terazrock.pl
 
TAGI: iron maiden

The Final Frontier

Podobnie jak jej poprzedniczka, "The Final Frontier" to równa płyta Iron Maiden, bez wzlotów i upadków, chociaż tutaj średnia jest nieco niższa niż na "A Matter of Life and Death".

Wykonawca: Iron Maiden


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 13 sierpnia 2010
Produkcja: Kevin Shirley & Steve Harris
Wydawca: EMI
Style: Heavy Metal
Nasza ocena
Ocena społeczności 9.0
Oceniono na "10": 22 razy
Oceń -

Recenzja Iron Maiden - The Final Frontier

Autor: Michał Kirmuć

Wprawdzie cztery lata oczekiwania na nowy album to dość długo, jednak muzycy Iron Maiden nie pozwalali w tym czasie o sobie zapomnieć. Dzięki trasie Somewhere Back In Time World Tour przywołali magię swoich dawnych koncertów (co udokumentowały film i album Flight 666). Wyglądało na to, że zespół staje się coraz bardziej sentymentalny, bo jako miejsce pracy nad nowym albumem wybrał studio Compass Point na Bahamach. To samo, w którym nagrał legendarne już dziś płyty Piece Of MindPowerslave Somewhere In Time. I co z tego wyszło?

Muszę przyznać, że przez pierwsze kilka minut obcowania z nową muzyką Iron Maiden miałem co najmniej niewyraźną minę. Rozbudowany, dwuczęściowy Satellite 15... The Final Frontier nie ma za wiele punktów stycznych z dotychczasowym dorobkiem Anglików. Mroczny wstęp, trochę monotonna figura rytmiczna perkusji. Gdyby nie głos Bruce’a Dickinsona, który notabene pojawia się po dość długiej introdukcji, trudno byłoby rozpoznać w tym ekipę Steve’a Harrisa. Utwór w połowie zmienia się drastycznie, pojawia się bardziej riffowe granie. Ale też w bardziej hardrockowym stylu lat 70. niż w duchu heavymetalowych lat 80. Ktoś mógłby powiedzieć, że już na A Matter Of Life And Death próbowali odejść od własnego stylu. To prawda, ale w porównaniu z tym, co pojawiło się na The Final Frontier, to była tylko nieśmiała próba. Wybrany do promocji albumu El Dorado, choć zawiera już motoryczną partię basu Harrisa, też nie przypomina dawnych przebojów. Riff znowu przenosi Maiden w lata 70. Nieco bardziej maidenowy jest Mother Of Mercy. Zaczyna się spokojnie, pojawiają się czyste, nieprzesterowane akordy gitar... Ten numer mógłby znaleźć się na Fear Of The Dark. A tak swoją drogą, gdyby nie eksperymenty brzmieniowe na Fear Of The Dark (mam tu przede wszystkim na myśli Wasting Love i użyte w nim gitary akustyczne), nie mógłby powstać taki utwór jak Coming Home. Tak na marginesie – ta ballada o mocniejszym i bardziej melodyjnym refrenie chyba lepiej sprawdziłaby się w roli singla niż El Dorado.

Oczywiście Iron Maiden nie odcina się zupełnie od tego, co było. Sympatycy bardziej typowych dla nich dźwięków muszą się jednak uzbroić w cierpliwość. Te pojawiają się dopiero w drugiej części The Final Frontier. I muszę powiedzieć, że gdy po raz pierwszy dotarłem do The Alchemist, przyszła mi do głowy myśl: Nareszcie! Typowa maidenowa galopada, z charakterystyczną grą Nicko McBraina i jego typowymi przejściami oraz melodyjny temat gitarowy i równie nieodłączne wymiany solówek. W tym utworze jest wszystko, czego po tym zespole się po prostu oczekuje. W swojskich klimatach zostają zresztą już do końca płyty. Jak w Isle Of Avalon, gdzie Maideni przypominają o swoich skłonnościach do epickiego rozmachu. Zresztą The Final Frontier obfituje w takie dłuższe, bardziej rozbudowane formalnie utwory. Jednym z nich jest, będący zresztą jednym z najlepszych momentów płyty, Starblind. Spokojny wstęp z klawiszowym podkładem w tle sprawia wrażenie, jakby na chwilę powracał klimat z czasów Seventh Son Of A Seventh Son. Słuchając go ma się odczucie, jakby wszystko już gdzieś było. Jednak w tym przypadku przemawia to na korzyść kompozycji (w której pojawia się jedna z bardziej udanych gitarowych solówek na płycie). Podobne odczucia towarzyszą przesłuchaniu The Talisman, rozpoczynającego się od dość przewrotnego, akustycznego wstępu, mającego coś z klimatu muzyki dawnej czy folku. Kiedy jednak następuje drastyczna zmiana nastroju, a Dickinson wchodzi na swoje „górki” i dochodzi mocne riffowe maidenowe granie, słucha się tego jak jakiegoś dobrze znanego numeru z przeszłości. Niby również typowy jest The Man Who Would Be King z delikatnym tematem z klawiszami w tle, pojawiającym się w roli klamry, jednak instrumentalna wstawka w środku, o dość specyficznie bujająco-funkowym rytmie, przypomina że muzycy jednak nie chcą tylko odcinać kuponów i powielać schematów.

Jedenastominutowy finał płyty, When The Wild Wind Blows, zapowiadany był jako kolejne epickie dzieło Harrisa, na miarę Rime Of The Ancient Mariner czy Sign Of The Cross. I choć na pewno jest to wyjątkowy utwór, nie zaryzykowałbym postawienia go obok tamtych dzieł. Dlaczego? Owszem, ma w sobie rozmach, jest w nim coś niesamowitego. Gdy zaczyna się od szumu wiatru, gdy pojawia się delikatny temat gitary i basu we wstępie. Jednak gdy dołącza Dickinson, wyśpiewywana przez niego melodia wydaje się zbyt... pogodna, wesoła. Wprawdzie w pewnym momencie znika, a gdy utwór przybiera na mocy, pojawia się coś z klimatu Sign Of The Cross, to jednak owa beztroska melodia powraca w finale. I choć utwór kończy niepokojący szum wiatru, to jednak ta naiwna melodia trochę wbrew woli kołacze się w głowie. No, ale może się czepiam.

Zaskoczyła mnie ta płyta. Będzie mi trzeba trochę czasu, by się z nią oswoić. Zwłaszcza z jej pierwszą połową, która wydaje się otwierać nowy rozdział w twórczości Iron Maiden. Zapuścili się tam w zupełnie nowe rejony. Dobrze jednak, że nie zapominają przy tym o dźwiękach, za które ich przed laty pokochaliśmy. [rok 2010]

Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group