesień; "Koniec kryzysu" (utwór inspirowany twórczościa Joy Division) poprzedziła specjalna dedykacja i to był ładny gest, tak jak cały koncert.
2008/03/24
[*] więcej >>
"Gdy się miało szczęście, które się nie trafia: czyjeś ciało i ziemię całą, a zostanie tylko fotografia, to - TO JEST BARDZO MAŁO..." (M. P-J)
2008/03/15
pochodzący z Ełku zespół SANDALESS poznałam podczas ubiegłorocznego przeglądu Młode Wilki Rebelia i już wtedy zrobił na mnie duże wrażenie (mimo że w warunkach konkursowych zagrali tylko 3 piosenki);
koncert w Dobrej Karmie był dobrą (właśnie tak!) okazją żeby ich usłyszeć w pełnym wymiarze; ledwo przestąpiłam próg klubu a już znalazłam się niemal pod samą sceną,
potem okazało się, że miejsca jest akurat tyle ile potrzeba do stworzenia dobrej atmosfery podczas koncertu kapel mało jeszcze znanych (szczególnie w Warszawie);
najpierw wystąpił mjut (bardzo jeszcze młody zespół z Działdowa), który poznałam w podobnych okolicznościach jak Sandaless; chłopcy z mjut grają przestrzenny gitarowy rock w klimatach zbliżonych do wczesnego Radiohead, inspirują się też twórczością Team Sleep; zagrali krótko (tyle na ile byli przygotowani) bo oni dopiero pracują nad swoim repertuarem, usłyszałam kilka całkiem nowych i bardzo ładnych melodii (niektóre piosenki jeszcze bez słów) i to wystarczyło żeby moje dobre wrażenie z ubiegłorocznego pierwszego spotkania z tym zespołem się umocniło; mjut ma w sobie duży potencjał żeby za jakiś czas zaistnieć na polskiej scenie alternatywnej; gdy młodsza młodzież zeszła ze sceny wkrótce pojawił się na niej Sandaless i wtedy się zaczęło! oni mają już swoich fanów którzy chętnie przychodzą na ich koncerty, a ci którzy jeszcze ich nie znają też sie dobrze bawią; Sandaless zaczęli w miarę spokojnie, potem grali coraz ostrzej i mocniej (czad!); w pewnym momencie wydawało się ze nastąpi nagły koniec występu, gdy Laszka (wokalista) zachrypiał cienkim głosem, ale jakiś płyn doniesiony z baru uratował sytuację ;); po melodiach rock-metalowych zaczęły wybrzmiewać elementy reggae i wszyscy, którzy byli tego dnia w nastroju do zabawy, mieli dużą radość; mi było miło to obserwować.
2008/03/07
czy można zobaczyć film w radiu? tak jeśli jest to Program 3. PR; wczoraj oglądałam CONTROL w Studiu im. A. Osieckiej, które dotychczas kojarzyło mi się tylko z koncertami; ale przecież obraz Corbijna jest bardzo związany z Tym Radiem, bo to właśnie tutaj w latach `80 Tomasz Beksiński [RIP] jako pierwszy w PL prezentował muzykę JOY DIVISION; więc to był wspaniały pomysł, zeby specjalny przedpremierowy pokaz filmu zorganizować właśnie w tym miejscu w którym jest ta szczególna pod względem muzycznym atmosfera; a sam film? jego fabuła skupia się bardziej na dramacie człowieka niż muzyce i historii zespołu, jest bardzo ascetyczny w formie, czarno-biały i ze spokojną narracją i to mi sie bardzo podobało; postacie wykreowane przez aktorów są bardzo rzeczywiste; zaskakująco odtwórca głównej roli idealnie wpasował się w postać Iana Curtisa, nawet tutaj śpiewa i robi to dobrze; być może spodziewałam się że ten film będzie dla mnie bardziej wstrząsający, ale skoro jeszcze przed seansem znany jest finał to co może zaskoczyć? chyba to co powstało na gruzach Joy Division - przebojowy NEW ORDER (ale ten wątek to jest materiał na następny film); "Control" polecam szczególnie młodym początkującym muzykom (trochę ku przestrodze);
w 2007 ukazały się reedycje CLOSER, UNKNOWN PLEASURES i składanka STILL, a do każdego z tych trzech albumów został dodany super bonus w postaci koncertu;
to polecam wszystkim zainteresowanym muzyką JOY DIVISION.
2008/03/02
ostatniego dnia lutego b.r. widziałam Mike`a Pattona w Proximie podczas jego występu z Christianem Fenneszem; zdecydowanie bardziej go widziałam niż słyszałam bo wszystkie dźwięki które panowie generowali były przetwarzane elektronicznie, nawet okrzyki Pattona (nie zaśpiewał wcale) i gitara Fennesza; bardzo chciałam zobaczyć Mike`a Pattona - Jo tak ciekawie mi o nim opowiadała że nie mogłam przepuścić takiej okazji; spodziewałam się że to będzie totalny eksperyment i był; mała scena a na niej dwóch dużych mężczyzn ze sprzętem służącym bardziej do muzyki udziwniania niż jej grania; sami panowie być może dobrze się razem bawili, mi zabrakło w tym wszystkim klimatu, byc może gdyby z nimi była Bjork... albo chociaż jakaś wizualizacja, bo dźwięki tworzone przez duet Patton & Fennesz pasowałyby jako oprawa muzyczna filmu, być może trzymającego w napięciu thrillera.
2008/02/26
KONCERT ŻYCIA więcej >>
tej niedzieli nigdy nie zapomnę - 24. lutego 2008 panowie z THE MARS VOLTA w berlińskim Huxley`s Neue Welt porwali mnie i przenieśli w cudnie odrealnioną przestrzeń, w której liczy się TYLKO MUZYKA; to trwało całe 160 minut (nie trzeba wcale jechać aż do NY żeby nastąpiło SPEŁNIENIE); to mój drugi koncert życia ale NUMER JEDEN
2008/02/19
ERIC CLAPTON już po raz drugi zorganizował Wielki Koncert charytatywny na rzecz swojej fundacji wspomagającej ośrodek odwykowy dla alkoholików i narkomanów na karaibskiej wyspie ANTIGUA; kiedyś sam otrzymał pomoc i powrócił do życia artystycznego wyciągnięty z dna na którym się znalazł z powodu problemu alkoholowo-narkotykowego; teraz się odpłaca - w piękny sposób;
Crossroads Guitar Festival odbył się 28. lipca 2007 w słonecznym tego dnia Chicago; 11 godzin muzyki non stop; wydarzenie to zostało zarejestrowane, a wybrane fragmenty ukazały się na DVD; juz sam początek jest zaskakujący bo oto na scenę wychodzi BILL MURRAY w krótkich spodenkach i zaczyna śpiewać słynną "Glorię" Vana Morrisona przygrywając sobie na gitarze, po chwili dołącza do niego CLAPTON i na dzień dobry mamy super duet; w dalszej części koncertu ulubiony aktor pojawia się jeszcze wiele razy, pełniąc tutaj obowiązki konferansjera, a w roli tej spełnia się bardzo dobrze, artystów zapowiada w zabawny sposób, a najlepiej ta sztuka udała mu się z gospodarzem imprezy - przed jego występem wyszedł ucharakteryzowany na Claptona ery CREAM;
CROSSROADS to czterogodzinna muzyczna UCZTA - w 38 kompozycjach blues spotyka się z rockiem, country i jazzem; zestaw artystów jest imponujący, a wśród nich prawdziwe legendy: B.B. KING, Johnny Winter, John McLaughlin, Jimmie Vaughan, Sonny Landreth, Vince Gill, Willie Nelson, Jeff Beck, Steve Winwood i sam BUDDY GUY;
DYSK NR 1 wprawił mnie w zachwyt; artyści występują w specjalnych na tę okoliczność budowanych składach, np.: Johnny Winter z The Derek Trucks Band (w legendarnej kompozycji Boba Dylana "Highway 61 Revisited"),
B.B. King - The Robert Cray Band - Jimmie Vaughan - Hubert Sumlin; Sheryl Crow - Eric Clapton - Vince Gill - Albert Lee; Willie Nelson - Sheryl Crow - Vince Gill - Albert Lee;
DYSK NR 2 mnie powalił;
najpierw John Mayer cudnie śpiewa "Gravity", Jeff Beck z Alison Krauss u boku wyczynia cuda na gitarze, następnie Eric Clapton składa hołd Georgowi Harrisonowi w coverze jego "Isn`t It a Pity", potem
Steve Winwood z Claptonem przywołują ducha BLIND FAITH wspólnie wykonując 3 kompozycje tej super grupy;
"Crossroads Guitar Festival 2007" kończy SWEET HOME CHICAGO w wykonaniu Buddy Guya z udziałem Claptona, Craya, Mayera, Sumlina, Vaughana i Wintera;
wszystko jest wspaniale pokazane, w pięknych ujęciach i ciepłych barwach, dźwięk jest najwyższej jakości;
realizatorom ładnie udało się uchwycić radosną atmosferę panującą na scenie i wśród 28.000 fanów muzyki zebranych przed nią ,
całości uroku dodają interesujące wstawki z backstage`u z krótkimi i treściwymi wypowiedziami artystów; nie napiszę tutaj co przed swoim występem B.B. King powiedział o Claptonie, to TRZEBA zobaczyć, wszystko.
2008/02/06
NEW YORK CRASNALS
to IMO Debiut Roku 2007;
swoją muzyką zaintrygowali mnie jeszcze zanim ukazała się ich płyta "Faces and Noises We Can Make";
mimo że to co trafiło na album w porównaniu do ich nagrań demo brzmi jakby było wersją light, wciąż mi się podoba; krakowskie "Nowojorskie Krasnale" tworzą z wyobraźnią;
inspirację czerpią z dokonań m.in. Joy Division, Talking Heads, Franka Zappy oraz Johna Zorna jednak wyraźnie słychać, że mają swój pomysł na muzykę i
nie są niczyją kalką (w przeciwieństwie do zespołu, który wczoraj wystąpił przed nimi - ORGANIZM w przeważającej większości repertuaru brzmiał niemal dosłownie jak Republika, a raz jak Siekiera);
szczerze polecam New York Crasnals na żywo, bo chłopaki na scenie tworzą muzykę z dużą fantazją - ładnie kombinują z mocno rozbudowanymi, wielowarstwowymi i nieprzewidywalnymi kompozycjami osadzającymi się w klimatach post rockowej psychodelii, odważnie wkraczają w rejony art rocka i jazzu; ich muzyka opierająca się głównie na dialogu basu z perkusją i gitarą (wokal schodzi na dalszy plan) momentami aż porywa;
jedno co raziło podczas wczorajszego koncertu to publiczność, a właściwie jej żałośnie znikoma ilość; to się nazywało "koncert promocyjny" więc ktoś (wytwórnia?) postarał się za słabo P.S. potem w środku nocy w Pr. 3 PR wybrzmiały - też młode i polskie - Kroki i Powieki, ładnie.
2008/02/01
moje pierwsze wrażenie - "The Bedlam in Goliath" to kolejne absolutnie genialne dzieło najlepszego zespołu świata TAK! WŁAŚNIE TAK! a po tygodniu słuchania, po kilka razy dziennie (bo ta muzyka bardzo mocno wciąga i natychmiast uzależnia) - słuchając tego Genialnego Dzieła momentami mam wrażenie jakby obok zupełnie nowych treści, pojawiały się rozwinięcia pewnych tematów z "Frances the Mute" i "Amputechture" i to jest cudne;
generalnie całość powala wspaniałym klimatem, oszałamiającym tempem i niesamowitymi nowymi pomysłami na dźwięki, w tym użycie skrzypków, fletu i melotronu oraz sztukami wyczynianymi z wokalem Cedrica; szkoda Jona Theodore, ale młodziutki Thomas Armon Pridgen też wspaniale daje radę!
natomiast BOLI MNIE bardzo fakt, że mam tylko wersję podstawową albumu bez rarytasów w postaci DVD, coverów i tych wszystkich bonusów, które zostały dodane do płyty w Japonii, USA, sklepach internetowych etc.; no cóż... może kiedyś uda mi się to wszystko skompletować
2008/01/26
właśnie zdjęłam folię z pudełka THE BEDLAM IN GOLIATH, wkładam CD do odtwarzacza, włączam "play" i... zaszywam się z muzyką najlepszego na świecie zespołu THE MARS VOLTA, nie ma mnie!!!
2008/01/19
aż 160 minut trwał koncert The Mars Volta w New York’s Terminal 5; wszystko
zaczęło się “Drunkship of Lanterns,” z debiutanckiego albumu "De-Loused in the Comatorium" (2003), ze specjalną dedykacją: “all the people who don’t want us to keep writing the first two albums all over and over again.” (mądre słowa); potem nastąpiła prezentacja materiału z "The Bedlam in Goliath" (premiera już wkrótce),
do której wprowadzeniem było aż 20 minut z kompozycją
“Roulette Dares,” z pierwszego albumu, a finiszem blisko kwadrans z “Day of the Baphomets” (Amputechture `06); w połowie show z "Bedlam..." śpiewający niewiarygodną ilością oktaw Cedric Bixler-Zavala przemówił: “If you could see/Where I’ve been/You’d touch/The hand that’s touching sin.”; cudnie! to mógł być mój koncert życia, gdybym była 14. stycznia w nowojorskim Terminal 5; trudno jest teraz czekać spokojnie; koniec lutego zapowiada się jak lot w kosmos :D
2008/01/18
założony na początku lat 90. zespół Donna Regina już po raz kolejny przyjechał do naszego kraju; inauguracja jego polskiej trasy koncertowej nastąpiła wczoraj w Studiu im. A. Osieckiej;
to niemieckie trio od wielu lat ma u nas swoją wierną publiczność, bo mimo że jego muzyka nie jest bardzo popularna to jakoś do ludzi dociera; do Japończyków dotarła przez reklamę,
w której została wykorzystana piosenka zespołu;
do mnie dotarła z Programu 3. PR i zachęcona miłym indie-popowym brzmieniem Donny Reginy wybrałam się na wczorajszy koncert, żeby poznać ich lepiej;
wokalistka - pani Regina to urocza kobieta, która już od pierwszego swojego uśmiechu zyskała moją sympatię,
potem, gdy zaczęła śpiewać niezwykle delikatnym głosem, wszystkie nagromadzone od rana emocje opadły i spłynął na mnie błogi spokój;
tej ładnej pani towarzyszyli dwaj panowie - jeden grał na gitarze, drugi na specjalnym urządzeniu generował dźwięki elektroniczne;
Donna Regina promuje u nas swój nowy album "More" na którym dominują bardzo głębokie basy,
w połączeniu z łagodą elektroniką i kobiecym śpiewem robi to niesamowite wrażenie; mocną stroną Donny Reginy są teksty piosenek;
do mnie ten zespół przemówił nie tylko ładną muzyką, również ciekawym słowem.
2008/01/09
aktualnie umilam sobie czas oczekiwania na "The Bedlam in Goliath" albumem De Facto - "¡Megaton Shotblast!";
niesamowite są wszystkie pomysły moich "afrogłowych" ulubieńców, również te sprzed lat; De Facto to osadzony gdzieś pomiędzy At The Drive-In a The Mars Volta
niemal spontaniczny projekt, może trochę jakby zalążek TMV; i chyba bardziej twórczy eksperyment niż poważne przedsięwzięcie, niewiele po nim zostało;
ot, taka ciekawostka z Cedrikiem B-Z dla odmiany nie spiewającym, a grającym na perkusji; wokalnie miejscami udziela się Jeremy Ward (RIP Jeremy), chociaż tutaj właściwie nie ma takich typowych piosenek;
na "¡Megaton Shotblast!" przeważają kompozycje instrumentalne, głównie pobrzmiewają latynoskie rytmy pomieszane z elektroniką i elementami jazzu, czuć tutaj radość z samego grania;
chciałabym żeby kiedyś w moje ręcę trafiło zapowiadane jeszcze w roku 2007 DVD z filmem o De Facto, żeby móc lepiej poznać wszystkich twórców tych ładnych dźwięków.
to nie zdarza się często, żeby jednego wieczoru przy Myśliwieckiej 3/5/7 wystąpiło kilka zespołów plus pojawił się jeszcze KTOŚ;
ale to był koncert DELUXE o czym świadczyć miała może również trochę dziwna jak na imprezę rockową
kreacja współprowadzącej;
jako pierwszy na scenie pojawił się zespół MUCHY; biedne są te chłopaki bo przykleja im się niezliczoną ilość łatek i etykietek, komu to potrzebne?
a nikt nie zadbał o ich wizerunek sceniczny, a to akurat bardzo by się przydało;
kolejny raz poczułam się przeproszona, że właśnie pojawili się na scenie, potem się rozkręcili i było fajnie, ale gdy ktoś widzi Muchy po raz pierwszy
to może nie wiedzieć że ONI TAK MAJĄ na wstępie (chyba że wcześniej przeczyta to co tutaj napisałam :P);
kolejny problem wokalisty to wygląd; minimalna odległość dzieląca mnie od sceny obnażyła jego białe skarpetki i na tym żenującym fakcie skończę
resztę pozostawiając bez komentarza, bo przecież najważniejsza jest MUZYKA;
i tak jak niedawno podczas swojego występu w Stodole w roli supportu Hey Muchy przepadły, to wczoraj było dobrze, a w miarę upływu czasu coraz lepiej
(brawo za trafny komentarz n.t. porównań z Ciechowskim);
tylko bis mi się nie podobał bo Muchy śpiewające po angielsku brzmią beznamiętnie, mnie nie przekonują;
a potem na scenie pojawił się zespół HATIFNATS, który spodobał mi się już podczas półfinału Młodych Wilków,
jego wystep na małej scenie warszawskiej Stodoły mocno mnie porwał, ale już podczas finału na scenie dużej trochę słabiej;
wczoraj Hatifats przekonali mnie, że zdecydowanie lepiej brzmią na małej przestrzeni;
na koniec były cztery premierowe piosenki w wykonaniu CKOD z dopiero zapowiadanego albumu"After Party";
dla mnie niemal wszystkie piosenki tego zespołu brzmią podobnie i tym razem było podobnie :P;
btw.
a ten KTOŚ to był Artur Rojek który wystąpił w roli organizatora Off Festivalu (tegoroczny ma być nie gorszy niż ostatni, ale jeszcze nie wiadomo kto to sprawi) i dopiero co ojca małego Franka :DDD
2008/01/01
dla mnie ROK 2007 zakończył się filmem muzycznym ACROSS THE UNIVERSE (fajerwerki były potem); swoim klimatem obraz ten zbliżony jest do HAIR, a to głównie z racji wspólnego wątku jakim jest wojna w Wietnamie;
i mimo że jego fabuła jest prosta to
jednak "Across the Universe" nie jest filmem banalnym, problemy egzystencjalne jego bohaterów są uniwersalne niezależnie od czasów w jakich się zdarzają;
tę ciekawie opowiedzianą historię o przyjaźni i miłości bardzo dobrze się ogląda głównie za sprawą ścieżki dźwiękowej
- istotne tło opowieści stanowią wybrzmiewające piosenki THE BEATLES (aż 33!) w nowych ładnych aranżacjach, śpiewane przez występujące tutaj postaci; w tym filmie jest też kilka rarytasów,
a najlepszy z nich to JOE COCKER jako menel śpiewający "Come Together"; choćby dla niego warto wybrać się do kina, to jest SUPER!
2007/12/29
2007 zapadnie w mojej pamięci jako NAJLEPSZY rok KONCERTOWY w moim dotychczasowym życiu i życzę sobie bardzo, żeby każdy następny nie był gorszy;
oto pierwsza dziesiątka tych NAJ spośród kilkudziesięciu koncertów na których udało mi się być:
Red Hot Chili Peppers, Archie Bronson Outfit, Fishbone, Placebo, Muse, Bjork, Jethro Tull, Tool, Coma, CocoRosie.
BTW.
mam dużą nadzieję, że koncert THE MARS VOLTA na który już wkrótce wybieram się do Berlina zapoczątkuje kolejny dobry sezon, dodatkowo poszerzony
o horyzonty daleko przekraczające granice naszego dusznego kraju, bo ja mam bardzo piękne marzenia koncertowe
- RATM, NIN, KING`S X, RADIOHEAD, PJ HARVEY... ta lista jest długa.
