terazrock.pl
 
TAGI: the beatles

Abbey Road

Jedenasty studyjny album "Abbey Road" przez wielu traktowany jest jako ostatni w studyjnym dorobku The Beatles. Pewne jest jednak to, że jest to kolejne kultowe wydawnictwo.

Wykonawca: The Beatles


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 26 września 1969
Produkcja: George Martin
Wydawca: Apple
Style: Rock
Nasza ocena
Ocena społeczności 8.9
Oceniono na "10": 37 razy
Oceń -

Recenzja The Beatles - Abbey Road

Autor: Bartek Koziczyński

W tym miejscu kończy się skala. Przydałoby się gwiazdek sześć. Biorąc pod uwagę cudzysłów, w jaki wzięty był Sgt. Pepper’s i rozstrzelony charakter Białego albumuAbbey Road to absolutnie najlepsza płyta Beatlesów. Być może arcydzieło numer jeden w historii rocka. The Beatles po raz ostatni zebrali się w komplecie (materiał Let It Be powstał wcześniej) i pokazali za co naprawdę ich cenimy. Za bezgranicznie piękne piosenki.

Widać to tym bardziej, że dostajemy je bez dopalaczy. Nie ma tu przesadnej ilości wymyślnych produkcyjnych sztuczek. Nie ma dzikich poszukiwań stylistycznych. Liczą się melodie. Kompozycje, pełne zaskakującej – zważywszy na schyłkowy etap kariery – świeżości i energii. Zacznijmy od tego, że znormalniał nawet największy kombinator, Harrison. Zamiast błądzić po Indiach, przedstawił cudo pod tytułem Something. Prostą, acz kunsztowną balladę – orkiestrowo podbarwioną przez Martina, choć najważniejszy jest w niej bas (w ogóle płyta basem stoi) i solowe partie gitary wstawiające solówko-motywy. Równie atrakcyjnie wypada druga kompozycja gitarzysty, Here Comes The Sun. Też podbarwiona orkiestrowo, tyle że z szybszym tempem i półakustyczną aranżacją. Ale, ale... Pewnie poczuł się także Ringo Starr, przygotowując Octopus’s Garden – pyszną, trochę submarinową (jest nawet podwodne bulgotanie), beztrosko przebojową piosenkę.

Skoro ci dwaj poradzili sobie tak dobrze, to trudno znaleźć przymiotniki dla roboty Lennona i McCartneya. Ten pierwszy odpowiada przede wszystkim za dwa klasyczne czady. Otwierający album Come Together z wokalnym „szurnięciem” na początku (podobno to wyciszone shoot me), ciężkim refrenem i psychodeliczną solówką... Oraz I Want You (She’s So Heavy) ze znakomitym riffem na otwarcie, balladowym środkiem i repryzą owego riffu majestatycznie kończącą tych siedem minut. McCartney znów uderzył z flanki wodewilowo-musicalowej, z jeszcze większą lekkością niż zwykle. Zabawny Maxwell’s Silver Hammer (śmieje się nawet w trakcie śpiewania pan wokalista) to coś, co po prostu narzuca się do nucenia. Genialnym pomysłem było podłożenie pod refren odgłosów metalicznych uderzeń, a świeżo zakupiony przez Harrisona klawisz Mooga wprowadza niesłyszany wcześniej u Beatlesów klimat. Ballady z lat 50. posłużyły Paulowi z kolei za inspirację Oh! Darling. Przebił oczywiście pierwowzory, w dodatku zaśpiewał to z niebywałą ekspresją.

Na drugiej stronie winylu najważniejsze zaczyna się od trzeciej pozycji. Piosenka You Never Give Me Your Money otwiera „medley” czy też suitę, a przy tym sama jest wieloczęściowa, złożona z kilku odmiennych (dorzucało się trzech kompozytorów) części. W Sun King słychać psychodeliczne harmonie wokalne i przestrzenną gitarę (Albatros się kłania) – pseudohiszpańskie słowa nadają temu leniwy klimat wakacji. Dalej mamy kilka miniaturek, nieco słabszych, z których najważniejsza jest Golden Slumber – preludium wprowadzające Carry That Weight. Bardzo ważną kompozycję. Pojawia się w niej jeden z tych wielkich beatlesowskich refrenów, w rodzaju All You Need Is Love, ale czuć pewną melancholię, czuć że to finał... Choć prawdziwym finałem jest The End – zaczynający się czadowo i nieco chaotycznie, a kończący w klimacie lirycznym. Doklejone po tym wszystkim dziwne, gwałtownie urwane 20 sekund Her Majesty tylko podkreśla pustkę, jaka następuje, gdy skończymy słuchanie. Beatlesi nie dali nam nic więcej. [2009]

Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group