Artykuł

Krzysztof Jaryczewski: Na tych samych falach

Data: 1 maja 2012, autor: ROBERT FILIPOWSKI, tagi: jaryczewski, jary
Rock This

Był moment, gdy wydawało się, że Krzysztof Jaryczewski już nie zaśpiewa. W czasach występów z Oddziałem Zamkniętym stracił głos, miał także problemy z uzależnieniem. Lata zajęła mu walka, w wyniku której pokonał nałogi, odzyskuje też wokalną formę, co również słychać na ostatnio wydanym albumie Trudno powiedzieć, firmowanym Krzysztof Jaryczewski/Jary Band. O trudnych czasach jednak nie zapomina...

Pajączki Wojtusia

W latach 80. Krzysztof Jaryczewski wraz z Oddziałem Zamkniętym odniósł spektakularny sukces. Lecz po nagraniu dwóch udanych albumów – Oddział Zamknięty i Reda By Night – w 1985 roku jego karierę przerwały choroba strun głosowych i uzależnienie od alkoholu i narkotyków. Dziś ma dwa zespoły – Exces i Jary Band. Dyskografia tego drugiego niedawno powiększyła się o płytę Trudno powiedzieć. To, jak sądzę, album, który powinien zainteresować wszystkich ceniących „Jarego” z czasów Oddziału.

Jaryczewski cieszy się z płyty, która jest dla niego... No właśnie, czym? Trudno powiedzieć – żartuje. Nowy album jest pewnego rodzaju próbą podsumowania mojej dotychczasowej muzycznej działalności. Większość utworów jest premierowych, ale na płycie jest również jeden Oddziałowy kawałek, jeden z początku lat 90., jeden sprzed dwunastu lat. W warstwie tekstowej jest to też pewien rodzaj podsumowania.

To może po kolei. Materiał nagrywany w studiach Izabelin, Sonus i Vega, a także w domowym studiu Krzysztofa powstawał przez kilka lat. To głównie rockowe, gitarowe kawałki, przytłaczającą większość śpiewa Jary (wyjątek to zaśpiewany przez gitarzystę Marka Tymkoffa utwór Kasyno boogie), co jest przeciwieństwem sytuacji z albumu Vinyl z 2004 roku, gdzie do udziału w nagraniach mój rozmówca zaprosił wielu wokalistów, reprezentujących różne gatunki muzyczne, nawet hip hop. Ta płyta brzmi, jak brzmi Jary Band – wyjaśnia. W przypadku „Vinylu” było zupełnie inaczej. Wtedy pierwotnie mnie miało wcale nie być na płycie, po prostu chciałem dać swoje kompozycje zaproszonym gościom. Nie udało się jednak dojść do porozumienia z wytwórnią w tej kwestii… Na „Vinyl” zaprosiłem ludzi, których cenię, których szanuję i lubię nie tylko muzycznie, ale też prywatnie. A „Trudno powiedzieć” to po prostu Jary Band, choć jest też dwójka gości, ludzi ważnych na różnych etapach mojego życia.

Tymi gośćmi są Urszula i gitarzysta, współzałożyciel i od lat jedyny szef Oddziału Zamkniętego – Wojciech Łuczaj Pogorzelski. Urszula zaśpiewała z Jaryczewskim w utworze Jesteś tu – ta dwójka nie po raz pierwszy współpracuje ze sobą. Kolegujemy się od paru lat, nasze dzieci też się kumplują – wyjaśnia Krzysztof. Znamy się od lat 80., ale wtedy to były sporadyczne kontakty. Gdy nagrywała płytę, zaproponowała, bym napisał dla niej tekst (chodzi o utwór Zostawiaj mi z płyty Dziś już wiem – przyp. rf). A gdy ta moja płyta była już właściwie ukończona, zaproponowałem jej, żeby zaśpiewała w jednym z numerów. Dopisałem specjalnie na tę okazję piosenkę „Jesteś tu”. Nagraliśmy ją w jej studiu. Uważam, że wyszła nam super, a programował, ogarniał całość i nagrał solo na gitarze Maciek Gładysz.