ROK 2007 to również CZAS OCZEKIWANIA (z niedoczekaniem!) przede wszystkim na "The Bedlam in Goliath" - The Mars Volta i "Go Tell Somebody" - King`s X;
przez to niedoczekanie b. ciekawie zapowiada się niedaleka przyszłość...
ale ja i tak miałam czego słuchać;
ROK 2007 to duża ilość albumów dobrych i kilka bardzo zacnych;
dla mnie NAJLEPSZE PŁYTY roku 2007 są dwie: SERJ TANKIAN - "Elect The Dead" i NIN - "Year Zero";
bardzo LUBIĘ też te krążki:
OMAR RODRIGUEZ-LOPEZ - "Se Dice Bisonte, No Bufalo",
ATAXIA - "Automatic Writing II",
BAD BRAINS - "Bild the Nation",
SATELLITE PARTY - ""Ultra Payloaded",
PUSCIFER - "V Is For Vagina",
PJ HARVEY - "White Chalk",
QUEENS OF THE STONE AGE - "Era Vulgaris",
RADIOHEAD - "In Rainbows",
RHCP - "Transmissions",
BLONDE REDHEAD - "23";
spośród wydawnictw specjalnych UCIESZYŁY MNIE przede wszystkim:
"The Piper At The Gates Of Dawn" na 40-lecie PINK FLOYD, "Live in Boston" - THE DOORS i "Mothership" - LED ZEPPELIN;
p.s.
świat jest wielki a POLSKA słabiutka; podoba mi się tylko debiut NEW YORK CRASNALS i jeszcze "Terroromans" Much miejscami brzmi całkiem fajnie (a zwłaszcza "...pokażę ci jak się spada z dachu, nauczę cię..."), za to ROK 2008 powinien być ciekawszy nie tylko z powodu zapowiadanego na jesień trzeciego albumu Comy; wiem co mówię bo słyszałam: Żywiołak,
Mjut, Hatifnats, Powieki, Sandaless, Muerte - oni mają potencjał;
aha i jeszcze MUZYKA w literaturze i kinie:
KSIĄŻKA 2007 - "Wild Years. The Music and Myth of Tom Waits" Jay S. Jacobsa; FILM 2007 - "Screamers" z udziałem SYSTEM OF A DOWN.
książka Jay S. Jacobsa to biografia Toma Waitsa, którą czyta się prawie jak powieść;
wybitna osobowość bohatera została przedstawiona w bardzo kolorowy sposób i to właśnie jest atutem tego całkiem przepastnego tomu;
nie jest łatwo pisać o kimś, kto bardzo rzetelnie skrywa swoją prywatność i Jacobs nawet nie próbuje wchodzić w szczegóły ciemnej strony życiorysu Waitsa;
dzięki przytaczanym tutaj anegdotom oraz słowom artysty pochodzącym z wywiadów łatwo jest samemu stworzyć sobie jego obraz - z jednej strony pijaka i włóczęgi dobrze czującego
klimat podłych barów i podrzędnych hoteli, uwielbiającego stare nieekonomiczne (ale za to wygodne!) amerykańskie samochody;
z drugiej - troskliwego męża i ojca; wybitnego kompozytora i pieśniarza dodatkowo obdarzonego talentem aktorskim,
człowieka niezwykle inteligentnego o specyficznym poczuciu humoru; TOM WAITS nie jest gwiazdą, nie do każdego przemawia jego niełatwa muzyka;
mimo to ma duże grono wiernych fanów (więcej w Europie niż w rodzinnej Ameryce) wśród których są m.in.: syn jego idola -
lider zespołu Low Millions ADAM COHEN oraz syn jego guru - lider The Wallflowers JACOB DYLAN;
również syn Waitsa - Casey Xavier (fan Rage Against The Machine!) zajmuje się muzyką; wziął udział m.in. w nagraniu albumu swojego ojca REAL GONE,
przyjacielem Toma Waitsa jest LES CLAYPOOL z Primusa; warto też zajrzeć do "WILD YEARS..." żeby poznać trudne początki Toma i przyczynę jego niemal traumy po występach przed
koncertami
Franka Zappy
oraz rolę, jaką w jego życiu i karierze odgrywa Kathleen Brennan (bardzo zacna kobieta), awersję do udziału w reklamach, a także mechnizmy, układy i zależności w tzw. branży (bardzo ciekawy wątek);
mi ta lektura sprawiała szczególną przyjemność przy dźwiękach "ORPHANS", ale równie dobrze mógł to być jakikolwiek inny wspaniały album Tomka Czekacza;)
2007/12/14
Myslovitz zawiesza działalność na rok (panowie zapowiadają, że wrócą już z nową płytą) i to był jeden z ostatnich koncertów przed długą przerwą;
a ja z tą kapelą mam tak, że nie czuję specjalnej potrzeby jej słuchania poza tym co czasem wybrzmi w radiu; ale co innego występy na żywo,
bo MYSLOVITZ LIVE to całkiem INNA BAJKA - na koncertach panowie potrafią zagrać ostro z nerwem i pazurem, dokładnie tak jak lubię!
ten przedwczorajszy koncert zaczął się od przeglądu dokonań - wybrzmiewały na przemian kawałki b. stare, trochę starsze i nowe z ostatniej płyty;
fajnie się tego słuchało, a nóżka zaczęła chodzić juz od samego patrzenia na zespół, którego lider ma niespożytą energię i aż sprężynuje he he;
publiczność miło reagowała, miły wieczór ŁADNA ZABAWA;
a potem nastąpiła eksplozja! PEGGY BROWN wybrzmiała w tzw. wersji z falbankami, podobno to nic nowego, ale ja "z falbankami" usłyszałam po raz pierwszy
i mnie porwało, bo TO brzmiało jak Myslovitz w coverze własnej piosenki w wersji heavymetalowej (sic!) nie usłyszysz - nie uwierzysz! te falbanki są super!
a zaraz potem gdy SZOK jeszcze nie minął
w deski Stodoły wbiły mnie dźwięki MICKEY - absolutna psychodelia i słuchając tej niezwykłej kompozycji pomyślałam, że gdyby zespół Myslovitz poszedł teraz w tym właśnie kierunku to ho! ho!
a to przecież całkiem stary kawałek, sprzed wielu już lat,
powstał na początku ich działalności w wyniku fascynacji Rojka i Lali zespołem STEREOLAB; do dziś nie istnieje na żadnej płycie i można go usłyszeć tylko na koncertach (ale nie na każdym);
utwór ten ma luźną konstrukcję co pozwala grać go niemal za każdym razem inaczej
i dlatego wychodzi różnie - podobno czasami świetnie a innym razem koszmarnie; więc ja miałam szczęście bo 12.12.07 Myslovitz zagrał go absolutnie wspaniale!
gdy "Mickey" wybrzmiał do końca wyszłam, mimo że zespół jeszcze nie zszedł ze sceny; ale nie chciałam utracić fenomenalnego wrażenia i pozostać w klimacie myslovitzowej psychodelii.
2007/12/02
VAX SIMULACRA to niejako przedsmack nowego albumu TMV, pierwszy singiel zapowiadający "The Bedlam in Goliath",
cudna kompozycja, od kilku dni aż nie mogę się nią nasycić i mimo że jak na utwór TEGO zespołu jest wyjątkowo krótka, to osadzona na wielu płaszczyznach, a że niedługa
to spełnia warunki singla radiowego; dobrze że panowie Omar i Cedric zaniechali pierwotnego planu dostosowania utworu "Goliath" do potrzeb radiowych czyli skrócenia go o prawie 1/3
(podobno w skróconej wersji brzmiał bardziej wolfmotherowo niż marsvoltowo ;),
dzięki temu ta niezwykła kompozycja znana już z solowego albumu O. Rodrigueza-Lopeza SE DISE BISONTE, NO BUFALO jako "Rapid Fire Tollbooth" pojawi się na
THE BEDLAM IN GOLIATH jako "Goliath" w wersji dodatkowo rozbudowanej i właśnie ta niejako odwrotna koncepcja (rozbudowanie zamiast skracania) bardzo mi się podoba;
jutro VAX SIMULACRA oficjalnie zadebiutuje na antenach radiowych;
z tych zaledwie dwóch słuchanych przeze mnie polskich stacji radiowych w jednej z pewnością zagości na playliście, w drugiej pewnie pojawi sie w kilku audycjach autorskich; a ja czekam teraz na cały album, po tych dwóch wspaniałych przedsmackach z narastającą niecierpliwością a jednocześnie z ogromną radością, że THE BEDLAM IN GOLIATH dobrze się zapowiada.
2007/11/25
w roku 2007. Wielka Artystka JONI MITCHELL zaistniała już trzykrotnie: więcej >>
pojawiły się aż trzy albumy z J. Mitchell w roli głównej i wszystkie warte uwagi!
po pierwsze: A TRIBUTE TO JONI MITCHELL -
album z coverami, mimo że nie wszystkie zachwycają to kilku artystom ta niełatwa sztuka dobrej interpretacji udała się ładnie, szczególnie dobrze zaśpiewała tutaj Bjork,
Sufjan Stevens, i Elvis Costello; każde z nich wykonało kompozycje J.Mitchell w sposób charakterystyczny tylko dla siebie dlatego w ich wykonaniu utwory Wielkiej Artystki zyskały całkiem nowe brzmienie, bardzo ciekawe;
po drugie: RIVER THE JONI LETTERS autorstwa Herbie Hanc.ocka -
pan H. Hanc.ock popełnił mocno zaskakujący album (być może to nic
dziwnego skoro inspiracją była właśnie Joni Mitchell, jego przyjaciółka); chyba najbardziej zaskoczył mnie fakt, że tutaj nawet Tina
Turner śpiewa łagodnie kojącym głosem (sic!), a prawdziwą perełką jest
udział samego Leonarda Cohena, który wprawdzie bardziej mruczy niż śpiewa, ale i tak TEN GŁOS zachwyca (jak zawsze!), i jeszcze sama Joni też tutaj zaśpiewała, bardzo pięknie;
po trzecie: SHINE - album autorstwa JONI MITCHELL, którym znowu pokazała, że Wielką Artystką JEST, bo ona już nie musi niczego udowadniać, nie musi niczym zaskakiwać, to jest po prostu piękna muzyka,
której zawsze słucha się z ogromną przyjemnością.
2007/11/25
w roku 2007. Wielki Artysta BOB DYLAN zaistniał już trzykrotnie: więcej >>
pojawiły się aż trzy albumy z B.Dylanem w roli głównej i wszystkie warte szczególnej uwagi!
po pierwsze: DYLANESQUE którym hołd Wielkiemu Artyście złożył Bryan Ferry i zrobił to cudnie; wszystkie kompozycje zostały zaaranżowane i wykonane z manierą charakterystyczną dla Bryana F.
i zyskały przez to niepowtarzalne wspaniałe brzmienie;
po drugie: DYLAN - 3-płytowy album zawierający na nowo zremasterowane utwory reprezentujące wszystkie etapy twórczości Wielkiego Artysty, wybrane przez fanów,
zacna pozycja w płytotece bo to są właśnie korzenie rocka, pięknie brzmiące korzenie;
po trzecie: I`M NOT THERE - FILM biograficzny o Wielkim Artyście oraz SOUNDTRACK do tego filmu i bardzo chętnie napisałabym przy Bobie Dylanie że zaistniał aż czterokrotnie,
jednak polska premiera zapowiadana jest dopiero na 22. lutego 2008 [przedpremierowo będzie wyświetlany na
festiwalu "Plus Camerimage" w Łodzi razem z INTO THE WILD na który też czekam (a miał być jeszcze w październiku) i CONTROL (polska premiera zapowiadana na 7. marca 2008), ale czy zdążę dojechać?]; zostaje więc soundtrack - ten dwupłytowy ALBUM jest absolutnie niezwykły!
zawiera ponad 30 coverów kompozycji Wielkiego Artysty w zaskakująco przeróżnych wykonaniach - od
Eddie Veddera & The Million Dollar Bashers w "All Along the Watchtower"
na otwarciu,
przez Los Lobos (fajne!), Sonic Youth, Karen O. & the Million Dollar Bashers, Sufjana Stevensa (u Joni Mitchell też był)
aż do zamykajacego całość tytułowego I`M NOT THERE w oryginalnym wykonaniu Boba Dylana z jego dawnym zespołem THE BAND; a wśród tego mnóstwa różności
perełki - cudny "Senor" w wykonaniu WILLIE NELSONA & CALEXICO,
rewelacyjnie brzmiące
"Fourth Time Arround" i "I Wanna Be Your Lover" - YO LA TENGO
i chwytające za gardło
"Knockin` On Heaven`s Door - ANTONY & THE JOHNSON;
ciekawe ile z tego wybrzmiewa w samym filmie (?)
2007/11/22
o! pięknie... więcej >>
ale pięknie się zrobiło, najpierw słońce ogrzało powietrze wystarczająco mocno żebym mogła swobodnie pomknąć Gazellką z wiatrem bez lodu we włosach, a potem ta WIADOMOŚĆ, ha!!! moje od dłuższego czasu największe MARZENIE bliskie jest spełnienia - 24. lutego 2008 THE MARS VOLTA zagra w Berlinie!!! YES!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! [to Jo.: Happy Thanksgiving!]
2007/11/16
KONIEC JEST BLISKI więcej >>
spośród wszystkich polskich wykonawców, oprócz Janerki (oczywiście) tylko na koncerty Comy chodzę zawsze gdy mam ku temu okazję więc wczorajszego występu w Stodole opuścić nie mogłam;
po deklaracji Roguckiego podczas ostatniego spotkania w Spodku, że zespół znika na jakiś czas żeby jesienią wrócić z nowym materiałem, spodziewałam się że tak właśnie będzie;
ale nic z tego! a dokładnie prawie nic bo pojawiły się 2 nowe kompozycje, jednak słychać było że jeszcze nie w pełni dopracowane... ale wybaczam Tobie Piotrze bo wczorajsze SHOW
(to był już nie tylko kolejny koncert ale prawdziwy spektakl) było wspaniałe! pojawiła się pomysłowa scenografia pt. KONIEC JEST BLISKI;
a sam początek też był imponujący - panowie dosłownie wjechali na scenę Stodoły (na dziecinnych rowerkach);
a potem zagrali... rewelacyjnie! to był ich najlepszy występ jaki widziałam; było słychać widać i czuć, że repertuar z obu płyt mają opanowany do perfekcji a nawet lepiej,
bo znane kompozycje wybrzmiały w wersjach mocno rozbudowanych, z imponującymi solówkami, co dodało całości dodatkowych atrakcji;
bezsprzecznie PIOTR ROGUCKI to najbardziej ekspresyjny polski wokalista! aż miło ne tylko go posłuchać ale też na niego popatrzeć - on tańczy a oni grają (Pasażera jednak nie zagrali);
poza nowym COMA w ciągu 100 minut dała swoim fanom spełnienie: m.in. GNIEW ZŁO LISTOPAD CHAOS i taką moc energii aż doprowadziła wszystkich niemal do Schizofrenii,
na koniec Zbyszek skoczył z wieżowca i zespół zjechał ze sceny w podobny sposób jak na nią wjechał;
a potem spotkany przy garderobie P. Rogucki zapytany o nową płytę (autograf też dostałam :P:P:P) powiedział że muzyka jest już gotowa, teraz powstają słowa, a potem będzie dużo pracy
i album pojawi się jesienią 2008, czy to będzie listopad? czas pokaże...
2007/11/08
The Bedlam in Goliath - album który nie chciał się narodzić we wrześniu więcej >>
nareszcie wiadomo O CO CHODZI co jest przyczyną odsunięcia aż do stycznia 2008 zapowiadanej wcześniej na wrzesień 2007 premiery czwartego albumu The Mars Volta;
to jest NIESAMOWITA HISTORIA:
jakiś czas temu Omar przywiózł z wyprawy do Jerozolimy prezent dla Cedrica - tabliczkę służącą do wywoływania duchów i rozmawiania z nimi (sic!)
panowie zabrali ją
w trasę koncertową i gdy im się nudziło między występami bawili się w wywoływanie duchów;
do tabliczki były dołączone wiersze o trójkącie: córka, matka i jeden mężczyzna; muzycy koncentrowali sie na tych postaciach i ich historii miłosnej;
ta trójka przychodziła do nich w jednej postaci, CEDRIC i OMAR zapisywali wszystko co do nich mówiła, framenty zapisków wykorzystywali przy tworzeniu tekstów na nową płytę;
na początku szło im bardzo dobrze teksty i muzyka powstawały bardzo sprawnie, premiera albumu była zaplanowana na wrzesień;
panowie pomyśleli nawet, że czarodziejska tabliczka i duchy przynoszą im szczęście, ale przecież z duchami nie ma żartów...
nagle wszystko zaczęło się psuć - studio w którym nagrywali zalała woda, ich inżynier dźwieku ześwirował a bez niego musieli nagrywać wszystko od początku;
i to jeszcze nie koniec nieszczęść, Cedric zaczął mieć poważne problemy ze stopami i musiał poddać się operacji polegającej na tym że łamano i szlifowano mu kosci w stopach (jezuuu co za koszmar!)
a po operacji musiał nauczyć się chodzić od nowa; potem doszła bardzo kosztowna zmiana perkusisty;
czyli dosłownie wszystko się waliło, wszędzie czekały na nich nieprzyjemne pułapki;
uświadomili sobie, że to zabawa z duchami obróciła się przeciwko nim i sciągała te wszystkie nieszczęścia więc przyszedł czas żeby to skończyć ;
wreszcie Omar pogrzebał tabliczkę i od tego czasu wszystko zaczęło wracać do normy i odwracać się na dobre;
po tej ekscytującej przygodzie z duchami album THE BEDLAM IN GOLIATH ma być jakby pułapką na złe duchy, niczym "Ghostbusters";
muzycy twierdzą że będzie przynosić szczęście i ja im wierzę;
dla mnie szczęściem będzie już sama możliwość posłuchania tej płyty a zapowiadaną jej niezwykłą moc (GOOD MOJO) też chętnie wypróbuję na sobie ;))
2007/11/03
41 potencjometrów PANA JANA więcej >>
aż 33 lata przeleżała w redaktorskiej szafie przy Myśliwieckiej 3/5/7 taśma z zarejestrowanym na niej koncertem, który miał miejsce 9. maja 1974 r. w warszawskim klubie Riviera;
historia tego nagrania,
m.in. to w jaki sposób z prawie 80 min. muzyki uzyskano nagranie długości dokładnie 41 minut i jak to się stało, że dopiero po ponad trzech dekadach trafiło ono na płytę oraz skąd się wziął ten dziwny tytuł
(kim jest pan Jan od potencjometrów?) to wszystko zostało dokładnie opisane w załączonej do płyty książeczce zawierającej dodatkowo pochodzące z tamtego okresu zdjęcia Niemena i towarzyszących mu muzyków oraz niezwykłe szkice
autorstwa wdowy po Czesławie Niemenie - Małgorzaty Niemen;
pani Małgosia wykonała je podczas prób zespołu odbywających się właśnie przed tym koncertem;
już sama okładka płyty jest bardzo oryginalna, szczególną uwagę przykuwa wykonany pismem odręcznym (długopisem!) tytuł albumu;
muzyczna zawartość płyty to 41 minut progresywnego rocka z elementami jazzu i bluesa; to NIEMEN nieprzebojowy i niepopularny, tutaj nie ma piosenek - Czesław Niemen śpiewa scatem;
podczas koncertu towarzyszą mu zacni muzycy - Sławomir Piwowar na gitarze, Jacek Gazda na gitarze basowej, a także nazywany przez samego Niemena "wielkim samorodnym talentem"
perkusista Piotr Dziemski, z którym podobno wiązał on wielkie plany, niestety zniweczone przez przedwczesną śmierć 22-letniego muzyka; kolejną ciekawostkę stanowi grający na skrzypcach elektrycznych Jan Błędowski znany z wykonywania podczas koncertów w swoich solówkach cytaty ze znanych tematów muzycznych, w "41 potencjometrach PANA JANA" jest to LA CAMPANELLA Paganiniego; btw.
DZISIAJ w południe NA POWĄZKACH nie było tłumów i mogłam swobodnie przemieścić się od jednego pana N. (Tadeusza) do drugiego pana N. (Czesława) i zapalić świeczki obu Mistrzom;
w pewnym momencie pojawiło się nawet słońce, wiatr ustał i zrobiło się tak cicho i nastrojowo, tak pięknie jak piękna jest (bo ona zawsze będzie "jest" mimo że ICH już nie ma) ich muzyka...
2007/11/02
listopad zawsze smutno się zaczyna (taki zwyczaj)... więcej >>
prawie wszystkie liście już spadły, czuć wyraźnie że teraz bliżej jest do zimy niż przyjemnej aury na pograniczu lata i jesieni;
pierwsze dni listopada upływają jak zwykle w nastroju zadumy, wspomnień o tych co istnieją już tylko w naszej pamięci,
idealny czas na muzykę łagodnie wpasowującą się w STAN MELANCHOLII rysującą ładne obrazy do przepływających myśli;
mój "spektakl wspomnień" jak zwykle otwiera JANERKA ze swoim idealnie tutaj pasującym WIEJE (ten utwór jest juz zajęty! to MUZYKA NA MÓJ POGRZEB), a potem następuje łagodne przejście...
w tym roku padło na nowe płyty: "White Chalk" - PJ HARVEY, "In Rainbows" - RADIOHEAD, "Hvarf/Heim" - SIGUR ROS;
albumy z piękną nastrojową muzyką, bardzo łagodną, melancholijną a jednocześnie nie dołującą, bo kto by się chciał dołować gdy za oknem złote liście błyszczą w
słońcu? a poza tym zawsze można wsiąść na rower i (omijając paraliż komunikacyjny) pomknąć do kina na ładny film; IRINA PALM z rewelacyjną MARIANNE FAITHFUL wspaniale wpasowała mi się
w nastrój początku listopada.
