terazrock.pl
 
TAGI: the doors

L.A. Woman

"L.A. Woman" to szósty studyjny album The Doors i ostatni z udziałem Jima Morrisona, który niestety zmarł trzy miesiące po publikacji płyty.

Wykonawca: The Doors


INFORMACJE DODATKOWE:
Rodzaj albumu: Studyjny
Data wydania albumu: 19 kwietnia 1971
Produkcja: The Doors, Bruce Botnick
Wydawca: Elektra
Style: Blues Rock
Nasza ocena
Ocena społeczności 8.9
Oceniono na "10": 15 razy
Oceń -

Recenzja The Doors - L.A. Woman

Autor: Krzysztof Celiński

Ostatni studyjny longplay The Doors jest dziełem, które skutecznie powraca do klimatu pierwszych poczynań muzycznych zespołu. Przebojowe Love Her Madly i Riders On The Storm podsumowują to, co było najbardziej urzekające w stylu formacji. Egzystencjalnie znużony głos Morrisona idealnie wtapia się w „przytłumiony” klimat muzyczny tych dwóch kompozycji. W Love Her Madly bluesowe wątki, synkopowana partia gitary, ładna melodia i ciekawa progresja akordowa układają się w bardzo urokliwą całość. Natomiast, rozpoczęty odgłosami burzy, Riders On The Storm jest jakimś oddalającym się i tęsknym wołaniem za miłością i śmiercią, za metafizyką życia. Dochodzą prosty bas, klarowna progresja klawiszy i świetna barwa głosu Morrisona – i otrzymujemy coś w rodzaju „requiem dla artysty”.

Są też na L.A. Woman inne ciekawe momenty, które dowodzą, że The Doors jednak mieli jeszcze wiele do zaproponowania. Pomysłowe, o łudząco podobnym do prawdziwej gitary brzmieniu, wokalne solo Morrisona tworzy zaskakującą codę delikatnie bluesującego Cars Hiss By My Window. Been Down So Long też ma fajny klimat bluesowy, odpowiednią chrypkę wokalną ale... Jim jest tu trochę sztywny rytmicznie. W tytułowym numerze albumu dobrze podkręcony puls dodaje lotności partiom instrumentalnym. Robbie Krieger znowu serwuje solówkę a la Duane Allman. Call and response Morrisona z gitarą i przyspieszenie skutecznie podnoszą temperaturę utworu. Lecz wyraźne, częściej pojawiające się zapożyczenia od Allman Brothers są kolejnym sygnałem, że The Doors do końca nie potrafili wypracować sobie własnej bluesowej sygnatury... Ale też warto zauważyć, że w tym utworze – opowiadającym o „urokach” Los Angeles – miejscami harmonia zatrąca musicalem. L’America rozpoczyna się... a la sabbathowy Iron Man, jednak potem przechodzi w tajemnicze, psychodeliczne motywy organów i regularny riff basu i gitary. Morrison-wokalista na dużym pogłosie rozkręca się pod koniec. Taka maniera brzmi czasami jak sztampa, ale The Lizard King w takich sytuacjach bardzo dobrze i naturalnie szedł za swoim wewnętrznym, emocjonalnym „ja”. Changeling to prosta forma, która właściwie mogłaby być typowym utworem murzyńskiej muzyki z tamtych czasów. Wrażenie czegoś bardziej wyszukanego robi The Wasp (Texas Radio & The Big Beat), gdzie na tle bluesowego riffu Morrison występuje w roli poważnego narratora. Jest jeszcze Hyacinth House – trochę country-rock w brzmieniu i jakby parodia „popularnego stylu” z odniesieniami do muzyki klasycznej. I Crawling King Snake, utwór bluesowego klasyka Johna Lee Hookera, który na początku brzmi „czarno”, lecz gdy dołącza Morrison wszystko nabiera bardziej doorsowskiego charakteru...

A tak podsumowując: zastanawia fakt, że zespół nietuzinkowych muzyków nie potrafił (czy nie chciał ?) tworzyć w stylu, który był najbardziej wyrazisty. Czy te wspaniałe klimaty , które czasami osiągali, były dziełem przypadku? Czy muzycy naprawdę chcieli tworzyć w tak zróżnicowanych konwencjach? To, że Jim Morrison był jedną z najbardziej charakterystycznych postaci ówczesnej sceny rockowej, stawia repertuar The Doors na pewnym piedestale. Szkoda, że muzyki najwyższej próby zostawili tak mało.

Komentarze - bądź pierwszy!
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
© 2013 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group