terazrock.pl

Houses of the Holy

"Houses of the Holy" to piąty już album Led Zeppelin i kolejny, który odniósł ogromny marketingowy sukces wielokrotnie pokrywając się platyną.

Wykonawca: Led Zeppelin


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 28 marca 1973
Produkcja: Jimmy Page
Wydawca: Atlantic
Style: Hard Rock, Heavy Metal
Nasza ocena
Ocena społeczności 8.0
Oceniono na "10": 5 razy
Oceń -

Recenzja Led Zeppelin - Houses of the Holy

Autor: Paweł Brzykcy

Muzycy Led Zeppelin stworzyli cztery genialne albumy, a przy piątym... postanowili wyluzować. Nagrywaliśmy to, co każdemu z nas przyszło do głowy – przyznał Jimmy Page. Rozstrzał stylistyczny materiału, będącego kolejnym potwierdzeniem wiodącej roli spółki autorskiej Page-Plant, jest bardzo duży – można mieć wrażenie, że Zeppelin po swojemu przetwarza modne w chwili wydania płyty muzyczne style, raz po raz puszczając do słuchacza oko...

The Song Remains The Same zaczyna się typowo. Gitarowe nakładki Page’a, połamany rytm, szybkie hardrockowanie. Ale zaraz potem następuje zaskakujące zwolnienie. I głos Roberta Planta jest dziwnie skrzekliwy, jakby pozbawiony dawnej mocy. Całość wydaje się trochę zbyt zagoniona, zbyt chaotyczna. Po chwili już słuchamy długiego, bardzo delikatnego i melancholijnego numeru The Rain Song. Oczywiście Zeppelini już od Babe I’m Gonna Leave You z pierwszej płyty czarowali delikatnymi dźwiękami, ale w nieco inny sposób. Tu momentami robi się sielsko-anielsko, zresztą zgodnie z miłosnym tekstem... Niemniej jednak The Rain Song to jeden z najlepszych, w przekonujący sposób rozwijających się utworów z Houses Of The Holy. W Over The Hills And Far Away (z optymistycznymi wersami: Many dreams come true/ And some have silver linings) intrygują charakterystyczne dla zespołu już wcześniej dynamiczno-aranżacyjne kontrasty. Delikatny wstęp, ze spokojnym śpiewem i „przyczajonym” akompaniamentem Page’a na gitarze akustycznej, a potem nagłe przejście do elektrycznego, bombardującego riffowania. Na koniec znów wyciszenie: koda zagrana przez Jonesa na klawesynie.

Wspomniana zabawa zaczyna się wraz z The Crunge. To pastisz soulu spod znaku Jamesa Browna, z typowym dla tego stylu zakręconym rytmem. Odjechana jest zwłaszcza końcówka, zwieńczona rzuconym przez zaciśnięte zęby zdaniem Where’s that confounded bridge? Dowcipny charakter D’yer Mak’er, w którym Zeppelini po swojemu grają reggae, podkreśla już tytuł nawiązujący do Jamajki, a zarazem do znanego (niestety, nieprzetłumaczalnego na polski) angielskiego dowcipu. Mnie jednak nie jest przy tym kawałku do śmiechu, bo dobre reggae powinna cechować swoboda, lekkość. A tutaj mamy i toporną – w połowie wyśpiewaną, w połowie wyjęczaną – partię wokalną, i niesamowicie ciężki rytm podawany przez Bonhama. Wolę Dancing Days: pogodna, chwytliwa piosenka. The Ocean jest numerem opartym na bardzo wyrazistym riffie i w typowym dla grupy metrum 4/4. Tytułowy ocean to po prostu publiczność, jaką widział Plant stojąc na scenie; jest też dedykacja wokalisty dla własnej córki, a pogodny nastrój potęguje „beztroska” końcówka i... parlando na samym początku, w którym Bonham komunikuje, że zespół już trzykrotnie podchodził do nagrania tego numeru, ale czwarta próba będzie udana.

Najmocniejszym punktem albumu jest wspomniany już utwór No Quarter. Zespół nawiązał tu do rocka progresywnego: dominują klawisze Jonesa, pojawiające się jakby z zaświatów... Oniryczny nastrój utrzymuje się tylko przez chwilę, bo niebawem wchodzą bębny (partia perkusji jest tu zresztą intrygująco poprzerywana) i posępna gitara. Solówkę Page’a, w której słychać echo jazz rocka, poprzedza krótkie solo Jonesa. Tekst – już ewidentnie złowieszczy – został dobrze odzwierciedlony na filmie The Song Remains The Same, gdzie pojawiała się grupa zamaskowanych jeźdźców. Close the doors, put out the light/ You know they won’t be home tonight – zaczyna Plant, a potem jest jeszcze mocniej: Walking side by side with death/ The devil mocks their every step/ The snow drives back the foot that’s slow/ The dogs of doom are howling more. Ostatnie słowa podkreśla efekt przypominający odrealnione wycie psów. Brrrrr...

Niestety, na Houses Of The Holy zabrakło konsekwencji, jeśli chodzi o produkcję. Panowie byli pieczołowici w No Quarter (nieźle też kombinowali: Bonham bębnił do spowolnionych ścieżek gitar i klawiszy), ale też są wpadki, z których najbardziej niechlubne następują w The Ocean. Znów skrzypi pedał od bębna basowego (nie tak wyraźnie, jak w Since I’ve Been Loving You, ale jednak), a pod koniec drugiej minuty słychać... dzwoniący w studiu telefon. Trudno mi uwierzyć, że to kolejne żarty Zeppelinów. [2009]

Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group