2007/10/27
PUSCIFER - kolejny (obok Tool i APC) projekt MJK więcej >>
Jo. przysłała smsa z szalonej wyprawy Route 66 z informacją, że przypadkiem (ładny przypadek!) spotkała Maynarda pracującego w swojej winnicy; Lucky Woman!!! sprawdziłam więc co słychać u PUSCIFER a tam... V IS FOR VAGINA gotowa już w całości; posłuchałam i.. to jest ładne, nadaje się do dłuższego tzw. rozkminiania więc będę rozkminiać, ale to za chwilę bo teraz rządzi SERJ ze swoim "Elect The Dead".
2007/10/27
już dawno nic mną nie rzuciło o ścianę... więcej >>
wcześniej nie zastanawiałam się nad tym czego mogę oczekiwać
po solowym dziele jednego z liderów System Of A Down (w zawieszeniu) więc nie spodziewałam się niczego szczególnego;
ELECT THE DEAD zaczęłam słuchać z czystej tylko ciekawości i... stało się - RZUCIŁO MNĄ O ŚCIANĘ już po pierwszym przesłuchaniu, tak od razu i bez uprzedzenia!
to dzieło (a może powinnam napisać DZIAŁO?) absolutnie genialne, od początku do końca dopracowane w każdym szczególe i pod każdym względem porywające;
jezuuu jak to wciąga - z każdym dniem zapadam się w nim, totalny amok
i tak przez następne godziny kolejnego dnia (a to trwa już ponad tydzień!) jestem zniewolona,
zapętlam się w tej muzyce i ciągle odkrywam w niej coś nowego, genialnego;
ja już wiem, że SERJ TANKIAN po prostu musiał się uwolnić od zespołu żeby w pełni rozwinąć własne pomysły na muzykę,
bo to co słychać na początku płyty - otwierające ją EMPTY WALLS i THE UNTHINKING MAJORITY
można potraktować niejako jak intro Serja -
nie zapominam skąd pochodzę i nie odcinam się od SOAD, ale... posłuchajcie co mam dla was ponad TO;
a ma naprawdę bardzo wiele!
i objawia się nam nowe oblicze Serja, oprócz już tego znanego - politycznie zaangażowanego i nieobojętnego na krzywdę ludzką w skali globalnej,
poznajemy go jako osobę bardzo pięknie przeżywającą uczucia osobiste;
i właśnie o osobistych uczuciach Tankian śpiewa na swojej pierwszej solowej płycie jakby nowym głosem - bardzo pięknym i melodyjnym,
momentami śpiewa cudnie, a partie śpiewane wspólnie z Ani Maldjian jeszcze dodają albumowi uroku;
dodatkowo - wspaniale przemyślany układ utworów powoduje, że całość już od początku nabiera tempa i porywa na całe 45 minut, a przy tym ma niesamowity klimat i takie zwroty "akcji" że wciąż zdumiewa genialnymi pomysłami Tankiana;
czy to już jest TEN album 2007? "Elect The Dead" ma wszelkie znamiona Albumu Roku `07 (btw. koledzy Serja z SOAD Daron Malakian i John Dolmayan stworzyli
SCARS ON BROADWAY;
panowie niedawno weszli do studia i pracują nad debiutancką płytą, ciekawe jak to będzie słychać...)
2007/10/20
powtórka z rozrywki? nic z tego!!! więcej >>
i oto nadszedł kolejny październik z Fishem, można by rzec że jesień w Polsce zaczyna sie od Ryby!
motywem przewodnim tegorocznej trasy jest (jest bo ona wciąż trwa) nowy Fishowy album "13-th Star" i dwudziestolecie Marillionowego "Clutching at Straws";
FISH sprytnie zmiksował oba tytuły i koncerty odbywają się pod szyldem CLUTCHING AT STARS;
szłam na ten koncert z lekką obawą, że po tym co przeżyłam w tym samym miejscu w październiku roku 2006 kolejnym swoim występem FISH nie będzie w stanie mnie już porwać,
NIC Z TEGO!
to był ponad dwugodzinny SPEKTAKL pełen takiej energii, że porwał mnie bez reszty;
wyraźnie widać słychać i czuć że on LUBI NAS;
komiczne dygresje i opowieści o przygodach hotelowych oraz o egipskich piramidach, Fish nie tylko gadał do nas jak do starych przyjaciół, on z nami konwersował, śmiał się i skakał;
w pewnym momencie zszedł ze sceny i wmieszał się w tłum, potem przechadzając się wśród zdumionych fanów zaśpiewał "Voice in the Crowd";
tradycyjnie na koniec trochę się z nami podrażnił - nagle skończył występ...
ale my już znamy te numery! krzyki tupanie klaskanie i oto znowu wychodzi na scenę, a gardła się ściskają na dźwięki cudnego CLICHE, potem kolejny bis - INCOMMUNICADO,
a na sam koniec dopełnienie - THE LAST STRAW;
podoba mi się ta nowa tradycja - październikowy koncert Fisha co roku? proszę bardzo!
2007/10/15
"Screamers" wbija w fotel jeszcze głębiej niż "Katyń" więcej >>
SCREAMERS (w polskim tłumaczeniu - ROZWRZESZCZANI) to kolejny wspaniały dokument tegorocznego Warsaw International FilmFest z muzyką w tle (ogromne brawa dla organizatorów!);
jednak tak jak wczoraj z Red Hot Chili Peppers była świetna zabawa tak dzisiejszy obraz z udziałem
System Of A Down to porażająca lekcja historii; to nie Hitler był pierwszym ludobójcą!!!
film osadzony jest na historii 96-letniego dziadka Serja Tankiana, który przeżył eksterminację 1,5 miliona Ormian w Turcji w 1915 r.,
ten obraz pozwala poznać prawdziwe treści piosenek SOAD, pokazuje walkę członków tej zacnej kapeli o historyczną prawdę
(do dzisiaj USA i Wielka Brytania nie uznały rzezi Ormian za akt ludobójstwa);
z ekranu porażają wstrząsające zdjęcia dokumentujące trudno wyobrażalne okrucieństwo - od zagłady Ormian przez Holokaust, Bośnię, Rwandę i Darfur;
to wszystko widziane oczyma członków System Of A Down, z ich opowieściami i komentarzami muzycznymi, fragmenty koncertów też są, a sama MUZYKA
nabiera tutaj dodatkowej mocy - jest sposobem dotarcia z prawdą historyczną do zwykłych ludzi, a raczej bardzo nie-zwykłych bo fanów zespołu na całym świecie
i wywołanie ich sprzeciwu wobec hipokryzji polityków rządzących światem; film rozpoczyna wielki wybuch - "B.Y.O.B." kończy - przejmujące "Holy Mountains"; w kontekście właśnie obejrzanego SCREAMERS teksty SOAD nabierają nowego, głębszego znaczenia;
Serj, Daron, Shavo, John - SZACUNEK.
2007/10/14
właśnie obejrzałam "Red Hot Chili Peppers: Untitled Docu.mentary" na 23. Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym więcej >>
to nie jest klasyczny film dokumentalny o muzykach rockowych;
reżyser David Hausen towarzyszył z kamerą zespołowi RED HOT CHILI PEPPERS podczas powstawania teledysków do utworów "Dani California", "Tell Me Baby" i "Hump the Bump" (ten ostatni w rezyserii aktora komediowego Chrisa Rocka) z
ostatniego studyjnego albumu papryczek "Stadium Arcadium" (2006); to co obserwujemy na ekranie to nieustająca zabawa przy pracy nad clipami, redhoci to niesamowicie pogodni ludzie,
największe freaki wśród nich to FLEA i CHAD SMITH, mocno wyluzowany jest też ANTEK Kiedis, a FRU - początkowo lekko wycofany, pozostający jakby trochę z boku,
ale potem i on sie rozkręca, dołącza do zabawy
i mamy istne SZALEŃSTWO!!! (przy okazji można zobaczyć Johna z włosami długości od DO PASA aż DO ZERA!) ;
a to wszystko wspaniale udziela się widzowi - FANCE zespołu czyli MI :P
funkcje narratorów pełnią sami członkowie zespołu i opowiadają: o początkach kariery, życiu w trasie, kręceniu teledysków i tworzeniu muzyki;
ten dokument to piękne wspomnienie i jednocześnie jakby dopełnienie lipcowego koncertu RHCP; a potem biegiem do domu bo chce się koniecznie posłuchać jeszcze raz "Dani California", "Tell Me Baby" i "Hump the Bump", żeby podtrzymać ten radosny nastrój z niedawno zakończonego seansu...
2007/10/14
Siouxsie Sioux vs. Annie Lennox więcej >>
Siouxsie wróciła! tym razem zadebiutowała SOLO; miałam straszne opory przed tą płytą, a wszystko przez Annie LENNOX i jej "Songs of Mass Destruction", bo tak jak kiedyś lubiłam EURYTHMICS tak solowe dokonania A. Lennox są dla mnie słabe, na jej ostatniej płycie moją uwagę zwróciła zaledwie jedna kompozycja SING i to tylko ze względu na fakt, że jest zaśpiewana w towarzystwie 23 wokalistek i z powodu szczytnego celu tego przedsięwzięcia; nawet przesłuchałam całą płytę i wiem że już do niej nie wrócę, to nie są moje klimaty; i stąd moje obawy przed MANTARAY, mając w pamięci brzmienie SIOUXSIE AND THE BANSHEES i same dobre skojarzenia z muzyką tej kapeli obawiałam się rozczarowania; ale czy można się oprzeć tak pięknie podanemu krążkowi? nie można! odpakowałam wodzące na pokuszenie pudełko, włożyłam płytę do odtwarzacza i... moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebnie! bo SIOUXSIE wciąż powala, być może nie jest już tak zadziorna jak kiedyś, może trochę złagodniała, ale wciąż potrafi porazić zarówno niesamowitą energią jak i lodowatym chłodem bijącymi z jej solowych piosenek, słychać, że jej głos jest teraz dojrzalszy, jednocześnie wciąż bardzo mocny i zniewalający; cała płyta jest niezwykła - są tutaj zróżnicowane brzmieniowo kompozycje od popu i rocka przez industrial do glam rocka, wszystkie z bogatym instrumentarium i w bardzo ładnych aranżacjach; swoim wokalem SIOUXSIE czaruje słuchacza i uzależnia; trzy- czy czterokrotne z rzędu słuchanie MANTARAY nie nuży a wręcz przeciwnie, bardzo trudno przestać słuchać.
2007/10/10
obejrzałam "Immagine In Cornice" i pożałowałam... więcej >>
trochę pożałowałam że odpuściłam sobie chorzowski koncert PEARL JAM w czerwcu 2007, ja naprawdę mogłam tam być ale... odpuściłam bo mi zależało przede wszystkim żeby do Chorzowa pojechać w lipcu, na koncert RHCP;
za to z IMMAGINE IN CORNICE zabrałam się na aż 5 koncertów Pearl Jam podczas ich włoskiej trasy z 2006, świetny film dokumentujący nie tylko występy zespołu i ich niesamowitą atmosferę; poza samymi koncertami, podczas których zespół wykonuje kompozycje zarówno z nowej płyty jak i starsze, a także cover
"Rockin' in the Free World" NEILA YOUNGA;
kamera zarejestrowała też
fanów PJ pochodzących z różnych krajów, niemal z całego świata, którzy towarzyszyli zespołowi podczas tej trasy; bardzo ładna jest scena w której ich grupka rozłożona na chodniku
z gitarką radośnie wyspiewuje piosenki Pearl Jam i ma z tego wspaniałą zabawę; oprócz tego sporo jest zbliżeń na samych muzyków - EDDIE pobiera nauki podstawowych zwrotów włoskich, dzięki czemu będąc na scenie nawiązuje z publicznością kontakt właśnie w tym języku i też po włosku przedstawia swoich kolegów z zespołu, wychodzi mu to całkiem dobrze, jakby naturalnie,
wcale przy tym nie brzmi tak małpio cyrkowo jak Jagger na Służewcu; pojawia sie też mała dziewczynka (córeczka Veddera), muzycy opowiadają o swoich pasjach i ulubionych zajęciach pozamuzycznych, o zwiedzaniu zabytków, o tatuażach, o szaleństwach na skateboardzie, w jednej ze scen Eddie też przemyka na deskorolce po hotelowym korytarzu; a po emocjach wywołanych IMMAGINE IN CORNICE warto przełączyć się na solowe dzieło Veddera INTO THE WILD, to jest ładna spokojna muzyczka - wręcz kojąca, a ja czekam na film, do którego ta muzyka powstała, w Polsce ma wejść na ekrany pod koniec października; szkoda że obraz "REIGN O`ER ME" z marca 2007 gdzieś przepadł, jeszcze przed wakacjami wyświetlali go w Ameryce a do nas nie dotarł,
to właśnie na potrzeby tego filmu powstał ładny cover
kompozycji THE WHO - "LOVE REIGN O`ER ME" w interpretacji Pearl Jam; tymczasem już od piątku 23. WMFF z RED HOT CHILI PEPPERS i SYSTEM OF A DOWN (!)
2007/10/06
piękna Emmanuelle zeszła z ekranu, stanęła na scenie Palladium i zaśpiewała... więcej >>
w Palladium byłam punktualnie o 8. i załapałam się na support o obco brzmiącej nazwie STATEK KOSMICZNY GNIAZDO KONIA i tak jak dziwnie się nazywają tak grają, fajnie bo całkiem na luzie i dobrze bo krótko;
a ciekawostką miał być gościnny udział Andrzeja Smolika na klawiszach, co akurat na mnie nie robi większego wrażenia bo to jednak nie są moje klimaty, za to saksofon sprawił mi przyjemność bo ja lubię jego dźwięki ************
chwilę po 9. na scenie pojawiła się GWIAZDA wieczoru i się zaczęło to na co wszyscy czekali; Emmanuelle Seigner w naturze do słuchania i oglądania,
co w tym przypadku nie jest bez znaczenia, bo to jest ładna kobieta, podoba sie nie tylko panom, wszystkie oczy męskie i damskie były w nią wpatrzone i zauroczone;
EMMANUELLE wystąpiła w skromnym t-shircie i jeansach; mnie oczarowała swoją naturalnością, mimo że już po 40. w jej gestach i sposobie komunikowania się z publicznością
jest coś z małej dziewczynki; zero gwiazdorstwa i jakby trochę zaskoczona i zakłopotana (ale uradowana) ciepłym przyjęciem i gorącymi oklaskami, które rozbrzmiewały po każdym utworze,
a czasami nawet w trakcie...
a co ze śpiewaniem? na początku miałam wrażenie że SEIGNER jest troche stremowana, jej wokal gubił się gdzieś wśród dźwięków generowanych przez zespół Ultra Orange (a zespół potrafi przyciąć na gitarkach aż miło); pomyślałam nawet, że chyba lepiej się ewakuować żeby nie psuć sobie dobrych wrażeń zapamiętanych ze słuchania płyty, ale z każdym kolejnym utworem było coraz lepiej i lepiej i zostałam, do końca;
EMMANUELLE SEIGNER naprawdę POTRAFI śpiewać i to nie tylko ładne piosenki,
co udowodniła brawurowym wykonaniem coveru THE STOOGES - "I'm Sick of You" :DDD
choćby tylko dla tego jednego kawałka, który powalająco odegrała już nie tylko jako wokalistka
ale również aktorka - taki mini spektakl z niby niewinnym ale ostrym rockowym pazurem - WARTO BYŁO tam być!
2007/10/03
nie jestem, nigdy nie byłam i nie będę fanką DREAM THEATER; na ich koncert poszłam dlatego, że Jo mnie namówiła i chociaż ona też nie znosi wokalu Jamesa LaBrie przekonała mnie że warto; Jo widziała DT na żywo już kilka razy więc uznałam że wie co mówi, poczułam się namówiona i poszłam; na samym początku występu LaBrie śpiewał w górnych rejestrach a to dla mnie jest niesłuchalne, jakoś wytrzymałam bo byłam ciekawa co będzie dalej,
potem było lepiej, wokal "znormalniał"; jednak dla mnie najważniejsza była sama muzyka, to co grali do mnie gitarzysta basista perkusista i klawiszowiec, a panowie się starali, być może trochę za mało John Ro Myung bo mi basowego brzmienia w muzyce DT trochę brakuje; szczególnie mocno zadziwiły mnie sztuki wyczyniane przez Jordana Rudessa, bo przecież to jest raczej niemożliwe, żeby z instrumentów klawiszowych wydobyć dźwięki łudząco podobne do brzmienia fortepianu a jednak... i mimo że muzyka Dream Theater wciąż do mnie nie przemawia i w żadnym momencie koncertu mnie nie porwała, było to ciekawe doświadczenie;
mało zaaferowana samym występem miałam okazję przyjrzeć sie publiczności, oprócz kilku znanych redaktorów zauważyłam panów z LADY PANK - tego co lubi pokazywać (fuj!) i tego co lubi rzucać, jednak wczoraj takiej wioski nie było, bo to nie oni byli na scenie; ale dobrze że przyszli niech się uczą cywilizowanego zachowania od tych, którzy przekazuja dobre wzorce; był też Prezes z klubu na P., w którym byłam na koncercie BUDGIE i radośnie sobie pląsał, temu panu polecam wzięcie sobie do głowy faktu, że bez piwa i papierosowego smrodu koncert MOŻE się udać, bo imprezy na Torwarze gdzie piwa nie sprzedaje się wcale i jest całkowity zakaz palenia
SIĘ UDAJĄ (!)
z moich ostatnich wizyt w tym miejscu - koncert DT udał się dobrze chociaż ludzi dużo nie było, być może ci co nie przyszli wczoraj niedawno widzieli kapelę w Spodku, a czerwcowy koncert PLACEBO udał się znakomicie; btw. źle się dzieje w tej kapeli, perkusista ją opuścił...