Zainteresowanie wzbudza muzyczne spotkanie z Wojciechem Pogorzelskim, tym bardziej, że wykonany wspólnie utwór Dziewczę należy do najostrzejszych na płycie. Cały czas jesteśmy kumplami, traktuję go jak brata, cenię go za jego styl gry na gitarze, bo jest niepowtarzalny, słynne „pajączki Wojtusia”... – tłumaczy Jaryczewski. Na razie nie widzę szans na stałą współpracę, bo parę podstawowych spraw nie jest rozwiązanych, ale nie zmienia to naszych koleżeńskich relacji. Może w przyszłości zrobimy coś więcej. Jest apetyt, a przede wszystkim jest między nami energia i chemia, na scenie i w studiu. Wszystko działa jak kiedyś.

za wszelką cenę

Krzysztof Jaryczewski wyszedł z nałogów 12 lat temu. Okres tych zmagań, który zabrał mu wiele lat życia, wciąż pobrzmiewa w jego twórczości i w jego codziennej działalności. Znajduje także swoje odzwierciedlenie na albumie Trudno powiedzieć w utworze Zerostan, skomponowanym na szpitalnym łóżku. Powstał on na moim ostatnim detoksie, dwanaście lat temu. Ma symboliczny wymiar, bo od tamtej pory jestem czysty od chemii. Ten utwór musiał się tu znaleźć za wszelką cenę. Gdy go tworzyłem, byłem w fatalnym stanie psychicznym i fizycznym. Leżałem na obserwacji psychiatrycznej po odtruciu w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w szpitalu na ulicy Sobieskiego w Warszawie. Moja ówczesna żona postanowiła, że przyniesie mi gitarę, a personel się na to zgodził. Tekst utworu powstał troszeczkę później, ale muzyka właśnie wtedy. O tamtym okresie opowiada także utwór Czarna droga, ze słowami: Jeszcze wczoraj było dość, wóda, dziwki, wciągnąć coś. To „wczoraj” ma dla Krzysztofa znaczenie symboliczne: Mam nieraz wrażenie, że piekło uzależnienia to był tylko koszmarny sen. Stąd to „wczoraj”, ale też dlatego, że mam nadzieję, że jest to już za mną.

O imprezowych latach wokalista jednak nie zapomina, czego dowodem jest umieszczenie nowej wersji piosenki Jestem zły z debiutanckiej płyty Oddziału Zamkniętego. Ten utwór spina całą historię – wyjaśnia Krzysztof. Powstał w 1979 roku, gdy byłem w szpitalu na obserwacji, bo broniłem się przed wojskiem. Mieliśmy próbę z raczkującym Oddziałem w sali terapeutycznej, przeznaczonej na muzykoterapię. Pozwolono nam zrobić cichą, akustyczną próbę. Powstało tam parę rzeczy, między innymi „Jestem zły”. To dość charakterystyczny utwór i opisuje moje życie z tego czasu.

Życie, które zaprowadziło go na krawędź...

mur zakłamania

Zgubną przygodę z alkoholem Krzysztof zaczął wcześnie: Zawsze miałem tendencje do upijania się, często przesadzałem. Nieraz żartobliwie mówię, że stałem się alkoholikiem w momencie, w którym wypiłem pierwsze wino w wieku 14 lat, coś w tym jest. Wtedy wydawało mi się, że znalazłem lekarstwo na wszystkie moje problemy, począwszy od nieśmiałości, zwłaszcza w relacjach z dziewczynami, i na czarnowidztwo. Nagle ten świat wydał mi się przyjazny, kolorowy, fajny. Pstryk i działa.

Rodzina nie reagowała? Krzysztof ma dwóch, dużo starszych braci, ale... Oni byli bardziej zajęci sobą. Chociaż, jak już grałem, Andrzej powiedział mi: „Uważaj Krzysiek, bo kiedyś nie będziesz w stanie wyjść trzeźwy na scenę”. I to się sprawdziło. W czasach Oddziału zdarzało mi się wychodzić trzeźwo na scenę, ale tylko na początku. Potem bez browca, bez tabletki, bez paru dymków raczej to było niemożliwe.

