terazrock.pl

Is This the Life We Really Want?

Piąte solowe wydawnictwo Rogera Watersa. Na płytę "Is This the Life We Really Want?" fani twórczości byłego muzyka Pink Floyd musieli czekać od 1992 roku.

Wykonawca: Roger Waters


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 2 czerwca 2017
Produkcja: Nigel Godrich
Wydawca: Columbia
Style: Rock Progresywny
Nasza ocena
Ocena społeczności 8.1
Oceniono na "10": 3 razy
Oceń -

Recenzja Roger Waters - Is This the Life We Really Want?

Autor: Michał Kirmuć

Pamiętam wieczór, gdy Tomasz Beksiński w radiowej Trójce po raz pierwszy zaprezentował obszerne fragmenty płyty Amused To Death. Choć znałem już twórczość Rogera Watersa, byłem wielkim fanem zwłaszcza tego, co robił w ostatnim okresie współpracy z Pink Floyd, to jednak dopiero wtedy stał się dla mnie artystą numer jeden. Niestety, na kolejną dawkę takich emocji kazał mi i innym fanom czekać ćwierć wieku. Wiem, że po drodze była opera Ça Ira, ale to zupełnie inna, nie do końca satysfakcjonująca sprawa. Albumy koncertowe In The Flesh i The Wall też nie zaspokajały apetytu na nowe dźwięki. Ale w końcu jest nowe, w pełni premierowe jego dzieło. Dzieło trochę zaskakujące.

Jako producenta Waters zatrudnił „szóstego członka Radiohead”, Nigela Godricha, otoczył się też zupełnie nowymi muzykami (na płycie nie ma żadnego instrumentalisty wywodzącego się z The Bleeding Heart Band). Owocem jest jednak najbardziej floydowski album w jego dorobku. Chwilami mamy wręcz wrażenie, jakbyśmy tę muzykę słyszeli przed laty. Już introdukcja, When We Were Young, zaczynająca się od przytłumionego głosu na tle jednostajnego pulsu i tyka­nia zegara, przywodzi na myśl Speak To Me z The Dark Side Of The Moon. Po chwili pojawia się charakterystyczna gitara akustyczna rozpoczynająca utwór Déjà Vu. Ta przepiękna – znana już wcześniej – ballada, wprowadza intymny klimat rodem z The Final Cut. I właśnie w tamtym okresie album osadzony jest brzmieniowo i aranżacyjnie. Pomiędzy Animals a The Final Cut. A podobnych, równie poruszają­cych, fortepianowo-gitarowych momentów jest tu więcej (Broken Bone, The Most Beautiful Girl). Z drugiej strony dostajemy takie utwory, jak promujący całość, dynamiczny Smell The Roses, sprawiający wrażenie połączenia Have A Cigar i Pigs (Three Different Ones), z syntezatorową wstawką jak w Welcome To The Machine. Jeszcze więcej takiego klimatu odnajdziemy w Picture That, który ma też w sobie coś z dynamiki Sheep. Majstersztykiem nawiązań retro jest natomiast Bird In A Gale, gdzie puls syntezatora wprowadza nastrój znany chociażby z Empty Spaces, a trwające w nieskończoność echo odbijające głos Watersa jednoznacznie kojarzy się z czasami Animals i The Wall. W dodatku Godrich ma zupełnie inne podejście do produkcji niż chociażby Patrick Leonard (Amused To Death) czy Ian Ritchie (Radio KAOS), którzy dopieszczali brzmienie w każdym szczególe. Is This The Life We Really Want? brzmi bardziej surowo, bardziej żywo. Nawet jeśli chodzi o instru­menty smyczkowe. No i te pięknie skwierczące, analogowe dźwięki syntezatorów (stawiam, że to zasługa Rogera Manninga)...

A co jeśli ktoś – jak niżej podpisany – pokochał artystę za to, co robił już po Pink Floyd? Słuchając chociażby pięknie snującego się utworu tytułowego, z niepokoją­cymi zagrywkami instrumentów smyczkowych, na pewno będzie usatysfakcjono­wany. A jeszcze bardziej, kiedy dotrze do finałowego tryptyku Wait For Her/Oceans Apart/Part Of Me Died, będącego właściwie jedną, piękną nastrojową kompozycją, tylko ze względu na tekst podzieloną na trzy części. Cudowny finał albumu na miarę Every Stranger’s Eyes/The Moment Of Clarity.

Teksty? Waters zawsze buntował się, gdy coś złego działo się wokół nas. Gdy jego kraj zaangażował się w bezsensowną wojnę o Falklandy, zamanifestował swoje oburzenia na płycie The Final Cut. Gdy świat zapędził się jego zdaniem za daleko w wyścigu zbrojeń, stworzył Radio KAOS. O wojnie w Zatoce Perskiej czy masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju wypowiedział się na Amused To Death. Gdy Stany Zjednoczone przygotowywały się do reelekcji ogarniętego obsesją wojny z terro­ryzmem George’a W. Busha, opublikował w sieci utwory To Kill The Child i Leaving Beirut. Is This The Life We Really Want? także jest odpowiedzią na wyjątkowo nie­pokojący czas, gdy radykalizują się nastroje, gdy do władzy dochodzą tacy politycy jak Donald Trump i gdy świat nie potrafi sobie poradzić z kryzysem migracyjnym, odwracając się do problemu plecami czy wręcz wywołując agresję wobec tych, którzy pomocy naprawdę potrzebują. Takiego życia pragniemy? Czy naprawdę zobojętnieliśmy na wszystko co złe dookoła nas? A może tylko popadliśmy w stan odrętwienia, oglądając durną reality TV?