2007/09/28
RADIO NOWHERE - singiel promujący nowy album pana powszechnie zwanego Bossem - po raz pierwszy usłyszałam w radiu i bardzo się zdziwiłam, że to jest kawałek właśnie Springsteena,
nie od razu go rozpoznałam, dotychczas tego artystę kojarzyłam raczej z innymi klimatami;
a tu niespodzianka, bo "Radio Nowhere" ma w sobie lekkość i świeżość, ten utwór jest z gatunku tych piosenek, które niemal od razu, od pierwszego usłyszenia, strasznie mocno się przyczepiają i nie chcą puścić :D
ale już cała nowa płyta Bruce`a aż tak przebojowa nie jest, chociaż jeszcze LONG WALK HOME równie łatwo zapada w pamięć;
jednak mimo zapowiedzi menagera artysty ostre rockowe granie to na pewno nie jest, muzyce na "Magic" bliżej jest do łagodnej odmiany rocka z domieszką popu i country;
obok rzadkich tutaj ostrzejszych gitarowych dźwięków pojawiają się lekkie nutki - słychać dzwoneczki i skrzypki, BOSS radośnie wyśpiewuje "na na na..." i "la la la...";
słychać tutaj coś z klimatów Neila Younga, trochę nawet Bryana Ferry, a zamykający całość TERRY`S SONG jest mocno Dylanowy i to nie tylko z powodu charakterystycznych dźwięków harmonijki; i to jest kolejna NIESPODZIANKA, bo ta kompozycja nie jest uwzględniona w spisie utworów na płycie, ani
w książeczce do niej dołączonej; "Terry`s Song" został dodany do MAGIC dwa tygodnie po jej opisaniu i zapowiedzeniu jako płyty 11-trackowej; ta piosenka jest poświęcona pamięci wieloletniego asystenta
Springsteena - Terry`ego Magoverna, który zmarł 30. lipca 2007;
być może "MAGIC" to nie żadna "magia" i może jest bez fajerwerków, ale mi ta płytka po prostu się podoba, a to już wystarczy, żeby co jakiś czas do niej wracać.
moje pierwsze podejście do nowego albumu FOO FIGHTERS było zupełnie nieudane, nic nie chwyciło i nic nie zaskoczyło; podobnie było podczas kolejnej próby i kolejnej i już myślałam że to jest zła płyta...
aż przyszła ta chwila gdy łomot i wrzask którymi ECHOES, SILENSE, PATIENCE & GRACE się zaczyna - i to niejako podstępnie, bo sam początek otwierającego całość THE PRETENDER jest łagodny i dopiero po chwili następuje gwałtowne walnięcie i to nie jest jedyny taki "dwuwarstwowy" utwór na tym albumie - trafiły na PODATNY GRUNT i... wtedy mnie wciągnęło, i to jak!
niektóre dżwięki, a szczególnie takie bardzo charakterystyczne jakimi są te autorstwa FF czasami drażnią aż za bardzo i dlatego nierzadko wymagają odpowiedniego nastroju,
żeby mogły w coś wniknąć i eksplodować i właśnie wtedy gdy tego najbardziej potrzebowałam, te dźwięki wspaniale ogłuszyły złe myśli;
ten FALSTART może nawet nie jest aż tak wielkim zaskoczeniem biorąc pod uwagę fakt, że już wcześniej miałam problemy z FF, bo moje ich słuchanie z przyjemnością zaczęło się
dopiero od SKIN & BONES,
to wtedy nastąpiło jakieś przełamanie i przestał mnie drażnić wokal Davida Grohla, właśnie wtedy "fuj fajters" przeobraził się w zacną kapelę której zaczęłam słuchać z prawdziwą przyjemnością; a potem był REWELACYJNY występ
zespołu podczas LIVE EARTH i od tego pamiętnego dnia 07.07.07 zaczęłam wyczekiwać ich kolejnej płyty z narastającym zainteresowaniem;
album " Echoes, Silence, Patience & Grace" w pełni zasługuje to, żeby dać mu kilka szans bo potem odpłaca wielokrotnie; tutaj jest nie tylko wspaniały łomot i wrzask; w kolejnych utworach ostre gitarowe
tempo łagodnieje, wokal subtelnieje;
pojawiają się ballady, ładne melodie, prawie w całości instrumentalna (tylko na początku słychać odliczanie: 1, 2, 3, 4) kompozycja BALLAD OF THE BEACONSFIELD MINERS, jest też jakby nawiącanie do "Skin & Bones" - akustyczny STRANGER THINGS HAVE HAPPEND; całość łagodnie zamyka zaskakujący bo fortepianowy
HOME, a gdy już wybrzmi do końca pojawia się pokusa żeby wcisnąć "repeat" i zacząć tę podróż przez świat zmiennych emocji od nowa; ECHOES, SILENSE, PATIENCE & GRACE najpierw kopie, a potem (równie przyjemnie) głaszcze :D
w tym roku nie tylko THE DOORS uczcili swoje czterdziestolecie specjalnymi jubileuszowymi wydawnictwami, bo oto na początku września, na okoliczność minionych 40 lat od ukazania się debiutanckiego albumu THE PIPER AT THE GATES OF DAWN, ukazało się specjalne wydawnictwo PINK FLOYD; pierwsze wrażenie gdy się spojrzy na świąteczne wydawnictwo PF jest zaskakujące, bo wygląda to jak książka w czerwonej płóciennej oprawie, trochę kiczowate ale tylko z wierzchu, bo w środku są CUDA (!) 3 płyty: pierwsza - niebieska to album THE PIPER AT THE GATES OF DAWN w wersji mono, druga - czerwona to album THE PIPER AT THE GATES OF DAWN w wersji stereo (obie wersje świetnie zremasterowane), trzecia - zielona to już same rarytasy: wszystkie SINGLE Pink Floyd z 1967 r.: "Arnold Layne", "See Emily Play", "Apples And Oranges"; utwory z singlowych stron B: "Candy And A Current Bun" i "Paintbox", ekskluzywna wersja "Interstellar Overdrive", która wcześniej ukazała się wyłącznie na EP-ce wydanej we Francji; alternatywna wersja "Matilda Mother" oraz wersja stereo "Apples And Oranges"; do tego w specjalnej kieszonce dołączona jest reprodukcja notatnika Syda Barretta z tekstami, zapiskami, listami i co najpiękniejsze - z cudnymi obrazkami, niemal dziecinnymi rysuneczkami; a wracając do formy wydawnictwa to ta niby-książka zawiera nie tylko spisy i opisy zawartości trzech krążków, na jej kartach znajdują się też teksty piosenek oraz zdjęcia członków zespołu sprzed 40 lat; to piękny hołd złożony Sydowi Barrettowi przez muzyków Pink Floyd i wspaniały prezent dla tych fanów zespołu, dla których te pierwsze kompozycje, właśnie autorstwa Barretta, do dzisiaj pozostają najlepszymi w całym dorobku PF; i jestem niemal pewna, że w tym gronie nie jestem sama, bo ulubieni panowie z TMV również tutaj są, czego dowodem może być cover kompozycji TAKE UP THY STETHOSCOPE AND WALK pochodzącej właśnie z "The Piper At The Gates Of Dawn" zamieszczony na albumie At Drive-In, a takie covery nie powstają przypadkiem, w dodatku ten jest bardzo dobry.
2007/09/02
JADĘ NA ROWERZE na koncert Janerki a tam z rowerami nie wpuszczają!!! dobrze że byłam wcześniej, publiczność dopiero nadciągała na Pl. Teatralny i jeszcze mogłam wybrać dobre miejsce blisko
sceny, przykleiłam się z Gazellką do barierki
i wcale nie było mi źle słuchać, patrzeć i przeżywać; ta miejscówka miała jeszcze jedną ważną zaletę - tuż po występie Janerki mogłam bez większych problemów ewakuować się stamtąd;
bo ja poszłam na
KONCERT Lecha Janerki; na koncercie pana Boba Geldofa byłam w 1994 roku w warszawskiej Stodole (dokładnie 12. grudnia) i od tamtego czasu nie nabrałam wcale ochoty na ponowne z nim
spotkanie;
ale reklama robi swoje i ludzie ciągnęli na "sira", zresztą sam konferansjer (a to był dziennikarz Polskiego Radia z wieloletnim stażem) tak się zagalopował w peanach na rzecz Geldofa i umniejszaniu wielkości
Janerki,
że aż trochę przykro, a nawet żenująco się zrobiło tuż przed wyjściem ulubionego polskiego artysty [Lech Janerka jest moim idolem :D] na scenę, ale już po janerkowym koncercie jakby się ocknął i
"pojechał" w drugą stronę
wychwalając zasługi artystyczne wybitnego polskiego muzyka więc pluć na niego nie będę :P ***
IMPREZA na Pl. Teatralnym została zorganizowana z okazji kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej i JANERKA ładnie wczuł się w powagę chwili: krótko i dobitnie zapowiedział swój występ ku
pamięci tego co się wydarzyło 68 lat temu, aby ten koszmar już nigdy się nie powtórzył; zaśpiewał m.in. NIEWALCZYK, PARAGWAJ, MUŁ PANCERNY, STRZELBY, TA ZABAWA NIE JEST DLA
DZIEWCZYNEK (tym razem ROWER nie wybrzmiał, bo to jednak o innej wojnie jest, ani żaden inny utwór z "Plagiatów");
CZAS NAS OMIJA - Janerka wciąż DAJE RADĘ nie tylko wokalnie, również kondycyjnie! w pewnym momencie na scenie pojawiła się Tola i razem z Lechem i Damianem skakali jak na sprężynkach (aż pozazdrościłam janerkowej wnuczce bo też bym sobie poskakała z takim fajnym dziadkiem :D); na koniec,
z komentarzem do tego co się obecnie dzieje w Państwie Polskim, a NIE JEST DOBRZE, zaśpiewał KONSTYTUCJE; na bis wybrzmiało JEZU JAK SIĘ CIESZĘ i skończyło się 40 minut mojej radości.
2007/09/01
najpierw obejrzałam SIÓDMY DZIEŃ Carlosa Saury;
ten FILM ma wspaniały klimat i mimo, że opowieść jest okrutna to przedstawiona w ładny sposób;
dużym atutem są piękne zdjęcia i idealnie współgrająca z obrazem muzyka ***
a potem sięgnęłam po najnowszą płytę Manu Chao LA RADIOLINA;
te radosne latynoskie melodie zadziałały jako idealna przeciwwaga wobec emocji wywołanych obrazem SAURY;
mimo, że typowo dla lewicującego MANU CHAO album niesie treści rewolucyjne
(m.in. zaangażowane "Rainin’ in Paradize", "Politik Kills"),
to
sama muzyka przynosi radość, melodie kojarzą się z latem i zabawą na gorących hiszpańskich plażach; i to właśnie zostaje teraz na pocieszenie
po lecie, którego koniec nastąpił nagle (i podobno nieodwołalnie) w miniony poniedziałek; zamiast więc smutkować z powodu końca lata
jeżdżę na ROWERZE i
słucham
MANU CHAO, a już dzisiaj pomykam na koncert JANERKI :D
2007/08/29
premiery przesunięte na styczeń i luty 2008 więcej >>
a tak ładnie się zapowiadało... niestety jesień 2007 upłynie bez najważniejszych, tych najbardziej przeze mnie oczekiwanych premier: "The Bedlam in Goliath" - THE MARS VOLTA i "Go Tell Somebody" - KING`S X ukażą się dopiero (!) na początku roku 2008; a miałam cichą nadzieję na koncerty obu ulubionych kapel gdzieś w Europie jeszcze w tym roku i... d. __________________________________________________________________
edit 26.09: PREMIERA The Mars Volta - 28. stycznia 2008, a pierwszy singiel "Goliath" trafi do radia 19. listopada; King`s X - luty 2008.
2007/08/27
zespół JETHRO TULL spotkałam na terenie Opery Leśnej jeszcze kilka chwil przed koncertem akurat gdy kończyli obiad; a że IAN ANDERSON nie spożywał tylko zabierał jedzenie na wynos,
mogłam śmiało
do niego podejść, zagadać i w ten sposób stać się posiadaczką autografu z dedykacją "Hello Agata" :D
frekwencja przerosła oczekiwania organizatorów, jeszcze przed samym koncertem ustawiła się kolejka do kasy; Opera Leśna została zapełniona do niemal ostatniego miejsca
mimo, że na taką ikonę rocka jaką jest
JETHRO TULL raczej nie chodzi się przez przypadek; publiczność stanowili fani, którzy przyprowadzili swoje dzieci, znajomych, sympatie, przyjaciół;
na widowni byli więc i starsi i młodsi, ludzie zarówno z branży muzycznej (np. jednen z braci na "C") jak i politycy (znany z telewizora pan na "S")
oraz przedstawiciele polskiego fanklubu zespołu z pokaźnym transparentem;
Jethro Tull dał WSPANIAŁY koncert, cały zespół zaprezentował się w bardzo dobrej formie; IAN ANDERSON w czarnej bandanie, który kilka dni wcześniej skończył 60 lat (o czym sam też przypomniał)
szalał na scenie wykonując
różne figury (słynny flaming) i wywijając fletem we wszystkich możliwych kierunkach; między utworami opowiadał ciekawe anegdoty związane z historią zespołu i poszczególnych utworów;
prezentował też
występujących z nim muzyków - MARTIN BARRE na gitarze, DAVID GOODIER na basie, JOHN O`HARA na akordeonie i klawiszach;
jedynego w zespole młodzieńca - wyżywającego się na perkusji JAMESa DUNCANa -
przedstawił jako swojego syna, chłopak z punkową fryzurą wyglądał jakby wpadł tylko na ten koncert w zastępstwie, ale pozory mylą bo zgrał się idealnie;
głowy pozostałych muzyków (oprócz Iana) przypruszone są platynową
siwizną;
w czasie ponad 90 minut koncertu panowie dali czadu, a publiczność bardzo ładnie reagowała; to była wspaniała zabawa zarówno na scenie jak i na widowni;
miło było usłyszeć nareszcie (!) na żywo przekrojowy repertuar zespołu z różnych okresów działalności
Jethro Tull,
w tym m.in.
THICK AS A BRICK, AQUALUNG, LIVING IN THE PAST, BUDAPEST, BOUREE oraz cover Emerson Lake & Palmer - AMERICA; i jeszcze taka perełka - MARTIN BARRE który obok Iana Andersona
jest jedynym stałym elementem zespołu
wystąpił też solo; a na bis panowie zagrali LOCOMOTIVE BREATH;
swoim koncertem JETHRO TULL niejako odczarowali mi Operę Leśną, którą do tej pory kojarzyłam niemal wyłącznie z kiczowatymi festiwalami; oby to był początek cyklu corocznych niezwykłych
koncertów zacnych artystów; a po tym wydarzeniu, przez kilka kolejnych dni, fajnie było wsłuchiwać się w szum fal, bo koncert Jethro Tull to był ładny początek moich wakacji, to był ładny czas z tym co lubię - MORZE SŁOŃCE CIEPEŁKO.
2007/08/14
[1] FAIR TO MIDLAND - zabrzmieli jak zespół jednej piosenki, którą zagrali na powitanie i pożegnanie a reszta utworów ich krótkiego występu była bardzo podobna do tego przeboju;
być może jeszcze się rozwiną pod skrzydłami SERJA TANKIANA (to właśnie jest ten wabik, który przyciągnął mnie na ich występ);
chociaż jeśli wokalista nie będzie szanował swoich strun głosowych to długo nie pośpiewa ale energię mają w sobie chłopcy z FTM ogromną
i jako zespół rozgrzewający publiczność na samym początku imprezy sprawdzili się całkiem dobrze;
[2] DELIGHT - ominęłam ich występ z założenia że po co mam cierpieć? i tylko drażniąca kakofonia dźwięków oraz wycie wokalistki
(i jeszcze jakieś blablanie czyli próby nawiązania kontaktu z publicznością)
dochodziły do mnie gdy czekałam na ich zejście w korytarzu Spodka, a i tak miałam ich dość;
[3] COMA - czułam sie jakbym po raz kolejny poszła na ten sam film; ładny występ z bardzo dobrym nagłośnieniem jednak dla mnie to już tylko odtwórstwo a nie tego oczekuję na koncertach,
zdecydowanie zabrakło elementu zaskoczenia;
dużo lepiej wspominam ich koncert w ub. roku w Stodole [właśnie wtedy pomyslałam, że chciałabym zobaczyć Comę w Spodku i to się teraz spełniło]; teraz nawet scenografię sobie odpuścili,
a wtedy to był element bardzo wzbogacający; na MHF czuć było że ROGUCKI jest już troche zmęczony długą trasą koncertową promującą album ZSWAŚZ; pożegnał się zapowiadając
że to ostatni koncert ze starym materiałem bo teraz zespół zamierza pracować nad nową plytą (nareszcie!) i wrócą z nią jesienią; powodzenia!!!
[4] DIR EN GREY - dla mnie ciekawostka przyrodnicza, fajnie było ich zobaczyć raz i chyba nigdy więcej; od razu rzuciła mi się w oczy bardzo imponujacych rozmiarów perkusja;
wokalista wyczyniajacy rożne śmieszne sztuki, przez większość występu darł buzię zamiast śpiewać chociaż w kilku utworach udała mu sie ta sztuka i to po japońsku i wtedy było ciekawie a momentami
nawet ładnie;
ich fanki stojące pod samą sceną już na Comie piszczały ze chcą DEG, ogólnie strasznie dużo hałasu
i chociaż chwilami dało sie tego słuchac to przed TOOLem mialam ich w pewnym momencie dość i wyszlam żeby sie nastroić na to najważniejsze...
[5] Makak rzucający w publiczność bananami :P
[6] miał być CHRIS CORNELL ale juz kilka dni wcześniej okazało się że jest chory i go nie będzie; obiecał jednak że do Polski przyjedzie, czekam więc na jego obiecany koncert w innym
(oby nie zbyt odległym) terminie i raczej w bardziej kameralnych warunkach niz Spodek;
[7] TOOL - miało być 105 byly 73 minuty;
dla mnie bez znaczenia bo ODLECIAŁAM;
chociaż na samym początku koncertu gdy usłyszałam pierwsze znajome dźwięki przestraszyłam się, że będzie podobnie jak z Comą a oni NIE! wprowadzili długie instrumentalne rozwinięcia do kilku utworów i właśnie to mnie porwało (!)
nawet gdyby grali jeszcze dwie godziny to ja i tak już byłam w innym wymiarze a tam czas się nie liczy; SCENOGRAFIA była PIĘKNA,
a na tle ruchomych obrazów statyczny zespół i tylko MAYNARD się
przemieszczał oraz zmieniał wizerunek, najpierw w pomarańczowym kapturku (ja tez chcę taki!) potem w niebieskiej koszulce a
potem z gołym torsem; raz w kapeluszu a raz bez, z osobliwym irokezem na głowie i kilka razy odezwał się do nas - do oczarowanej (w większości) publiczności;
jedno co było nie tak - zdecydowanie za głośno! chwilami dźwięk aż rzęził, ale znalazłam miejsce całkiem z boku od głośnika gdzie dźwięk był ładny i się delektowałam,
a przy okazji miałam dużo miejsca na pląsy i dopływ świeżego powietrza; jednak koniec koncertu był brutalny bo nagły, STOP i koniec! bez bisu,
ale warto było (bardzo!) i nie chcę sluchać narzekania malkontentów
bo niestety od razu ludzie zaczęli jęczeć że za krótko i wyliczać litanie utworów których nie usłyszeliśmy;
BYŁO INACZEJ niż 24.czerwca 2006 r. I O TO CHODZIŁO (mi)
2007/08/11
i oto jest! kolejny po The Very Best of The Doors rarytas, który ukazuje się w ramach świętowania czterdziestolecia zespołu;
trzypłytowy ALBUM będący rejestracją dwóch występów THE DOORS,
które niemal jeden po drugim zdarzyły się 10. kwietnia 1970 r. w bostońskiej Arenie; pierwszy koncert był o 7.00 a drugi już o 10.00 wieczorem, bilety kosztowały od 3,5 do 6,50 $ (sic!)
wszystko zostało zmiksowane i zremasterowane przez Bruce`a Botnicka, który nagrywał występy The Doors podczas ich trasy w 1970 r. mając w zamyśle album ABSOLUTELY LIVE;
jakość dźwięku oczywiście wspaniała, a zawartość?
kilka nie publikowanych wcześniej nagrań The Doors i coverów, a także covery pojawiające się niespodziewanie bo powplatane w utwory zespołu;
do tego udzielająca się wspaniała atmosfera obu koncertów; doskonale słychać, że panowie MANZAREK, KRIEGER i DENSMORE są w swojej szczytowej formie;
a Jim?
MORRISON w stanie upojenia (alkoholowego) jakby podróżował w swoim szaleństwie, raz nawet chwyta za gitarę,
a między utworami
rzuca w publiczność słowami niczym klejnotami;
prawdziwa UCZTA!
nigdy nie było mi dane być na koncercie The Doors i podczas słuchania tego trzypłytowego materiału z jednej strony aż mnie ściska z żalu że nie przeżyłam tego organicznie, a z drugiej cieszę się, że przynajmniej mogę
mieć namiastkę tego co się działo 10. kwietnia 1970 r. w Bostonie podczas koncertów THE DOORS, a działo się WSPANIALE :D
2007/08/09
REQUIEM to oparty na faktach bardzo głęboki i przejmujący film, osadzony w małomiasteczkowym klimacie Niemiec z lat siedemdziesiątych ub. wieku,
z rewelacyjną Sandrą Huller w roli Michaeli Klingler i pewnym osobliwym motywem muzycznym (:D);
film ten odebrałam przede wszystkim jako obraz rodziny zatruwanej przez apodyktyczną matkę - dewotkę i hipokrytkę mającą ogromne problemy z okazywaniem uczuć;
ta toksyczna kobieta zamienia w koszmar życie dzieci i męża, a swoją chorą córkę zamiast do lekarza prowadzi do księdza co w ostateczności doprowadza do tragedii;
aha! ten film zapamiętam również z takiego powodu, że w pewnym momencie obraz został rozdzielony na pół i jego dolna część (ta z napisami) znalazła się nad częścią górną
i to nie był efekt specjalny tylko problem techniczny, który nie mógł być zauważony i od razu naprawiony przez pana obsługującego projektor, bo ten pan wyszedł akurat do baru (sic!)
i dopiero osoba z widowni po małej awanturze tego (nie)odpowiedzialnego za jakość odbioru pana sprowadziła z baru z powrotem na jego miejce i obraz wrócił do normy (brawa dla tego pana! :P);
to był pokaz przedpremierowy w warszawskiej Kinotece [piszę to specjalnie w ramach ANTYREKLAMY dla tego kina, bo już po raz kolejny właśnie tutaj podczas seansu wystąpiły tzw. problemy techniczne,
poprzednio związane były z dźwiękiem podczas projekcji filmu, w którym dźwięk miał znaczenie zasadnicze bo to był film "LEONARD COHEN - I`m Your Man" z cudną muzyką, bardzo polecam! oczywiście FILM a nie kino, w którym nie ma szacunku dla widza i SOUNDTRACK też polecam!]
wydany w maju 2007 "Se Dice Bisonte, No Bufalo" to jeden z czterech solowych albumów, które OMAR Rodriguez-Lopez opracował i nagrał podczas swojego pobytu w Amsterdamie w roku 2005
i pierwszy, który miałam okazję poznać;
OMAR TO GENIUSZ, wszystko co robi jest WSPANIAŁE (!!!)
i mimo, że SE DICE BISONTE, zapisze się jako solowe dokonanie tego wybitnie utalentowanego muzyka (bo większość z 10 kompozycji jest jego autorstwa) to nie można pominąć
współautorów;
a są to: CEDRIC Bixler-Zavala, MARCEL Rodriguez-Lopez (brat Omara), Juan Alderete i Adrian Terrazas-Gonzales; absolutnymi perełkami można określić udział Johna FRUSCIANTE i Money Marka;
niespodzianką jest obecność byłego perkusisty TMV Jona THEODORE (to była jego ostatnia praca z zespołem);
komu można polecić ten album?
na pewno fanom THE MARS VOLTA czekającym na zapowiadaną na koniec wakacji kolejną płytę zespołu (serdecznie was pozdrawiam!) ale nie tylko;
muzyka tutaj jest mocno zróżnicowana, od prostych spokojnych melodii otwierających album poprzez
kompozycje pozostające w klimacie jazzowych jamów, do zamykającego całość "La Tirania de la Tradicion", który brzmi typowo jak THE MARS VOLTA;
to właśnie tutaj dosłownie EKSPLODUJĄ największe EMOCJE;
utwór ten jest najbardziej ekspresyjny spośród wszystkich pozostałych, sama esencja psychodelii, zmiany motywów, poszarpane dźwięki
plus idealnie wpasowany w ten muzyczny chaos nieziemski WOKAL CEDRICA;
a sam KONIEC podobny jak na ostatnim studyjnym albumie TMV (Amputechture); GWAŁTOWNY i niespodziewany.