Nawet utrata głosu i odejście z Oddziału nie skłoniły Krzysztofa do podjęcia walki z nałogami. Miałem przebłyski świadomości, około 1990 roku – przyznaje. Ale cała sprawa polega na tym, że uzależniona osoba nie widzi często samego problemu, zrzucając go na okoliczności zewnętrzne. Potrzebny jest bodziec, który rozbiłby mur zakłamania, to błędne koło. Ja w pewnym momencie nie miałem już innego wyjścia, stanąłem przed podstawowym wyborem: życie albo śmierć. Wiedziałem, że jeśli nie spróbuję zwrócić się o pomoc do mądrzejszych ludzi i nie pójdę na terapię, to pół roku, góra rok i trafię do piachu. Miałem tego pewność – nie wiem, skąd się wzięła, ale wiedziałem, że tak będzie. Spróbowałem więc i gdy zobaczyłem, że są szanse, to zapoczątkował się cały proces, wymagający wiele pracy. Trzeba zmienić sposób patrzenia na pewne rzeczy, sposób myślenia. Często zaciskałem pięści ze złości i z rozpaczy, ale trzeba było przejść przez te etapy, by móc się rozwijać i żyć.

przełamać lody

To było już w 1999 roku. Od tamtej pory Jaryczewski oprócz działalności artystycznej prowadzi także spotkania z młodzieżą na temat uzależnień. To są spotkania raczej profilaktyczne, bo nie jestem specjalistą – tłumaczy. Nie mam ani umiejętności, ani uprawnień, ani ochoty, żeby leczyć ludzi. Natomiast dzięki swojemu doświadczeniu w tym temacie mogę młodych ludzi jakoś przestrzec i pokazać im, że to nie jest bułka z masłem. Nie mówię, że mają nie pić, nie brać, bo to nie moja sprawa. Zostawiam ich z pytaniem, na ile kochają siebie, na ile są dla siebie ważni, na ile siebie szanują. Nie podnoszę nigdy głosu, nie używam metod typowo nauczycielskich, nauczycielki nieraz są w szoku, że mówię spokojnie, a oni słuchają. Oprócz mówienia też trochę gram i muzyka pomaga przełamać lody. Im brakuje takich rozmów o życiu – rodzice zabiegani, w szkole słupki, kto ma im powiedzieć o tych rzeczach?

Czy tego typu spotkań brakowało mu, gdy sam miał 14 lat? Myślę, że gdyby ktoś wówczas mi powiedział prostym, otwartym tekstem na czym to polega i jakie mogą być konsekwencje picia... Jak miałem naście lat, miałem wrażenie, że traktują mnie jak półgłówka, mówią do mnie hasłowo, używając frazesów. Często ci ludzie, którzy mówili o tych rzeczach, byli niewiele starsi ode mnie, bez doświadczenia życiowego. Nie spotkałem autorytetu, który mógłby mi powiedzieć coś mądrego na ten temat. Nie wiem, jak by to się potoczyło, ale na pewno miałbym większe szanse, by uniknąć pewnych rzeczy, które były dla mnie przykre, bolesne, wręcz tragiczne.

do korzeni

Gdy w 2009 roku ukazała się płyta Jaryczewskiego Ex, już zaśpiewana przez niego i nagrana z grupą Exces, w wywiadzie dla „Teraz Rocka” wokalista tłumaczył, że mogąca zaskakiwać słuchaczy, głównie bluesrockowa zawartość albumu, nie powinna być aż taką niespodzianką. Stwierdził: Taką muzykę chciałem grać od początku… A co dziś sądzi o tej płycie? Myślę, że „Ex” ma swój klimat, ale jak zwykle, parę rzeczy jeszcze bym poprawił. Nagraliśmy ją u mnie w studiu... Tam nie zagrał Pogorzelski, ale był obecny duchem, bo jest też tam „Ten wasz świat” w klimacie shuffle. Tę płytę chciałem nagrać w trio i to też słychać. Klasyczny zestaw bluesrockowy. Jak najmniej nakładek gitarowych, by brzmiało tak,  jak gramy na koncertach. To osiągnąłem, chyba. No i jeszcze fakt, że tam nie było innego gitarzysty oprócz mnie. Mówiłem, że to mój powrót do korzeni muzycznych, ale również osobistych. Na początku w Oddziale i wcześniej grałem przecież na gitarze, a śpiewanie? Zacząłem śpiewać, bo nie było wokalisty, szukaliśmy, ale bezskutecznie, i jak spróbowałem śpiewać, to Jarek Szlagowski z Pogorzałką stwierdzili, że nie jest źle... I tak zostało. Ja miałem zawsze raczej krytyczne nastawienie do mojego śpiewania i gdy w jakimś rankingu zobaczyłem, że jako wokalista jestem na pierwszym miejscu, to myślałem, że jakieś jaja ktoś sobie robi ze mnie. Z gitarą rozstałem się na długie lata, bo nie mogłem z nią biegać po scenie i wdrapywać się na paczki (nie było wtedy u nas systemów bezprzewodowych), a potem była czarna dziura – uzależnienia. I dopiero od mniej więcej 10 lat wziąłem się znowu solidnie za instrument…