Jak widać, płyta podejmuje wątki obecne już na Amused To Death. Choć nie zabrakło na niej też tematyki miłosnej. Ale Waters nie byłby sobą, gdy­by nie naznaczył jej politycznym aspektem. Utwór Wait For Her został za­inspirowany przez wiersz Mahmouda Darwisha, znanego palestyńskiego poety, członka Organizacji Wyzwolenia Palestyny (artysta wielokrotnie deklarował swoją niechęć do działań Izraela i – co go kosztowało falę krytyki – wspierał Palestyńczyków w walce o wolność). Waters śpiewa na płycie o tym, że nie wyciągamy lekcji z historii, dochodząc do konkluzji: Nie możemy cofnąć zegara. Nie możemy cofnąć się w czasie. Ale możemy powiedzieć: „Pieprzcie się, nie słuchamy waszych bzdur i kłamstw”. Sporo w tym jadu i sarkazmu, ale taki już jest ten artysta.

Dosadna i piękna płyta. Może mało odkrywcza, może za bardzo nasiąknięta stylem Pink Floyd, ale w końcu kto inny miałby prawo stworzyć taką muzykę, jeśli nie człowiek, który w okresie najwięk­szych sukcesów artystycznych wspomnianego zespołu był głównym motorem napędowym jego działań i od pewnego momentu niemal wyłącznym twórcą w jego szeregach. 25 lat czekania to dużo. Za dużo. Ale warto było. I nie mogę się już doczekać momentu, gdy podczas europejskiej odsłony trasy Us + Them pojawi się w Polsce, by zagrać nam te utwory na żywo. [rok 2017]

Właśnie do sprzedaży trafił nowy numer naszego miesięcznika. W tym miesiącu sporo przeczytać możecie o takich wykonawcach jak Chris Cornell, Rammstein, Roger Waters, Muniek Staszczyk czy U2.
 
Nowy, lipcowy numer naszego miesięcznika już niedługo pojawi się w kioskach. W tym miesiącu bardzo dużo miejsca poświęciliśmy zmarłemu niedawno Chrisowi Cornellowi. O czym jeszcze piszemy? Sprawdźcie!
 
Nowy, długo oczekiwany album Rogera Watersa, który ukazał się kilkanaście dni temu, w wielu krajach bardzo dobrze się sprzedaje. We Włoszech jednak tej płyty nie uświadczymy na półkach sklepowych. 
 
Komentarze (4)
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
Poziom: 6
Zbyszek62 dodano: 06.06.2017, 18:13 #1
3,5/5
Zakupiłem i wysłuchałem najnowszy album R. Watersa . Deja vu to uczucie które nie opuszczało mnie do końca tej płyty . W sumie całkiem miłe muzyczne deja vu , natomiast część tekstów odrzucam jako trochę zbyt infantylne i nabzdyczone . Waters to Waters , trzeba lubić albo nie sięgać . Mimo wszystko , ciągle lubię .
Pokaż odpowiedzi (2)
sieniawa72 [93.157.***.***] dodano: 07.06.2017, 10:17 #3
rec
Kilkukrotnie przesłuchując płytę i po zapoznaniu się z tekstami, krążek robi dobre wrażenie, a Ci co spodziewali się Amused to Death cz.2 po prostu rozczarują się.
Poziom: 6
4ctmam dodano: 09.06.2017, 15:11 #4
Co z muzyką?
Waters od lat coraz bardziej skupiał się na tekstach, nie spodziewałem się więc niczego wybitnego muzycznie, ale z żalem stwierdzam, że w mojej ocenie jest słabiuteńko.

Z tego materiału wieje nudną i banałem. Zarówno kompozycyjnie, jak i aranżacyjnie ta płyta ma bardzo mało do zaoferowania. Z wyjątkiem, rzecz jasna, licznych i bardzo nachalnych, niemal dosłownych cytatów z dalekiej przeszłości Rogera. Jakby na siłę chciał coś udowodnić. Brakuje dobrych melodii. Nie ma tych pełnych patosu "eksplozji", których tak sporo było na Amused To Death czy Pros & Cons i które nadawały muzyce Watersa rozmachu i charakteru. Mamy za to powielanie schematów i Rogera melorecytującego obszerne teksty. Nawet jeśli robi się ciekawiej harmonicznie - jak w numerze tytułowym - to ta sama struktura akordowa powtarzana przez 6 minut. Nie byłoby źle, gdyby coś działo się w aranżacji i partii wokalnej, ale tu znowu nic. Od początku do końca to samo granie, ten sam mówiony wokal.

Fragmenty instrumentalne wydają się puste. Bardzo przydałyby się partie solowe gitary czy saksofonu. I do tego wszystkiego jeszcze to potwornie skompresowane brzmienie - nie tylko o master chodzi ale też poszczególne instrumenty. Perkusję skompresowano tak bardzo, że brzmi prawie jak automat. To już pewnie sprawka Nigela Godricha.

Moim zdaniem jest to potwornie słaba płyta. Oddani fani i tak padają na kolana ale jestem przekonany, że gdyby ukazało się to pod innym nazwiskiem zachwytów by nie było.
Skład nagrywający płytę
  •  
  •  
    Nigel GodrichGitara, Instrumenty klawiszowe
  •  
    Gus SeyffertBas, Gitara, Instrumenty klawiszowe
  •  
    Jonathan WilsonGitara, Instrumenty klawiszowe
  •  
    Roger Joseph Manning, Jr.Instrumenty klawiszowe
  •  
    Lee PardiniInstrumenty klawiszowe
  •  
    Joey WaronkerPerkusja
  •  
    Jessica WolfeWokal wspierający
  •  
    Holly LaessigWokal
© 2013 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group