2007/07/31
w ostatnią niedzielę lipca IAMX zagrali w studiu koncertowym im. Agnieszki Osieckiej przy Myśliwieckiej 3/5/7
i podobnie jak występ 6. kwietnia 2001 r. (w tym samym miejscu) PORCUPINE TREE
został zarejestrowany a potem wydany na albumie WARSZAWA,
tak samo i niedzielny koncert IAMX odbył sie z zamiarem rejestracji i wydania w postaci albumu koncertowego,
w którego tytule pojawi się słowo TROJKA od nazwy radia, w którym to się zdarzyło
(chociaż dla mnie to jednak jest Program Trzeci Polskiego Radia)
i OFF od nazwy audycji, której gospodarz był inicjatorem tego przedsięwzięcia;
mimo, że to nie był mój pierwszy koncert w TYM miejscu, to po raz pierwszy byłam świadkiem aż tak żywiołowej i spontanicznej reakcji publiczności zgromadzonej
w Studiu im. A. Osieckiej, w którym (jak wiadomo) dla uczestników wydarzeń muzycznych przewidziane są miejsca siedzące;
i owszem, przed koncertem wszystkie krzesełka zostały zajęte, ale gdy tylko CHRIS CORNER z zespołem pojawili się na scenie publiczność szturmem ruszyła pod scenę
i to było posunięcie absolutnie spontanicznie, bo nikt wcześniej się nie umawiał na taki ruch i pewnie organizatorzy też się nie spodziewali i pozostali bezradni wobec tłumu, który dosłownie oszalał;
już do końca występu nikt nie usiadł, bo jak można usiedzieć przy rytmach które aż podrywaja w górę i wciągaja w niemal transowe pląsy...
zabawa była wspaniała, wokalista wił się na scenie i dosłownie ocierał się o te największe fanki zgromadzone w pierwszym rzędzie pod sceną, to był kontakt bezpośredni, dosłownie - pozwalał się dotykać,
kładł się na wystawione dłonie publiczności; rzucił fetysz w postaci białego ręcznika, którym wcześniej wycierał z siebie pot, a ten kto złapał to trofeum musiał stoczyć ciężki bój z innymi,
którzy też chcieli i próbowali mu wyrwać (najlepsza była dziewczynka, która tuż po koncercie wbiegła na scenę i zgarnęła z podłogi kolejny kawałek białego materiału nasiąknięty potem swojego idola,
cwaniara!)
w czasie ok. 75 minut IAMX wykonali kilkanaście kawałków z obu swoich krążków, w czym wspomagała ich publiczność bardzo chętnie dośpiewując fragmenty tekstów
oraz wręcz owacyjnie reagując na
występ; a to wszystko będzie można jeszcze raz przeżyć i ocenić już od tej drugiej strony w listopadzie, kiedy ukaże się koncertowy album IAMX z warszawskiego koncertu,
w którym miałam dużą
przyjemność osobiście uczestniczyć, a może siebie też usłyszę na tej płycie... chociaż ja nie zaliczam się do piszczących fanek Chrisa Cornera ;))
2007/07/26
IT'S ONLY ROCK `N` ROLL (BUT I LIKE IT) :))))
super SHOW!
było tak jak się spodziewałam a nawet więcej! więcej ognia (tego prawdziwego też) huku i fajerwerków; i scena przemieszczająca się w głąb publiczności (jak płynąca tratwa) i wtedy nastąpił zwrot o 180 stopni, dźwięk mieliśmy na plecach i wielkie dmuchane USTA nad sceną zamiast zespołu;
od strony wizualnej i technicznej rewelacja, wszystko dopracowane w najmniejszym szczególe;
nie nastawiałam sie na jakieś szczególne doznania muzyczne bo zbyt dobrze znam repertuar zespołu, żeby
mnie czymś zaskoczyli, a jednak! porwali mnie coverem Jamesa Browna
I`LL GO CRAZY,
duże brawa dla pani Lisy Fisher która zaśpiewała tę pieśń w duecie z Jaggerem;
i utworami w klimacie bluesowym, nie zabrakło ulubionego MIDNIGHT RAMBLER;
i jeszcze rozbroił mnie zaśpiew Keitha Richardsa który wykonał kilka kawałków solo, przy YOU GOT A SILVER odstawił nawet gitarę;
w ogóle KEITH rozbroił mnie wszystkimi swoimi minami, którymi raczył nas przez cały wieczór;
mały minus tej imprezy: byłam blisko sceny, sektor A (L), i miałam wrażenie, że jednak mogło być trochę głośniej ...
niektórzy pamiętali o dzisiejszych urodzinach Micka Jaggera i z wielu gardeł publiczności poleciało w kierunku solenizanta "Happy Birthday" oraz "Sto lat"; JAGGER pokazał że jest w tak rewelacyjnej kondycji, że nie będzie miał trudności z dobiegnięciem do setki, w podskokach! ;))
2007/07/25
JULIET LEWIS jedna z moich ulubionych aktorek [ulubiona chyba najbardziej za rewelacyjną rolę potwornie naiwnego dziewczęcia w filmie "Kalifornia"] pewnego dnia wpadła na pomysł, że teraz będzie się spełniać na scenie, ale nie teatralnej tylko rockowej (!)
i w 2003 r. została wokalistką bandu JULIETTE AND THE LICKS;
chociaż określenie "wokalistka" w tym przypadku to nadużycie, bo panna Lewis nie śpiewa tylko drze buzię, tak ja to słyszę więc płyt tej formacji kolekcjonować nie zamierzam, a ich niedawny koncert
ominęłam szerokim łukiem; kolejny antytalent wokalny objawiła światu podczas koncertu w ramach LIVE EARTH australijska aktorka TONI COLLETTE, która na swoim koncie ma rolę bardzo
sympatycznej Muriel w "Muriel's Wedding",
07.07.07 TONI wyszła na scenę ze swoim zespołem THE FINISH i zaśpiewała (niestety) kilka utworów pozbawionym brzmienia i melodii głosem, a już żenująco wypadł w tym wykonaniu klasyk
grupy T-REX "Children Of The Revolution", trudno nawet nazwać to coverem bo najbardziej pasuje określenie profananacja! ale to nie jest reguła, że AKTORKI (wspólczesne) śpiewać nie potrafią
bo jest EMMANUELLE SEIGNER; hmm ... gdy po raz pierwszy przeczytałam informację że ta pani też zamierza śpiewać pomyślałam, że TEŻ będzie cienko,
a ona nie tylko NIE cienko ale całkiem dobrze daje radę! żona (wiadomo czyja) i aktorka, dla mnie wspaniała przede wszystkim w "Gorzkich godach" (swojego męża),
przyjęła propozycję dotychczas słabo znanego francuskiego zespołu
ULTRA ORANGE i kilka tygodni temu ukazała się ich wspólna płyta "Ultra Orange & Emmanuelle"; i mimo że SEIGNER nie jest wybitną wokalistką, to jej głos ma w sobie COŚ co przyciąga uwagę
i słucham jej już kolejny dzień
i podoba mi się, coraz bardziej;
projekt ten może kojarzyć się trochę z NICO i THE VELVET UNDERGROUND, ale to jest jednak inna muzyka, wciąż rockowe ale trochę lżejsze, spokojne gitarowe granie, bez pazura;
tutaj są ładne piosenki z ładnymi melodiami i takimi tekstami, wokal jest
bardzo zaangażowany tak jakby
Emmanuelle sama była autorką piosenek, a nie jest, być może bardzo dobrze wczuła się tym razem w rolę wokalistki ...
całość rozpoczyna się przebojowym SING SING, potem robi się piękny klimat gdy wybrzmiewa SIMPLE WORDS, a zaraz po tym utworze nastepuje
punkt kulminacyjny albumu (tak! już na początku)
w postaci wokalnej interpretacji niezwykłej kompozycji Krzysztofa Komedy z filmu Romana Polańskiego (o! znowu ten mąż) ROSEMARY'S LULLABY, to jest cudne! potem wciąż jest ładnie
i mimo że już nic nie zachwyca
tak jak na początku albumu, nadal panuje przyjemny, lekko nostalgiczny klimat i silne emocje są łagodnie tonowane; dla mnie "Ultra Orange & Emmanuelle" to bardzo miła niespodzianka.
2007/07/21
Prince udowadnia swoją kolejną płytą, że wciąż jest w doskonałej formie, brawo!; być może muzycznie nie zaskakuje niczym nadzwyczajnym, ale ja tego nie wymagam od artysty który
wydaje swój już 24. (!) studyjny album;
w przypadku Prince`a wystarcza mi w zupełności że na PLANET EARTH są ładne piosenki, bardzo przyjemny groove, po prostu miło się tego słucha;
przynajmniej dwie piosenki z tej płyty to moje kandydatki do przeboju lata 2007;
pochodzący z pierwszego singla utwór "Guitar",
który spodobał mi się już od pierwszego usłyszenia nie tylko ze względu na melodię ale również bardzo miło przekorny tekst I LOVE YOU BABY
BUT NOT LIKE I LOVE MY GUITAR ;)) i dynamiczny, funkowy "The One U Wanna C", aż nóżki same chodzą a buzia się śmieje;
w całości ta płyta ma zróżnicowane tempo,
żwawe piosenki w rytmach funk i R&B przeplatają się z kompozycjami spokojnymi soulowo-jazzowymi;
ładne są tutaj damskie chórki oraz tworzone przez artystę duety, szczególnie ten, w którym występuje wokalistka o charakterystycznym czarnym brzmieniu ("Chelsea Rodgers").
sekcja rytmiczna dopracowana jest w każdym szczególe, ale na to pracował duży sztab ludzi, muzycy z The Revolution i New Power Generation i to wspaniale słychać;
Książę postarał się również o ciekawe doznania wizualnie odbiorców,
album jest ładnie podany, trójwymiarowa okładka na której znak Symbolu (niedawny alternatywny pseudonim artysty) przechodzi w wizerunek Prince`a z planetą Ziemia;
przypomina mi to dawne pocztówki, a jedno czego tutaj próżno szukać to spis utworów, jednak w dobie internetu to nie jest żaden problem;
PRINCE w sposób szczególny zadbał o brytyjczyków, nie tylko dał im możliwość nieodpłatnego otrzymania PLANET EARTH przedpremierowo przy zakupie gazety "Mail On Sunday",
postanowił również dodawać krążek do każdego zakupionego biletu na jeden z siedmiu jego londyńskich koncertów ( podobno tylko tyle ich zaplanował do końca roku i tylko w Londynie).
2007/07/18
to był bardzo dobry koncert we wspaniałej bluesowej atmosferze; zero ścisku czy tłoku, po prostu luz; jeszcze nigdy w Stodole nie było tak kameralnie (nigdy wtedy gdy ja tam byłam),
jednak horrendalna cena biletów zrobiła swoje,
tym razem to było szczęście w nieszczęściu bo ilość niezbędnego do oddychania powietrza jest odwrotnie propocjonalna do ilości oddychających nim osób, a w taki tropikalny wieczór jak wczoraj to miało
istotne znaczenie;
a koncert? SUPER! na scenę wyszedł pełnowymiarowy zespół w ilości sześciu muzyków plus GREGG ALLMAN i panowie dali czadu! wcale się nie oszczędzali mimo, że im też musiało być bardzo ciepło,
bo przecież w Polsce klimatyzacja to coś nadzwyczajnego i niespotykanego w salach koncertowych (ludzie - to jest chore! to był mój okrzyk do właścicieli klubów) ;
BOHATER WIECZORU na przemian zasiadał za organami hammonda i chwytał za gitarę,
już na początku chwycił mnie za gardło swoją wersją "Just Like A Woman" BOBA DYLANA, zabrzmiało to pięknie; potem było dużo korzennego prawdziwego bluesa, utwory mniej i bardziej znane,
publiczność bardzo ładnie się bawiła, jedni tylko podrygiwali siedząc za ławami ustawionymi prostopadle do sceny [hmm trochę mnie to zdumiało, po raz pierwszy zetknęłam się z takim biesiadowaniem na
koncercie w
Stodole, ale pewnie bluesmaniacy mają swoje zwyczaje i to być może jest jeden z nich], inni pląsali w zadumie a niektórzy zdecydowali się nawet na tańce w parach, sprytnie wykorzystując wolne
przestrzenie;
to był mój pierwszy taki prawdziwie bluesowy koncert i chyba nie ostatni bo mi sie podobało! mimo, że nie należę do grona bluesmaniaków; fajnie było doświadczyć i poczuć
prawdziwego bluesa; a potem wykorzystując sprzyjającą letnią aurę pomykać w spokojną upalną noc z koncertu do domu Gazellką przez Warszawę we śnie.
2007/07/16
CocoRosie na żywo to po prostu BAJKA, taka jak bajeczna jest muzyka sióstr Casady;
warto było czekać na ich występ w pięknej scenerii dziedzińca Zamku Ujazdowskiego pod gwiazdami ponad 1,5 godziny;
gdy juz dobiegło końca to czekanie, aż wszyscy wejdą i zajmą miejsca, a niektórzy zajmą się piwem i drinkami, na scenę wyszedł beatboxer TEZ, jako support,
chociaż nie było go w programie imprezy, ale wyszedł i dał popis swoich umiejętności, a ludziom się podobało, o czym świadczyło ogólne ożywienie i aplauz z jakim występ TEZa został przyjęty;
potem nastapiła kolejna, ale już tylko chwila oczekiwania, które zaczęło być irytujące bo właściwie nie było niczym uzasadnione ... pewnie chodziło o to piwo i drinki żeby sprzedać jak najwięcej przed koncertem, może też trochę o rzutnik, który był ustawiany ręcznie przez pana z drabiną i nie zawsze chciał działać od razu;
ale w końcu nastąpił długo oczekiwany koncert KokosowychRóżyczek;
na scenę wyszły dwa anioły plus muzyk towarzyszący; i pierwsze co mnie zdumiało to fakt, że niejako na przekór ich wizerunek sceniczny jest odwrotny do wyobrażeń jakie można mieć odnośnie sióstr Casady tylko na podstawie
wydawanych przez nie dźwięków; starsza - posługująca się głosem operowym - Sierra w różowym sweterku wyglądała słodko jak mała dziewczynka,
młodsza - śpiewająca dziecinnym głosem - Bianca w lekko udziwnionym makijażu i peniuarze zarzuconym na bieliznę sprawiała wrażenie kobiety,
która dopiero szykuje się się do wyjścia na spotkanie
ale niekoniecznie z publicznością;
na scenie towarzyszył im TEZ, po kilku utworach dołączyła kobieta o wyglądzie Joan Baez i zaśpiewała hymn USA;
najpiękniejsza podczas tego koncertu była naturalność i autentyczność muzyki jaka powstawała na scenie, nie było to absolutnie powielanie dźwięków znanych z nagrań studyjnych, znane z płyt piosenki zyskiwały nowy klimat i nową przestrzeń i
zwielokrotniony poprzez bezpośredni kontakt z Sierrą i Bianką ładunek emocjonalny; dziecinne pląsy w połączeniu ze śpiewem operowym plus ogromna różnorodność używanych instrumentów od fortepianu przez harfę aż do zabawek, które CocoRosie z powodzeniem wykorzystują [ta harfa ze względu na swoją wielkość, a raczej małość, również sprawiała wrażenie bardziej zabawki niż prawdziwego instrumentu],
a do tego intrygujące i nie zawsze grzeczne i słodkie teksty śpiewanych piosenek od "Beautiful Boyz" którego nie zabrakło mimo że przecież Antony nie był obecny a mimo to zabrzmiało ładnie, po cover Akona "You Wanna Fuck Me";
podczas tego spektaklu pod gwiazdami w otoczeniu murów Zamku Ujazdowskiego wybrzmiewała muzyka pochodząca z różnych okresów twórczości sióstr CASADY;
aha! opłaciło się punktualne przyjście i długie czekanie bo oprócz możliwości podzielenia sie wrażeniami z niedawnego koncertu RHCP a w zamian usłyszenie dobrych słów nt. występu Janerki przed Igy Popem we Wrodławiu, zajęłam sobie niezwykłą miejscówkę i bez przeszkód mogłam upajać się obrazami i dźwiękami, na podwyższeniu, ponad głowami publiczności; w pewnych momentach miałam wrażenie że się unoszę ponad wszystkimi, w kosmos, no może mikroKOSMOS który wczoraj stworzyły CocoRosie.
2007/07/14
najpierw powalił mnie występ WOLFMOTHER w Sydney; nie tylko wyraźnie widać że wokalista zapatrzył się w moich ulubieńców z TMV (skąd ja znam to afro? he he) ale także się zasłuchał, bo jego maniera wokalna wyraźnie nawiązuje do wokalu Cedrica, a brzmienie mają w stylu ATD-I; bardzo ładnie ;)
dotychczas z repertuaru WOLFMOTHER znałam tylko WOMAN, singiel katowany w radiu aż do granicy wytrzymałości słuchaczy, tak jakby ten zespół tylko to nagrał,
a teraz miałam okazję poznać więcej z twórczości tego bandu i podoba mi się to co robią chłopaki, ciekawie by wypadli jako support przed koncertem The Mars Volta
(czy Omar i Cedric wyruszą w trasę do Europy jeszcze w tym roku? marzenie);
potem nieźle sobie poradził reaktywowany specjalnie na tę okazję Crowded House; zdumiała mnie niesamowita popularność Linkin Park w Japonii co widać było
po reakcji publczności podczas ich koncertu w Kyoto;
jeśli miałabym wybierać spośród wszystkich miejsc, w których odbywały się koncerty w ramach Live Earth, nie miałabym żadnego problemu,
zdecydowanie najlepiej działo się w Londynie na Wembley;
imprezę w Hamburgu ratował jedynie CHRIS CORNELL a to co zaprezentował na scenie tym bardziej zachęca do wybrania się do Spodka 12. sierpnia (pozostał juz niecały miesiąc!) i YUSUF;
w Nowym Jorku nie działo się nic nadzwyczajnego, ot ładny koncert The Smashing Pumpkins, Roger Waters od lat taki sam (znacie to posłuchajcie),
trochę więcej blasku biło od The Police, jednak i oni swoim występem na kolana mnie nie rzucili;
niemal do końca nie było pewne czy LENNY KRAVITZ wystąpi w Rio de Janeiro na plaży Copacabana, bo ze względu na trudności z zapanowaniem nad kilkusettysięcznym tłumem i zapewnieniem wszystkim bezpieczeństwa były zakusy żeby zakazać, koncerty jednak się odbyły, nikomu nic złego się nie stało a Lenny zaśpiewał wspaniale;
w Johanessburgu moją uwagę zwrócił udany występ UB 40, w Szanghaju same lokalne kapele nie bardzo do mnie przemawiające;
wśród tych wszystkich scen jedna była szczególna, na LIVE EARTH ANTARCTICA wystąpiłaformacja NUNATAK i to była miła ciekawostka nie tylko przyrodnicza, także muzyczna;
a najciekawiej działo się na WEMBLEY w LONDYNIE, m.in. ładny występ Snow Patrol, bardzo ciekawy PAOLO NUTINI (super cover L. Armstronga!) z niezwykle charakterystycznym wokalem, z gatunku tych które albo się od razu polubi albo będą odrzucać, mi się podoba;
na bardzo szczególną uwagę zasłużył koncert FOO FIGHTERS, to dopiero była moc wspaniałego rockowego grania, powalający występ, po prostu CZAD! niemal wszyscy otworzyli buzie z wrażenia i zgodnym
chórem przyznali że WOLFMOTHER i band Davida Grohla przyćmili występy pozostałych wykonawców;
a ja wzruszyłam się gdy trochę wcześniej na scenie stadionu Wembley pojawili sie moi bohaterzy ostatnich dni
RED HOT CHILI PEPPERS i Fru cudnie (znowu wycisnął ze mnie łzy) zaśpiewał z Antkiem DANI CALIFORNIA; i mimo że ten singiel jest mocno wyeksploatowany przez ciągłe radiowe granie to zyskał u
mnie nową jakość, jakbym odkryła go na nowo;
wielogodzinne oglądanie tych koncertów w TVP KULTURA, a potem donasycanie się nimi w internecie na stronce LIVE EARTH (rewelacyjna jakość) sprawiło mi ogromną radość;
przeżycia prawie takie jakbym tam była, bo ja naprawdę uczestniczyłam w tym wydarzeniu i juz nie ma znaczenia sposób w jaki to sie odbywało, że satelitarnie i wirtualnie? nic to bo tutaj liczy się zaangażowanie, a to było totalne, absolutnie;
brawo TVP Kultura!