intensywniej niż zwykle

Na Trudno powiedzieć w premierowych piosenkach Jary chętnie powraca do klimatu płyt, które nagrał z Oddziałem Zamkniętym, czego najlepszymi przykładami są utwory Sam i Kochaj – chwytliwe, prawdziwie rockowe, wpadają w ucho tak jak przeboje Oddziału sprzed blisko 30 lat. Świetnie zabrzmiały.

Dla mnie to niezła muzycznie, brzmiąca trochę wintydżowo płyta. Ważna, również z tego powodu, że została nagrana w Izabelinie przez Andrzeja Puczyńskiego z którym znam się od… ho, ho, albo jeszcze dawniej. Z czasów sprzed Oddziału. Był wtedy szefem i gitarzystą znakomitego zespołu Exodus grającego taki rock progresywny. Mieliśmy próby w tym samym klubie, w Remoncie. Nagrywanie nowej płyty zbiegło się również ze sporymi zmianami w moim życiu osobistym – rozstanie z kobietą po latach i nowa miłość – stąd może intensywniej niż zwykle przeżywałem ten materiał. Taki prezent na pięćdziesiątkę... Od Akaszy, Prany, Boga, kosmosu –  jak kto woli!

W tekstach nigdy nie siliłem się na oryginalność, czy też jakiś wyszukany, wykombinowany styl literacki – dodaje jeszcze, gdy kontynuujemy rozmowę o nowym albumie. To był i jest mój sposób myślenia i czucia w takiej skondensowanej formie. Tak jest i na tej płycie. W realu jestem raczej małomówny, za to w duszy nieraz trajkoczę jak stara baba… Więc staram się to jakoś uporządkować, zebrać w całość i przekazać, o co mi chodzi… Przekazać sobie też. Taki manewr terapeutyczny. Z płyty szczególnie bliskie mi są „Zerostan” i „Nie do wiary”. O pierwszym utworze już wspominałem. Wymyśliłem ten termin „zerostan”, bo jest trafny ( jest też książka o mnie pod tym tytułem autorstwa Haliny Zarzeckiej i w niej – można rzec – znalazło się  rozwinięcie tematu). A  drugi tekst  powstał w samolocie, kiedy leciałem do Vancouver, a więc ładnych parę godzin byłem w powietrzu... Mam dwoje dzieci, które nie widziały mnie w „orbitalnym stanie” , mam drugie, nowe życie, mam gitary w luku bagażowym, mam cały świat, a reszta? Jeszcze zobaczyłem w dole Grenlandię… I to wszystko wbiło mnie w fotel. Jak nie napisać o tym piosenki?

szukam

Jaryczewski najwyraźniej coraz bardziej powraca do formy, także jeśli chodzi o głos, co słychać też na najnowszym albumie. Jest jeszcze szansa coś zrobić operacyjnie, ale przede wszystkim jest to kwestia ćwiczeń – wyjaśnia. A że ja za ćwiczeniami nie przepadam, to bywa raz lepiej, raz gorzej… Nigdy nie będę śpiewał tak jak kiedyś, bo też z wiekiem zmienia się barwa, siła i skala głosu, natomiast dla mnie ważne jest to, że mogę się w ogóle wyrazić. Jednak szukam też wokalisty, bo chętnie dałbym pole do popisu młodemu człowiekowi. Zrobiliśmy casting na Ziemi Lubuskiej, przyjechali ludzie ze Szczecina i z Warszawy. Warsztatowo niektórzy byli fajni, ale nie było między nami odpowiedniej atmosfery. Jeśli znajdzie się fajny człowiek, nie tylko muzycznie, z którym będzie można współpracować i współtworzyć, jeśli będzie czuł podobnie i nadawał ze mną na tych samych falach, jestem otwarty na współpracę.

Tekst ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z maja 2012 (111)

POWIĄZANE ARTYKUŁY

  • Brak powiązanych artykułów
Skomentuj na Facebooku
Dodaj komentarz
Treść komentarza...

Miesięcznik Teraz Rock

 
Rockshop Teraz Rock