2007/07/14
czy ja bym się aż tak mocno zaangażowała w tę akcję gdyby nie TVP Kultura? gdyby transmisja była w jakiejś shitowej telewizji?
być może nie zwróciłabym uwagi na to potężne wydarzenie, bo jeszcze tylko kanał TVP KULTURA CHRONI MÓJ TELEWIZOR PRZED EKSTERMINACJĄ,
bo na myśl o telewizji jako takiej w mojej głowie wybrzmiewają dźwięki RHCP "Throw Away Your Television" a zaraz potem fragment piosenki QOTSA "God is on the radio";
bo faktycznie coś w tym jest, szkoda tylko że w radiu do słuchania jest coraz mniej i mniej, ale i tak od zawsze RADIO miało pierwszeństwo przed telewizorem;
teraz z tym medium coraz częściej wygrywają CD systematycznie zasilające moją prywatną płytotekę;
ale kiedyś, w czasach tzw. żelaznej kurtyny, daleko jeszcze przed epoką CD, w czasach naleśników i kaset magnetofonowych RADIO (a zwłaszcza audycje autorskie w PR III) było najlepszym przyjacielem, oknem na świat muzyki, która gdzieś tam daleko w innym od peerelowskiego wymiarze wybrzmiewała do ludzi;
no i gdyby nie TVP Kultura ominęłyby mnie niesamowite przeżycia związane z koncertami LIVE EARTH, które przez 24 h non stop odbywały się na 7 kontynentach,
a i sama idea walki z ocieplaniem się klimatu jest zacna, chociaż ja uwielbiam ciepło ale tutaj nie chodzi o przyjemności tylko o uświadomienie ludziom na całym świecie
jakie zagrożenie niesie ze sobą globalne ocieplenie klimatu i jak w zyciu codziennym w prosty sposób, przy wykonywaniu zwykłych czynności, świadomie nie przyczyniać się do złego;
nie od dzisiaj wiadomo że najlepszym sposobem dotarcia do ludzi jest sport i MUZYKA
2007/07/06
o nie! takiej okazji nie mogłam przepuścić! absolutnie, bo FISHBONE to niejako prekursorzy RHCP i Living Colour, zespół na scenie działa już od prawie 30 lat i po raz pierwszy przyjechał do Polski;
w porównaniu z pokonanymi ostatnio ca. 1500 km na koncerty MUSE, BJORK i RHCP na show FISHBONE [wielkie Show] w HRC miałam tylko 20 minut tramwajem;
i jestem bardzo szczęśliwa że wybrałam się w tę krótką podróż
bo FISHBONE po prostu pozamiatali, yes!!!
nagłośnienie panowie przywieźli swoje i było rewelacyjne, a zabawa tak
wspaniała że przestało mieć znaczenie średnio fajne miejsce zdarzenia,
bo po takim "treningu" koncertowym jaki zaliczyłam w ciągu ostatnich kilku dni nie miałam większych problemów ze znalezieniem dla siebie dobrego miejsca
zarówno pod względem widokowym do obserwowania muzyków, jak i przestrzennym do ekspresji ruchowej ; )
a dzisiaj bolą mnie już nie tylko nogi, również ręce i ramiona,
a buzia mi się śmieje na samo wspomnienie wczorajszego wieczoru ;)
bardzo krótka jest historia warszawskiego HRC ale ten koncert chyba już na zawsze zapisze się jako najwspanielsze wydarzenie w tej knajpie, bo co mogłoby go przebić? no chyba że ANGELO z kolegami wrócą i rozniosą to miejsce, bo wczoraj już, już prawie im się to udało;
jezuuu co tam się działo!!!
2007/07/04
RHCP przez wiele lat omijali nasz kraj, a gdy już przyjechali to dali z siebie wszystko co najlepsze; to była UCZTA dla prawdziwych fanów; cudne utwory instrumentalne, wspaniałe solówki;
gitara FRU w duecie z basem FLEA; w części na bis rewelacyjny CHAD dodatkowo wspomagany przez Josha Klinghoffera [ bo to on towarzyszy RHCP w tej trasie] który pojawił się za dodatkowym zestawem perkusyjnym, plus FLEA z trąbką; BAJKA!
moje pierwsze łzy szczęścia pojawiły się już na początku, gdy zobaczyłam FRU w skromnej koszuli w kratkę maksymalnie skupionego na swojej gitarze, a potem jeszcze zajął miejsce Antka KIEDISA za mikrofonem i swoim cudnym głosem przepięknie zaśpiewał cover "SONGBIRD";
od strony technicznej wszystko było dopracowane w najmniejszym szczególe, wspaniały dźwięk i takie same obrazki na telebimach pojawiające się w różnych konwencjach, a dzięki nim stały podgłąd na muzyków, których przyjemność z grania była na poziomie porównywalnym z mocą zachwytu publiczności, która szczelnie wypełniała cały stadion;
to było niesamowite przeżycie które bardzo głęboko zapada w pamięć, porównywalne do tych największych, koncertu TMV w Stodole sprzed dwóch lat i TOOL w Spodku sprzed roku;
gdybym tylko miała możliwość natychmiast poleciałabym na sobotni występ RHCP w Londynie na LIVE EARTH; chociaż absolutnie nie mogę powiedzieć, że po wczorajszym koncercie czuję niedosyt, co świadczy o potędze jednego najwspanialszych zespołów świata jakim bez wątpienia jest Red Hot Chili Peppers; to był cudny (zaległy z przyczyn oczywistych) prezent urodzinowy, dziękuję!!!
2007/07/02
ogniste Muse i cudna Björk, fajerwerki i magia; nie do zapomnienia! być może napiszę więcej, najpierw jednak muszę to przeżyć w sobie i lekko ochłonąć bo przecież zaraz następna impreza i być może jeszcze jedna i jeszcze ... ;) ********************* edit 4.07.07: niesamowite były sztuki jakie wyczyniał Mat Bellamy z gitarą, szczególnie podczas "Plug In Baby" a podczas występu Bjork dziewczynki z trąbkami i Reac Table (wizualnie to coś jakby wyjęte prosto z kasyna) i niezwykle energetyczne, niemal transowe "Declare Independence"; dla takich przeżyć warto było przemierzyć setki kilometrów i taplać się w błocie (bardzo!)
2007/06/26
THE BEDLAM IN GOLIATH taki tytuł będzie miał nowy album THE MARS VOLTA, którego premierę Omar i Cedric zapowiadają na koniec sierpnia najpóźniej początek września.
YES!!!
w wywiadzie dla pisma
"Time Off" Bixler-Zavala powiedział, że to będzie concept album: "I don’t want to give the plot away right now, but the new one has to do with this gift that Omar found for me when he went traveling once. The gift came with a story that was attached to it, and we’re trying to re-interpret the story again." **********
ho! ho! zapowiada się piękny koniec wakacji bo jest jeszcze taka oto wiadomość:
nowy album KING`S X najprawdopodobniej ukaże się w październiku; tymczasem TY TABOR pracuje nad kolejną solową płytą; cdn.
2007/06/25
a tak bardzo cieszyłam się na jutrzejszy koncert kolegi Bjork i sióstr Casady, Devendry Banharta i Rufusa Weinwrighta, ulubieńca nie tylko Lou Reeda; ANTONY HEGARTY ma tak bardzo chore struny głosowe, że idzie do szpitala na 10 dni i jego europejska trasa, w tym jutrzejszy koncert w Sali Kongresowej, zostały ODWOŁANE; a ja miałam nadzieję, że to takie małe kłamstewko gdy odmówił Bjork wspólnego występu na Glastonbury z powodu kłopotów z głosem, bo nie chciał śpiewać w deszczu i błocie; eeh gdyby tak nagle cudem ozdrowiał mogliby zaśpiewać razem już w niedzielę na Openerze [tego dnia w Gdyni ma być sucho i ciepło]; teraz na pocieszenie pozostaje karmić się muzyką z CD i na razie nieoficjalną informacją, że być może Antony przyjedzie i zaśpiewa w Polsce jeszcze w tym roku na przełomie września i października; no cóż ... BĄDŹ UZDROWIONY ANTONY!
2007/06/21
niemal do ostatniej chwili nie było pewne czy będę na tym koncercie,
a zależało mi, żeby przekonać się na własne oczy (i uszy) co takiego jest w TORI AMOS, że na swoje występy przyciąga tłumy ludzi?
i udało się! [thx jkp];
tuż przed 21. zajęłam swoją miejscówkę i miałam trochę czasu żeby się rozejrzeć; i natychmiast zdumiało mnie, że w ogromnej większości salę wypełnia bardzo młoda młodzież (a ludzi był opór);
i nasunęła mi się taka radosna refleksja, że być może to są słuchacze PR III i efekt oddziaływania podobno największego polskiego fana T.A., który też tam był; brawo!
mnie samą koleżanka Maynarda zaintrygowała faktem, że ma tak wspaniałego kolegę i swoimi poglądami na życie (na sprawy kobiet w szczególności);
a na scenie pokazała, że sama też jest Wielką Artystką;
wejście miała brawurowe, zaczęło się brzmieniem mocno rockowym,
Tori ma wspaniały zespół towarzyszący złożony z trzech muzyków - jeden pan na basie, drugi na gitarze elektrycznej, trzeci na perkusji dawali czadu!
a ona na scenie wyczyniała niesamowite sztuki momentami grając jedną ręką na fortepianie a drugą jednocześnie na organach i z ogromną ekspresją wijąc sie przy tym (bo jak inaczej określić taniec wykonywany w pozycji siedzącej?) aż trudno było wysiedzieć w tych
okropnych czerwonych fotelikach, bo nóżki same chodziły!;
i jedynie moment gdy Tori śpiewała przy akompaniamencie samego tylko fortepianiu był
trochę nużący (widziałam ludzi, którzy ziewali), ale to drobnostka przy całości
tego wspaniałego spektaklu podczas którego przez ponad 2 godziny dawała z siebie wszystko, Wielka Artystka.
2007/06/18
po informacji, że Josh Homme nagrał tytułowy utwór na nowy album wspólnie z Trentem Reznorem (bo fakt, że z Julianem Casablancasem też, to tak średnio mnie obeszło) moja i tak duża ciekawość nowej płyty QOTSA wzrosła jeszcze bardziej;
a potem okazało się, że efekt pracy tego duetu pojawi się tylko na wydaniu brytyjskim i japońskim (no i w internecie);
ale i tak jest dobrze, a nawet bardzo dobrze! ERA VULGARIS to bezkompromisowa muzyka, ostra i radosna; w której ciężkie brzmienie wspaniale wpisuje się, momentami jakby zblazowany, wokal Josha,
[odżegnując się od powszechnego określania muzyki QOTSA mianem STONER ROCK lider zespołu nazywa ją ROBOT ROCK]
na tej płycie jest wiele niespodzianek, a wśród nich m.in.utwór "Make It Wit Chu", dotychczas dostępny na albumie pobocznego projektu J. Homme DESERT SESSIONS i koncertowym
OVER THE YEARS AND THROUGH THE WOODS;
praktycznie każdy utwór ma swój własny odrębny klimat i tempo, od bardzo ostrego szybkiego SICK, SICK, SICK przez manieryczny (to z powodu wokalu) rewelacyjnie brzmiący I`M DESIGNER
do jazzująco - swingującego SUTURE UP YOUR FUTURE, dzięki zróżnicowanemu brzmieniu i wielowątkowości ta płyta należy do gatunku tych, które rozgryza się w długim czasie a z każdym kolejnym
słuchaniem odkrywa coś nowego; być może nie powala od razu ale warto dac jej szansę bo jak już chwyci to nie można się oderwać;
ta muzyka aż kipi energią i można się nia wspaniale doładować; ja ze szczególną radościa ładuję się podczas pomykania Gazellką; w kategorii MUZYKA NA ROWER w moim rankingu ERA VULGARIS plasuje się zaraz za YEAR ZERO - Nine Inch Nails [trzecie miejsce należy do ULTRA PAYLOADED - Perry Farrell`s Satellite Party];
i tak jak wcześniej oczyma wyobraźni widziałam wspólną trasę QOTSA z NIN bez omijania Polski! (to byłby chyba jedyny sposób na ściągnięcie Trenta Reznora, który od dawna niezwykle starannie omija nasz kraj), tak teraz zazdroszczę tym, którzy będą świadkami niezwykłego, określanego jako ekskluzywne, wydarzenia jakim
będzie koncert RAGE AGAINST THE MACHINE 24. sierpnia w Alpine Valley Music Theater w East Troy (Wisconsin, eeh znowu tylko USA) na którym jako support wystąpi Queens Of The Stone Age promujący ERA VULGARIS.
2007/06/13
niedawna reaktywacja Rage Against The Machine [podobno tylko na okoliczność koncertów, ale być może już wkrótce okaże się, że nie tylko! eeh mogliby też przestać omijać szerokim łukiem nasz piękny kraj]
więc te doniesienia o udanym powrocie RATM na scenę od razu pognały moje myśli w kierunku Kyuss bo:
tutaj też wszyscy członkowie zespołu są żywi,
a fani pamiętają i wciąż żyją nadzieją ...
Kyuss to ewenement - nic nigdy nie brzmiało jak oni ani odwrotnie;
muzyka Kyuss to panaceum na wszystkie okoliczności;
bo gdy mam taki moment, że czuję opór jakbym stanęła przed ścianą, a czasami właśnie tak jest, że gdy
mam zamiar wybrać muzykę nie mogę zdecydować co to ma być, bo mam przesyt melodii, wtedy wybór pada na Kyuss [ostatnio najczęściej WRETCH bo tutaj jest wspaniały "Big Bikes" ;] i gdy już się nasłucham tych cudnych dźwięków zgrzytających piachem pustyni wcześniejszy "melodiowstręt" znika;
gdy zima jest zła - nic tak dobrze nie rozgrzewa jak gorące pustynne dźwięki;
dodatkowo muzyka Kyuss relaksuje i uspokaja i tak wspaniale pasuje do aktualnej pogody, którą uwielbiam - gorąco i sucho jak na pustyni;
więc tak jak Rage Against The Machine KYUSS też mógłby się reaktywować na okoliczność koncertów [na początek], a Josh Homme mówi NIE w zamian oferując ERA VULGARIS;
cdn.
2007/06/13
ta przykra wiadomość nie miała być zaskakująca bo przecież było wiadomo, że to kwestia już tylko dni; a jednak ten sms z 12:38 wbił mnie w ziemię
bo nie ma we mnie zgody na śmierć człowieka który tak bardzo mocno chciał żyć, a wiem że on chciał i walczył do końca R.I.P. co jest z tymi Jackami, że tak szybko odchodzą? Kaczmarski [*] Lech [*] Skubikowski [*]
2007/06/10
uwielbiam jej debiut THE LION AND THE COBRA sprzed 20 lat i mimo, że potem nagrała jeszcze kilka dobrych albumów to już nigdy mnie tak bardzo nie zachwyciła jak w roku 1987
[być może dlatego, że odeszła od energicznego rockowego grania] jednak wciąż jest moją Ulubioną Łysą Śpiewaczką,
bo ma genialny głos i ładnie śpiewa; zawsze czekam z ciekawością na jej kolejną płytę;
jej przedostatni podwójny album THROW DOWN YOUR ARMS z jedną płytą w rytmie reggae a drugą - dub był całkiem udany [preferuję krążek w klimacie reggae],
a teraz znowu wydała dwie płyty naraz;
z rozmowy z Sinead zamieszczonej w czerwcowym TR dowiedziałam się, że THEOLOGY miało być pojedynczym albumem tylko na głos i gitarę i zawierać tylko to co jest na DUBLIN SESSIONS;
oj dobrze że nie zrealizowała tego planu i że na tym sie nie skończyło bo byłoby bardzo słabo; niestety ta pierwsza płyta słuchana w całości mocno nuży, poza kilkoma utworami nic ciekawego tam sie nie dzieje;
natomiast LONDON SESSIONS to zbiór ładnych,
melodyjnych piosenek z mocno rozbudowaną sekcją instrumentalną i kilkoma extrasami : "We People Who Are Darker Than Blue", "I Don't Know How To Love Him" i "Rivers Of Babylon" (to nie jest cover
Boney M); miło się tego słucha ale ja wciąż czekam na fajerwerki jak z "The Lion And The Cobra" i mam obawy przed jej lipcowym koncertem w Ponaniu, bo co będzie jeśli
ULUBIONA ŁYSA ŚPIEWACZKA przyjedzie w towarzystwie samej tylko gitary akustycznej?
2007/06/08
uwielbiam "Flying", chyba najbardziej przestrzenną i swobodną piosenkę,
jeszcze bardziej wiosenno - letnią od "Free as a Bird" The Beatles; od ubiegłego lata utwór ten kojarzy mi się z Gazellkowym pomykaniem w upalne dni na bemowskie lotnisko i wpatrywaniem się w swobodnie powiewające na niebie szybowce, bardzo to lubię; ale Living Colour to jednak coś więcej niż tylko zachwycające "Flying", bo słuchając ich nagrań studyjnych miałam takie właśnie przekonanie, że to kapela jednego przeboju, no może trzech, bo jeszcze "What's Your Favorite Color?"
i "Back in Black";
przed kilkoma dniami obejrzałam ich koncert z Paradiso Main Hall (1.11.2004) i przekonałam się, że LIVING COLOUR to zespół nie tylko tych
kilku przebojów, oni robią mnóstwo świetnej muzyki, rewelacja! ogrom energii i zaangażowania, wspaniałe rytmy funkowo-rockowo-metalowe, doskonała zabawa, świetna bardzo zywa muzyka, która najlepiej sprawdza się poza studiem nagrań; to taka jakby namiastka tego czego
spodziewam się 5. lipca w HRC na koncercie FISHBONE, który podobno podczas swoich występów wyzwala jeszcze potężniejszą energię;
a teraz jestem w trakcie koncertu MADNESS - Melkweg-The Max z 19.07.1995 bo (po)SKA(kać) też lubię ;)
2007/06/02
na Dzień Dziecka i chyba też, a może nawet jeszcze bardziej z okazji osobistego wydarzenia (nie było łatwo ani przyjemnie, ale dałam radę!) dostałam w prezencie bilet na koncert Placebo; i mimo że nigdy nie byłam fanką tego zespołu ucieszyłam się, bo po wysłuchaniu niedawno ich koncertu z Paryża zaintrygowała mnie ta muzyka; i co ja nie - fanka Plecebo przeżylam 1. czerwca na warszawskim Torwarze, który był niemal pełny? chyba sobie wreszcie kupię płytę Placebo i dopiszę do ulubionych zespołów, a na
pewno ulubionych zespołów koncertowych;
to był kawał porządnego rocka, rewelacyjny duet basu z perkusją;
Placebo dali z siebie wszystko, no może oprócz "Space Monkey",
Brian Molko nawiązał doskonały kontakt z publicznością, a ja odleciałam ...
cover "Running Up That Hill" wykonali z tak niesamowitą energia i w takiej aranżacji że uczestnikom tego spektaklu musiały otworzyć się buzie z wrażenia, o!
rewelacyjnego spektaklu, również od strony wizualnej, pełna profesja, wspaniałe efekty, nie można było oderwać wzroku; gdyby to się działo w Spodku mogłabym porównać do tego co doświadczyłam w ub. roku podczas koncertu Tool;
i jeszcze ta dziewczynka od gitar, taki fajny element całego przedstawienia, że przed koncertem i w jego trakcie była cały czas na scenie i z ogromnym zaangażowaniem czuwała nad gitarkami zeby każda dobrze brzmiała i podawała i odbierała, bo Brian co chwila zmieniał instrument na nowy a czasami tylko spiewał, a warunki wokalne jakimi dysponuje nie do usłyszenia na płycie, taki mały człowieczek a tyle może z siebie wydobyć;
btw. mimo że akustyka na Torwarze nie należy do idealnych to Placebo dawali radę tak dobrze, że po pewnym czasie nic juz mi nie przeszkadzało w pełnym przeżywaniu muzyki i to był koncert bez fajek na sali i na korytarzach, a zamiast piwa serwowano ... pizzę, na szczęście nikt tego nie jadł podczas koncertu więc obyło sie bez przykrych zapachów;
aha - Placebo ma bardzo fajnych fanów, ci ludzie potrafią ładnie reagować i miło się bawić i przygotowali polskie flagi, a Brian to docenił i na koniec w jedną się owinął; to był rewelacyjny koncert ze wspaniałą muzyką i taką samą atmosferą.
2007/06/02
AW II (Automatic Writing II)
więcej >>
AW II (Automatic Writing II) to druga część materiału nagranego jeszcze w styczniu 2004 podczas z sesji projektu Ataxia, który tworzą: John Frusciante (RHCP) - gitara, syntezator, wokal;
Joe Lally (Fugazi) - bas i Josh Klinghoffer (Bicycle Thief) - drums, syntezator, wokal w "The Empty's Response";
wszystko zostało zremixowane przez Fru w 2006, finalnie zrealizowane w Niemczech 2. stycznia 2007 a potem odłożone na bok; Fru kilkakrotnie zmieniał datę premiery,
ostatecznie album ukazał się 29. maja;
i warto było czekać na to ... c u d o ; podobnie jak na "Automatic Writing" na AW II również jest 5 kompozycji, a każda z nich to perełka inna od pozostałych, co stanowi idealne dopełnienie AW, dodatkowo słychać tutaj ładny, delikatny głos Josha, tempo jest zróżnicowane - od bardzo spokojnego, bardzo nastrojowego "Attention" które najbardziej nawiązuje do AW, poprzez rytmiczne jak klaskanie "Hands", po niemal transowe "The Soldier" które kojarzy mi się z "Let There Be More Light" Pink Floyd, aż do ballady "The Empty's Response" pięknie wyśpiewanej przez Klinghoffera;
całość cudnie zaaranżowana i dopracowana w każdym szczególe, do słuchania z namaszczeniem, być może nawet z pozycji kolan ...
[thx Jo]
2007/06/01
np. "All Along The Watchtower" więcej >>
np. "All Along The Watchtower" Boba Dylana w wykonaniu Jimi Hendrixa - to jest prawdzie mistrzostwo świata, uczeń przerósł samego mistrza, po którego utwory niedawno sięgnął też Bryan Ferry i zaaranżował je w charakterystyczny dla siebie, cudnie manieryczny sposób i powstała nowa jakość - płyta "Dylanesque", której słucha sie z prawdziwą przyjemnością;
podobna do Hendrixowej sztuka udała się Jimowi Morrisonowi, który wziął na warsztat "Glorię" Vana Morrisona i to był sukces;
natomiast Patti Smith sięgając po klasyki poniosła małą klęskę bo na 12 ("Twelve") coverów tylko 4 nie odrzucają;
podobnie jest z płytą "Warszawa. Tribute To Joy Division" z 14 coverami wśród których (też) 4 są fajne (tylko tyle); na obu tych krążkach nie ma żadnych fajerwerków, chociaż na polskim jest miły dla ucha "Koniec kryzysu" Pustek tylko inspirowany "Passover" Joy Division - z własną muzyką i polskim tekstem i to jest nowa jakość, bo generalnie na tej płycie panuje odtwórstwo, niestety w w większości nieudolne, bo artyści śpiewają w większości polskim angielskim, który jest nie do przyjęcia i psuje wrażenie, a szkoda bo taki smyczkowy "New Dawn Fades" muzycznie jest bardzo dobry i mógłby być obok Pustek drugą perełką na albumie a przez ten niefajny angielski nie jest;
obok Hendrixa i Morrisona mistrzostwo świata popełnił Primus w coverze "Have A Cigar" (oryg. Pink Floy) a moim osobistym mistrzem w tej sztuce jest Doug Pinnick, bo wszystko czego się dotknie udaje mu się wyśmienicie - od "Taxman" The Beatles ("Butchering The Beatles") przez "Welcome To The Machine" Pink Floyd ("An All Star Performing The Songs Of Pink Floyd") do "Unforgiven" Metalliki, które nigdy jakoś szczególnie mnie nie zachwycało dopóki nie usłyszałam jak dUg śpiewa to swoją cudną manierą, która kojarzy mi się z lekkim pojękiwaniem ale zawsze z uśmiechem na ustach bo wyraźnie słychać że śpiewanie sprawia mu radość a mi ogromną radość sprawia słuchanie go, również wtedy gdy śpiewa "Manic Depression" Hendrixa;
i jeszcze koniecznie muszę uwzględnić tutaj Jeffa Buckleya, który tak sobie upodobał "Hallelujah", że już na pierwszym a zarazem ostatnim wydanym za jego życia albumie "Grace", zamieścił cover tej pięknej pieśni Leonarda Cohena i potem wykonywał niemal na każdym koncercie, nową jakość stworzył również cudnie interpretując kompozycję "The Way Young Lovers Do" Vana Morrisona, która dzięki niezwykłej improwizacji osiągnęła w buckleyowey wersji długość ponad 12 minut;
o! to są prawdziwe perełki.
a teraz jest Chris Cornell solo więcej >>
a teraz z jest Chris Cornell solo i też dobrze! od kilku godzin słucham "Carry On" i z każdym kolejnym słuchaniem podoba mi się coraz bardziej; to jest bardzo dobry album; i tak jak debiutancki "Euphoria Morning" (1999) nie odniósł sukcesu komercyjnego tak "Carry On" ma na to duże szanse; jest to dzieło obfite bo zawiera aż 15 utworów ale w żadnym momencie nie nuży; tempo jest zróżnicowane, ładne ballady przeplatają się z kompozycjami ostrzejszymi, ciekawe aranżacje, i piękny cover "Billie Jean", Chris zaśpiewał tę piosenkę tak cudnie że aż chwyta za gardło; jest tutaj też utwór "You Know My Name" pochodzący z "Casino Royale", którego niektórzy próżno szukali na soundtracku do filmu; a czym to nowe dzieło Cornella różni się od brzmienia Audioslave? nie ma tutaj Morellowej gitary, jest za to dużo perkusji; btw. to jest idealna muzyka na dzisiejszą upalną pogodę, którą uwielbiam ;)
2007/05/25
nowa płyta Apteki więcej >>
nowa płyta Apteki zaskoczyła mnie od razu, jeszcze przed zdjęciem folii, formą czyli opakowaniem - profesjonalny box, taki w jakim w ub. roku wydany został album The Who, a ostatnio w takich pudełkach ukazała się specjalna edycja albumów na 40-lecie The Doors; aż miło że polska muzyka też może być podana w taki ładny sposób, okładka też przyciąga wzrok grafiką kojarzącą się z "Aenima" Tool; a treść? słychać tutaj że zespół jest w dobrej formie - jak zwykle u Apteki wciąż dobre inteligentne teksty z pazurem; a muzyka? tutaj trochę tego pazura zabrakło, niczym nowym mnie te dźwięki nie zaskakują; ale i tak jest dobrze, a w porównaniu z tym co aktualnie wychodzi z polskiego podwórka - nawet bardzo dobrze, mimo że bez fajerwerków.
2007/05/23
P. F. zadbał o swoje fanki więcej >>
P. F. zadbał o swoje fanki nie mogącę się już doczekać "Ultra Payloaded" i umożliwił przedpremierowe słuchanie albumu na Myspace; brzmi super! świetna energiczna muzyka akurat na upalne lato; a ilu tutaj wyśmienitych gości! i Flea i Fru, a nawet Jim Morrison!
2007/05/22
warto zaglądać do serwisu internetowego Teraz Rock więcej >>
warto zaglądać do serwisu internetowego Teraz Rock np. po to żeby znaleźć na dzień dobry informację o lipcowym koncercie Fishbone nie tylko we Wrocławiu ale także w Warszawie; tylko dlaczego na tak małej scenie jaką jest HRC, ale najważniejsze że blisko i jest szansa że tam będę :)
2007/05/19
słucham teraz nowego/starego Leonarda Cohena i więcej >>
słucham teraz nowego/starego Leonarda Cohena i przypomniałam sobie niedawne moje słuchanie nowych/starych The Doors
i ja juz wiem po co to się robi;
tak trzeba! trzeba remasterować starocie;
to brzmi cudnie czysto i tak przestrzennie a zarazem zyskało głebię i
głos Leonarda jest dzięki temu jeszcze piękniejszy; aha i zawsze z takimi wydawnictwami zyskuje się bonusowe nagrania i nowe opakowania - przy The Doors nowoczesne pudełka z ładnymi rozwiązaniami graficznymi a u Cohena opakowania w formie ślicznych książeczek;
czekam aż ktoś wpadnie na genialny pomysł zremasterowania starszych nagrań Janerki, od samego początku czyli od Klaus Mitffoch, które brzmią często "dziwnie" a niektóre nawet mono.
2007/05/17
może nie od razu więcej >>
może nie od razu, ale już podczas drugiego słuchania coś zaskoczyło i z każdym kolejnym "Volta" podoba mi się coraz bardziej; to jest mocno
zróżnicowany album, od spokojnych (tzw. ładnych) piosenek po rozbudowane kompozycje i utwory bardzo rytmiczne,
niemal transowe; a "Declare Independence" aż poraża (absolutny rarytas!) jakby Bjork była
koleżanką nie tylko Antonyego H. ale też Trenta R., chociaż utwory śpiewane tutaj w duecie z Antonym to perełki;
a gdy się słucha na słuchawkach to obok dopracowanych brzmień elektronicznych wyraźnie ujawnia się wspaniała sekcja dęta (chciałabym zobaczyć te panny z trąbkami) i akustyczne instrumenty afrykańskie i azjatyckie, kora i chińska lutnia czyli pipa, po prostu cudnie;
a jak juz będę miała nowego pieska to nazwę ją (bo teraz może być tylko suczka) VOLTA, ale nie od nazwy płyty Bjork tylko od The Mars Volta ;)
2007/05/17
29. maja minie 10 lat więcej >>
29. maja minie 10 lat od śmierci Jeffa Buckleya, a ja go właśnie odkryłam; porażająco cudny głos i piękne kompozycje, i takie krótkie życie bo trwało zaledwie 31 lat; i chociaż zdążył nagrać zaledwie jedną płytę (absolutnie przewspaniałą!) zachowały się nagrania z koncertów, najpiękniejszy ten z paryskiej Olympii; i jeszcze ta fascynacja Vanem Morrisonem i Leonardem Cohenem co słychać na "Live from the Bataclan", za to też go lubię
2007/05/17
już od pewnego czasu zdumiewa mnie więcej >>
już od pewnego czasu zdumiewa mnie, że to był taki szczególny rok w muzyce; bo r. 1967 to m.in. znakomite debiuty: "The Piper at the Gates of Dawn" - Pink Floyd; "The Doors" - The Doors; "Songs of Leonard Cohen" - Leonard Cohen; "Are You Experienced" - Jimi Hendrix; "Brown Eyed Girl" solowy debiut Vana Morrisona; urodziła się Sinead O`Connor; wystartowało BBC Radio One; magiczny rok.
2007/05/16
przychodzę więc i mówię, że Ty Tabor napisał więcej >>
przychodzę więc i mówię, że Ty Tabor napisał, że King`s X skończyli już mixowanie nowego albumu; pozostał jeszcze mastering i ... ready steady go! będę słuchać "Go Tell Somebody"; jestem strasznie ciekawa tej płyty; teraz trzeba czekać już tylko na wiadomość od Ty`a o dacie premiery i trasie koncertowej (czy King`s X przyjadą do Polski?)
2007/05/13
istnieje realna szansa że jeszcze w tym roku Fishbone więcej >>
istnieje realna szansa że jeszcze w tym roku Fishbone przyjedzie do Polski; Jo była w piątek na ich koncercie (rewelacyjnym!) a potem rozmawiała z nimi i Fisher (basista) powiedział, że bardzo prawdopodobne jest, że w listopadzie b.r. zagrają w Polsce (yes!!!) mam nadzieję że w Stodole, ale chyba jednak to będzie wcześniej (tak jak usłyszałam w AR) między RHCP a KoRn, bo na stronie zespołu jest zapowiedź koncertu berlińskiego 3. lipca a właśnie przy okazji "wycieczki" do Niemiec mieli zahaczyć o Polskę i jeszcze wrocławski klub Firley chwali się koncertem Fishbone "juz wkrótce" więc nie bedzie ich w W-wie; a przy okazji warto odnotować fakt że Fishbone to jedna z tych kapel, które są dużo bardziej popularne w Europie niż w Ameryce (King`s X też tutaj się zalicza), tam zagrali w klubie dla garstki fanów, bo co to jest ca. 200 osób, a dali z siebie wszystko - 2 godz. koncertu plus 4 bisy (!) to jest szacunek dla fanów
2007/05/13
kiedyś tak mocno zasugerowałam się negatywnymi opiniami w prasie i w radiu więcej >>
kiedyś tak mocno zasugerowałam się negatywnymi opiniami w prasie i w radiu nt. "Scabdates" że omijałam to wydawnictwo szerokim łukiem z obawy, że jego słuchanie zepsuje mi moje cudne wrażenia jakie zostały mi po warszawskim koncercie TMV, który był w tym samym roku co premiera tego albumu; niedawno dostałam tę płytę w prezencie (thx Jo), posłuchałam i jestem w 100% przekonana że nie warto sugerować się cudzymi negatywnymi opiniami na temat muzyki ukochanego zespołu.; dla mnie ten album jest wspaniały, dostarcza nowych niesamowitych doznań, pozwala zupełnie oderwać się od rzeczywistości, zabiera w nową kosmiczną przestrzeń i pomaga znieść długie miesiące czekania na kolejny koncert TMV, moje największe muzyczne marzenie.
2007/05/13
9. maja (były moje urodziny!;) o 2. w nocy w PR III wybrzmiało więcej >>
9. maja (były moje urodziny;) o 2. w nocy w PR III wybrzmiało prapremierowo demo "Electric Voice" w wykonaniu Omni / Mech; niesamowite że Tomasz Beksiński (dla słuchaczy dawnej Trójki postać kultowa) napisał teksty dla Omni, które przeleżały ca. 20 lat i Marceli Latoszek (kto pamięta Omni?) niedawno przypomniał sobie o nich i może COŚ z tego będzie, bo wpadł na genialny pomysł żeby Maciek Januszko to zaśpiewał; ale nie z Mechem tylko z nim i Rafałem Błażejewskim (Omni) i Dzikim Chancewiczem (Mech); aha - Tomek pisał po angielsku a Maciek tłumaczy teksty na polski; treść przekazu Beksińskiego jest ciarkogenna; z niecierpliwością czekam na cd.
2007/05/11
ten kawałek to ogromne zaskoczenie bo nie spodziewałam się więcej >>
ten kawałek to ogromne zaskoczenie bo nie spodziewałam się żeby Jack i jego siostra Meg poszli teraz w kierunku artrocka, przecież to jest iście marsvoltowe brzmienie; a to dopiero zapowiedź nowego albumu The White Stripes i jeśli całość będzie utrzymana w podobnym stylu to może być rewelacyjnie
2007/05/11
Tori Amos więcej >>
Tori Amos łączy z Maynardem wspólna pasja winiarska chociaż muzycznie jest między nimi przepaść; i właśnie koleżanka Maynarda która dla mnie zawsze była nudziarą i nigdy nie wsłuchiwałam sie w jej twórczość nagrała "American Doll Posse" i zaskoczyła mnie bardzo! mimo że są tutaj aż 23 utwory udało mi sie posłuchać całości już kilka razy bez znużenia a co więcej nawet z zainteresowaniem i rosnącą przyjemnością, bo to jest album bardzo zróżnicowany, oprócz popowych piosenek są tutaj kawałki rockowe gitarowe a nawet wodewilowy; i miło jest posłuchać takiej jakby innej wersji Kate Bush którą lubię bardzo; teraz, dzięki tej płycie, Tori ma szansę zostać również moją koleżanką ;)
The Nigh*****chman czyli więcej >>
The Nigh*****chman czyli folkowe alter ego Toma Morello (ex RATM i Audioslave) - "One Man Revolution" to trwająca 50 minut przygoda z ładnymi kompozycjami i ciekawym wokalem Morello, w którym można dosłuchać się pierwiastków Nicka Cave`a, Leonarda Cohena, ktoś mógłby powiedzieć, że również Johnny Casha;
pod względem aranżacji album utrzymany jest w klimacie cave`owym, takie właśnie ma brzmienie, ale nie z ostatniego "Grindermana", o nie! tutaj dominuje spokój; i tak sobie ładnie śpiewa do nas Tom Morello z gitarą, aż w "The Road I Must Travel" pojawia się kobza i już robi się inaczej, radośniej; następnie w "Battle Hymns" zaskakują nas dźwięki harmonijki, dla odmiany ten utwór jest zaaranżowany w stylu mocno cohenowym; pod koniec jest już pełna radość, w "Dark Clouds Above" wchodzi perkusja i wszystko nabiera rozpędu; zaraz potem bębny i talerze idą w kąt, bo oto pojawia się zamykający całość "Until the End"; i to jest najpiękniejsza kompozycja na tej płycie, zachwyca już od pierwszego usłyszenia; dzięki urozmaiceniom na "One Man Revolution" nie ma miejsca na nudę czy monotonię; słuchanie tej płyty to sama przyjemność rozsmakowywania się w pięknej muzyce i niesamowitym głosie, którym nareszcie pochwalił się przed światem wybitny już nie tylko gitarzysta Morellowy Tomek ;)
2007/04/26
a jednak więcej >>
a jednak Maynard wróci! obiecał to 24. czerwca 2006 podczas koncertu w Spodku, a potem była wielka cisza aż do dzisiaj; TOOL znowu zagra w Polsce YES!!! wciąż też czekam na deklaracje koncertowe The Mars Volta.
2007/04/23
jeśli Pogodno to tylko na żywo! więcej >>
jeśli Pogodno to tylko na żywo! bo to zwierzę typowo koncertowe, co potwierdzili aż dwukrotnie w czasie jednego tylko miesiąca kwietnia; najpierw na B-Day Party Makaqa w HRC zagrali stosownie do miejsca nadając końcówce każdej piosenki hardcorowe brzmienie: YEAH!!! a wczoraj w studiu im. A. Osieckiej przy Myśliwieckiej był czad - ostre rockowe granie czego nie słychać na ich płytach, mnóstwo basu który uwielbiam i rewelacyjna sekcja dęta - mistrzowskie popisy na trąbki duże i małe; super pogodny żywioł, wspaniała zabawa, wspólne śpiewy i pląsanie, a potem bisy poza cenzurą bo poza anteną; wiosną Biedronki są Pogodne ;)
2007/04/20
wczoraj byłam na tzw. uroczystej premierze filmu P. Wojcieszka "Doskonałe popołudnie", więcej >>
wczoraj byłam na tzw. uroczystej premierze filmu P. Wojcieszka "Doskonałe popołudnie"; jeszcze przed seansem reżyser nie miał "Nic do powiedzenia" jak w piosence Pustek, które skomponowały muzykę i zostały przez niego wywołane na scenę, wokalistka podziękowała mamie Whitney H. i potwierdziła po raz kolejny że nie ma "Nic do powiedzenia" więc już to wystąpienie, które chyba miało zachęcić, zabrzmiało trochę zniechęcająco; a potem zaczął się film, niestety! bo jedyny miły akcent w tym obrazie to Rogucki nieźle sprawdzający się jako aktor [w 2005 r. jeszcze nie był takim popularnym rockmanem jak dzisiaj] i chyba tylko ze względu na niego wytrzymałam aż 35 minut - to jest doskonała szmira, totalne dno, zero pomysłu byle jaka gra aktorska, tylko 2 dobre role [P. Rogucki i J. Stuhr] epatowanie shitem, koszmarna żenada; w tym samym momencie co ja z seansu wyszedł Marek Koterski i podobała mi się jego bardzo wymowna mina ;)
2007/04/15
niecierpliwi dostali już więcej >>
niecierpliwi dostali już możliwość przedpremierowego posłuchania "Year Zero" na stronie NIN; rozsmakowuję się w tych wspaniałych dźwiękach od ponad tygodnia codziennie po kilka razy; rewelacyjny album wkręca bez reszty i uzależnia, włączam i się zapętlam; w odniesieniu do poprzedniej płyty NIN - to jest tak jakby "With Teeth" było wulkanem który się budzi i zaczyna pracować a "Year Zero" to jest wybuch tego wulkanu, tutaj wyzwala się ogrom energii, momentami ta muzyka brzmi jak walka robotów w hali pełnej żelastwa a w spokojniejszych utworach jak spacer w nowej nieznanej przestrzeni roku 0000; to jest esencja rocka industrialnego z dużą ilością elektroniki która tutaj została wykorzystana w sposób mistrzowski; brawo Trent! jutro premiera, nareszcie! bo muzyka z CD zawsze smakuje dużo wyborniej i pełniej; aha - i to jeszcze nie koniec bo Trent Reznor zapowiedział juz dalszą część YZ
2007/04/14
Budgie! więcej >>
Budgie! Budgie! Budgie! yes!!! na wczorajszym koncercie w Progresji potwierdzili moją opinię ze słuchania "You`re All Living In Cuckooland" - wciąż bardzo dobrze dają radę, a wokal Burke`a jakby się starzał wolniej od jego właściciela (super! tak trzymać) tylko q. dlaczego to nie było w Stodole tylko w miejscu gdzie słychać byle jak i nie ma czym oddychac? nasilające się uczucie żołądka podchodzącego do gardła wymiotło mnie do przedsionka klubu i okazało się że to było bardzo słuszne posunięcie - lepiej widać scenę a i o telebim ktoś zadbał i słyszalność też jakby lepsza (a to już mnie zdziwiło) i trochę powietrza i trochę ciekawych ludzi, mi.in chyba największy propagator Budgie w Polsce Piotr Kaczkowski z PR III (to właśnie przez słuchanie jego audycji przed laty zaszczepiłam się uwielbieniem dla tych dźwięków) cieszę się bardzo, że tam byłam mimo warunków nie pozwalających na zatracenie się w muzyce, samo patrzenie ze słuchaniem to trochę za mało, zabrakło mi tej szczególnej atmosfery towarzyszącej dobrym koncertom.
2007/04/13
nareszcie! wiosna więcej >>
nareszcie! wiosna, wybuchła słońcem ciepłem zielenią i wielkimi pąkami na drzewach; aż Gazellka (moje ukochane zwierzę mechaniczne) zaczęła lżej pomykać jaby dostała wiatru w kierownicę (nie, wcale nie skrzydła) a jednak przykra wiadomość o śmierci genialnego Kurta Vonneguta trochę przyćmiła tę radość R.I.P. bo kto jeszcze został do pisania tym genialnym poplątanym językiem który tak uwielbiam? eeh Janerka po "Plagiatach" napisał "Puszkę - Cacuszko" i milczy, a ja czekam; i niby przyjechał niedawno na tzw. koncert ale tylko tzw. bo zaśpiewał tylko 1 (jedną!) piosenkę w wersji reggae za którą nie przepadam, jaki jest sens jechać z Wrocławia do W-wy i nie zagrać pełnowymiarowego koncertu ... chyba tylko ideologiczny bo ten jednopiosenkowy występ był właśnie ku idei (białoruskiej)
2007/04/06
jestem pod ogromnym wrażeniem więcej >>
jestem pod ogromnym wrażeniem, cudny film,
cudny mimo okrucieństwa
i jeszcze dialogi w jęz. hiszpańskim (uwielbiam hiszpański, najpiekniejszy jezyk świata)
aż poczułam ogromną nieodpartą potrzebę posłuchania "Asilos Magdalena" a teraz już wybrzmiewa dalej "Amputechture";
te piekne sceny, a raczej obrazy z Faunem i Ofelia skojarzyły mi się właśnie z tym albumem;
muzyka TMV bardzo by mi tam pasowała,
sama sobie teraz uzupełniam dźwięk do obrazów które wciąż mam w pamięci i długo ich nie zapomnę
2007/03/26
spośród wszystkich zwierząt więcej >>
spośród wszystkich zwierząt w przyrodzie najbardziej kocham psy, ostatnio bardzo szczególną sympatią (odwzajemnioną) darzę pewną suczkę, a spośród zwierząt muzycznych uwielbiam kameleony; tzn. muzyków doskonale sprawdzających się w różnych przedsięwzięciach: Maynard James Keenan zaskoczył mnie Puscifferem, Mike Patton ma jeszcze więcej projektów na swoim koncie, ostatnio swoją pomysłowością i niespożytą energią zachwycił mnie Perry Farrell, eeh gdyby tak móc wyskoczyć latem na Lollapaloozę i przyjąć wszystko bezpośrednio na własną głowę i uszy
2007/03/24
"Jak we śnie" więcej >>
"Jak we śnie"; w karierze Michela Gondry`ego najpierw były teledyski, potem wspaniały obraz "Zakochany bez pamięci" a teraz to cudne dzieło; bardzo dawno nie oglądałam tak pięknego filmu który bez reszty wciąga w swój klimat, jak sen; aż chce się zawiesić między jawą i snem
2007/03/18
Iggy Pop wykonał kawał roboty więcej >>
Iggy Pop wykonał kawał roboty. I fajnie, tylko że ja mam z tym problem.
"The Weirdness" po raz pierwszy posłuchałam tydzień temu i rzuciłam w kąt, bo na 12 utworów spodobał mi się tylko jeden więc powiedziałam sobie: ot, po prostu skok na kasę.
Ale przecież to jest takie banalne, a ja tak okropnie nie lubię banałow! I nie rozumiem tych powszechnych zachwytów nad reaktywacją The Stooges (na szczęście nie przez wszystkich podzielanych)
rozumiem natomiast że można wrócić po latach milczenia, bo ma się to COŚ czym można sprawić radość słuchaczom; np. taki Cat Stevens wrócił jako Yusuf z bardzo ładnym albumem,
aż miło posłuchać; hmm ... ale nie ma tego złego bo przynajmniej wróciłam pamięcią do dnia w którym Iggy Pop szalał z gołą klatą i swoimi wystającymi żebrami na warszawskim Torwarze,
a to był bardzo miły bo bardzo ciepły letni dzień.
Dzisiaj p o t y g o d n i u wróciłam do tej płyty, bo nie dawała mi spokoju myśl że być może niesprawiedliwie ją potraktowałam po pierwszym przesłuchaniu ... i co? Ta muzyka jest taka surowa jakby wybrzmiewała prosto z garażu i to jest ok, bo mocno hałasujących dźwięków też fajnie jest czasami posłuchać; ale nareszcie wiem co mnie tutaj drażni! wokal jest SŁABY, w niektórych utworach ledwo go słychać, ginie w tle hałasu perkusji i gitar. I to jest ten główny mankament "The Weirdness" bo przecież nie to że "to już było"; nr 5 wciąż brzmi najlepiej - tutaj Iggy nareszcie śpiewa i ten śpiew jest nareszcie słyszalny (śpiewa z podobną manierą jak kolega David Bowie i to nie raz na tym krążku) a muzyka jest na swoim miejscu. Gdyby takie proporcje były zachowane na całym krążku mogłabym powiedzieć, że to jest całkiem fajna płyta, chociaż w kategorii muzyki tzw. surowej najwyżej oceniam surowy zgrzyt piachu w muzyce KYUSS
btw.
właśnie odszukałam bilet z pamiętnego koncertu: "Torwar" 24. lipca `93, godz. 19.00, 150.000 zł (dawne czasy dawne pieniądze)
2007/03/16
cmentarzy nie lubię, ale więcej >>
cmentarzy nie lubię, ale Powązki są wyjątkowe, mają swój niezwykły klimat, jakby muzealny; bardzo chciałam zapalić światełko T. Nalepie i zobaczyłam to - grób z kwietną gitarką, ktoś to pięknie wymyślił,; było nas tam kilka osób które przyszły akurat po mszy w intencji Nalepy, wśród nich jego syn i żona (wdowa); potem poszliśmy do Cz. Niemena, jemu też zapaliłam światełko
2007/03/08
nie owoc, nie kolor więcej >>
nie owoc, nie kolor ale Morellowa muzyka bardzo piękna jest i to nie tylko "Until The End", jednak na całość trzeba jeszcze poczekać, a ja lubię czekać pod warunkiem że to jest czekanie na coś dobrego, czekam więc na Morellowy album z radością, a także na "Era Vulgaris" QOTSA bo zajawki brzmią bardzo obiecująco, aha i radosne Satellite Party z majem rozkwitnie i jeszcze nowa Bjork; lubię wiosnę :)
2007/03/04
Słucham nieustannie od kilku godzin i ... więcej >>
Słucham nieustannie od kilku godzin i ... to jest dzieło miażdżące! kaliber podobny jak u Toma Waitsa tylko objętościowo skrajnie odwrotny, bo zaledwie 40 minut muzyki; ale za to jakiej! surowe mroczne i szorstkie rockowe i bluesrockowe granie, kompozycje niby proste a zaskakujące; wśród nich jest też ładna ballada "Man in the Moon" a zaraz po niej "When My Love Comes Down" kompozycja która po raz kolejny wbija mnie w podłogę; trudno jest zdjąć palec z przycisku "repeat" po kolejnych 40 minutach z miażdżycielem
P.S.
Nick Cave tutaj wyjątkowo gra też na gitarze,
a utwór "(I Don`t Need You Too) Set Me Free" brzmi jak parodia jakiegoś znanego kawałka ;)
2007/03/11
PO TYGODNIU jest jeszcze gorzej - uzależniłam się od tej płyty i wciąż w nią się zapadam, nastąpiło totalne zapętlenie; eeeh koncert by mi pomógł
2007/03/04
Zmarł kilka godzin temu [R.I.P.] kolejny wielki artysta po Niemenie i Grechucie ... więcej >>
to moje dzieciństwo:
"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej
Wziął mnie ojciec, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
Najważniejsze co się czuje, słuchaj zawsze głosu serca, hej
Kiedy byłem, kiedy byłem dużym chłopcem, hej
Wziął mnie ojciec, wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł
Głosem serca się nie kieruj, tylko forsa ważna w życiu jest
Wicher wieje, wicher słabe drzewa łamie, hej
Wicher wieje, wicher silne drzewa głaszcze, hej
Najważniejsze to być silnym, wicher silne drzewa głaszcze, hej"
// teraz najbardziej lubię:
"Chodzisz tak
i myślisz jak w życiu
dziwnie jest
mógłbyś zawojować
świat
lecz na co ci to
wszystko uciekła
wolność gdzieś
chciałbyś wszystko
oddać, chciałbyś
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
Myślisz więc
dlaczego tak w życiu
ciężko jest
skąd siły na to brać
jak wszystkiego
wyrzec się
chciałbyś, chciałbyś
sobą być
i nie mieć nic
chciałbyś nie mieć
nic w życiu nie mieć
nic, w życiu
nie mieć nic
chciałbyś tak mieć
puste kieszenie
i sumienie czyste
jak to zrobić jak,
jak tu zmienić świat
i nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
chciałbyś być
kloszardem
pod mostami spać
i nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
Chodzisz tak
i myślisz, jak to jest
wszystko masz,
czego chcesz
czego chcesz,
co ci jest
czego chcesz
powiedz czego
chcesz
chodzisz tak
i myślisz jak to jest
wszystko masz więc
czego chcesz
czego chcesz,
co ci jest
czego chcesz
czego chcesz,
chciałbys być
kloszardem
pod mostami spać
i nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic
nie mieć nic. "
2007/03/02
Jared Leto, do niedawna kojarzyłam go jedynie z kultowym już "Requiem for a Dream" więcej >>
Jared Leto, do niedawna kojarzyłam go jedynie z kultowym już "Requiem for a Dream" i "American Psycho" a tu proszę, sam chwycił za gitarę, jego brat Shannon usiadł za perkusją i powstało 30 Seconds To Mars.
Zadebiutowali w 2002 r. płytą "30 Seconds To Mars" na której Jared nagrał wszystkie wokale oraz partie gitary, basu i syntezatorów, a Shannon perkusji. Potem wyruszyli w trasę koncertową do której zaangażowali Matta Watchtera i Tomo Millicevica, podczas której powstał materiał na kolejną płytę. Jared skomponował 40 utworów z których wybrali 10 i już w czwórkę nagrali drugi album "A Beautiful Lie". Nawet najpiękniejsze kłamstwo rani i powoduje cierpienie, a potem powstają ładne piosenki o śmierci, bólu, radości i pasji. Ta opowieść zaczyna się ostrym "Attack", następnie wszystko pięknie się rozwija.
Kompozycje są mocno rozbudowane, wielowarstwowe ze zmiennym tempem i dodatkowymi efektami jak np. burza którą rozpoczyna się "Was It a Dream?". Jest tu też prawdziwy "killer" - "The Kill", który podbił juz większość rockowych stacji radiowych. Pełen bólu śpiew wokalisty, momentami przechodzący w krzyk, dodatkowo potęguje emocje wywołane ładnymi melodiami. Mimo przejmujących tekstów album ten nie obciąża psychiki, bo to wszystko brzmi jednak tetralnie, w końcu Jared Leto zdolnym aktorem jest! jego brat też ma jakieś mniejsze role filmowe na swoim koncie. Przy tej muzyce można się doskonale odprężyć, np. po nasłuchaniu się jakichś mocniejszych, bardziej skomplikowanych dźwięków. "A Beautiful Lie" otrzymaliśmy z wielomiesięcznym opóźnieniem w stosunku do premiery amerykańskiej, ale za to z bonusem. Album zawiera opendisc a tam m.in. 12-minutowy fajny filmik do utworu "From Yesterday" i kilka różnych wersji clipu "The Kill". Można więc i posłuchać i pooglądać, z przyjemnością.
2007/03/01
Dokładnie przed tygodniem byłam w Galerii SD na wystawie prac Zdzisława Beksińskiego więcej >>
Dokładnie przed tygodniem byłam w Galerii SD na wystawie prac Zdzisława Beksińskiego (to raczej miniwystawa) i zobaczyłam coś co mnie powaliło, dzieło genialne, absolutny kosmos ...
poczułam jak z tego obrazu wybrzmiewa do mnie muzyka TMV z "Frances The Mute" (yes!!!)
Cena sprowadziła mnie na ziemię. Doznanie jest niepowtarzalne bo znalazł się nabywca, ale zachowałam to dzieło w pamięci razem z ukochaną muzyką i będę je sobie odtwarzać zawsze gdy usłyszę "L`Via L`Viaquez". Nawet nie wiem jaki ma tytuł bo Beksiński swoich prac nie ponazywał.
2007/02/23
Impreza londyńskiej wytwórni Domino 18. lutego 2007 r. w warszawskiej Fabryce Trzciny
więcej >>
Impreza londyńskiej wytwórni Domino 18. lutego 2007 r. w warszawskiej Fabryce Trzciny
1. Organizacja - koszmarna! Odniosłam wrażenie że organizator nie dotarł na miejsce.
Wszystko zaczęło się z dużym, niczym nie uzasadnionym, opóźnieniem i nie było zapowiedzianego wcześniej pokazu clipów Domino, który mógłby doskonale wypełnić czas irytującego czekania, btw. pamiętam że na koncercie Comy w Stodole na telebimie ukazał sie zegar odmierzający czas który pozostał do startu koncertu, a tu czeski film.
Gdy w końcu pierwszy artysta był w miarę gotowy do występu na scenie pojawił się chłopiec, nie wiadomo skąd, który wymienił komu przyłożyć za totalne olanie publiczności, czyli organizatorów imprezy oraz sponsorów i zdradził kto po kim zagra, czym sobie u mnie zapunktował bo ten układ mi się spodobał, nawet wybaczyłam mu nieznajomość nazw zapowiadanych wykonawców.
2. Jako pierwszy wystąpił James Yorkston, szkocki „singers- songwriters”. Pierwsze doświadczenia zbierał w zespołach punkowych a do kariery solowej przekonał go sam John Peel, który zaprezentował jego demo w jednej ze swoich audycji. Młody Szkot miał bardzo trudny występ z powodu w większości koszmarnej publiczności bardziej zainteresowanej tym co sie dzieje przy barze niż tym co na scenie. Jenak dzielnie sobie z tym poradził skupiając uwagę na tej garstce która z zainteresowaniem słuchała go pod samą sceną i co chwilę robiła ćśśśśśśśśśśśśśś do tych co przy barze. I cóż że ze Szkocji i cóż że tylko z gitarą akustyczną skoro bardzo ładnie śpiewał i okazał sie bardzo sympatycznym skromnym młodym człowiekiem. Pod koniec swojego występu zaanonsował następnych wykonawców i wykonał jeden z ich przebojów, w absolutnie własnym niepowtarzalnym stylu. Dopiero pod koniec utworu, przy najbardziej charakterystycznych dźwiękach i słowach, można było poznać że to rzeczywiście jest ta piosenka. Przy okazji James Yorkston wykazał się też dow*****m - położył sobie na scenie malutki notesik z tekstem tej nie swojej piosenki i śpiewał niby odczytując literki na przemian kucając i wspinając sie na palce. A jakie przy tym robił miny!
3. Koszmarnie za długa przerwa podczas której nie działo się NIC a mogły ją wypełnić clipy które miały być a których nie było.
4. Punkt kulminacyjny. Na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, najbardziej oczekiwani Archie Bronson Outfit. Trio które tworzy dwóch posiadaczy wręcz monstrualnych bród - Sam Windett (wocal i guitara) i Dorian Hobday (bas) oraz pozostający w ich cieniu Mark Cleveland (perkusja) schowany w glębi sceny schowany i ledwo dostrzegalny, ale słyszalny i to jak! ABO już dawno zyskali opinię jednego z najlepszych koncertowych składów na Wyspach. Ich garażowo – psychodeliczne rockowe granie ma ogromne oddziaływanie emocjonalne, świdruje mózg i przenika do kości. Sekcja rytmiczna plus niesamowity głos wokalisty dosłownie wymiatają. Zagrali prawie wszystko z "Derdang Derdang" plus dwa B-sidy z singli w tym jeden na bis, w kilku utworach wspomagała ich ładnym wokalem ładna pani. Publiczność dosłownie oszałała a szaleństwo jednych udzielało się pozostałym, nawet tym dyskutującym przy barze i przy piwie. Przy takich dźwiękach nie da się tak po prostu stać i słuchać. Niektórzy dali się ponieść emocjom do tego stopnia że aż wskoczyli na scenę i tam pląsali, a byli to muzycy mało znanej kapelki Out of Tune, może też chcieli zaistnieć przy okazji zespołu, który już Coś znaczy na rynku? Dopiero teraz, gdy zobaczyłam na własne oczy jak Archie Bronson Outfit to robią, jak grają na żywo i że Sam Windett faktycznie wydobywa z siebie ten niebiański głos, tak po prostu otwiera usta i to z nich uwalniają się te cudne dźwięki, uwierzyłam że Archie Bronson Outfit są realni, oni istnieją naprawdę. To ja teraz poproszę koncert ABO w odpowiednich do tego, nie knajpianych warunkach, może być warszawska Stodoła.
[btw. "Derdang Derdang" w moim zestawieniu ulubionych płyt ubiegłego roku była w pierwszej trójce]
5. Kolejna koszmarnie za długa przerwa podczas której nie działo się NIC a mogły ją wypełnić clipy które miały być a których nie było.
6. Jako ostatni wystąpił Psapp, który tworzą Carim Clasmann i Galia Durant. Na scenie duet ten przemienia się w kilkuosobową orkiestrę. Zespól ten oprócz tradycyjnych instrumentów i samplera, korzysta też z mniej konwencjonalnych źródeł dźwięku - zabawek i instrumentów dziecięcych. Na opisanie tej twórczości uknuto nawet termin "toytronica". Ich muzyka to połączenie niezależnego popu, elementów bossanovy i elektroniki. Od dawna wiadomo, że występy Psapp obfitują w liczne niespodzianki, np. muzycy rzucają w publiczność własnoręcznie zrobionymi maskotkami kotów i wczoraj też na samym początku występu jedna z takich maskotek pofrunęła ze sceny. Być moze potem poleciało ich więcej, ale tego nie wiem bo po kilku utworach poszłam sobie chcąc zachować nie zakłócone wrażenia z występu zespołu, na który przyszłam.
THE MARS VOLTA, Led Zeppelin, King Crimson, The Doors, Kyuss, John Frusciante, At The Drive-In, Archie Bronson Outfit, RHCP, Tool, King`s X, Marillion(Fish_only), Jeff Buckley, Van Morrison, Del Shannon, Bob Dylan, Leonard Cohen, PJ Harvey, Lech Janerka










