
Noise Inc./ Pomaton EMI
4
Nowy Sweet Noise - naprawdę nowy, industrialny, skomputeryzowany. I, jak zawsze, z ważnym przesłaniem.
Polski „skurwiel” może brzmieć mocniej niż semantycznie ostrzejszy angielski „motherfucker”. Uszka mi parę razy zwiędły jak pensjonarce, ale zastanawiam się co jest gorsze: miotanie „skurwysynami” i „pierdoleniem”, czy te wszystkie rzeczy, o których Glaca śpiewa? Że wymienię terror, złodziejstwo, korupcję, zniewalanie, kontrolowanie, wyzysk, rasizm... Czy eufemizmy zamiast przekleństw dałyby równie mocny efekt? W książeczce nie ma tekstów - prawdopodobnie Sweet Noise życzy sobie, by jeden z drugim się wysilił i uważniej posłuchał tego co ma do powiedzenia lub zaśpiewania Glaca. I nawet jeżeli nie dowiemy się niczego specjalnie nowego o systemie jako uosobieniu wszelkiego zła, to przynajmniej przypomnimy sobie kilka ważnych prawd. Nie będzie to trudne - Glaca często melodeklamuje, raz cedzi, raz strzela słowa zbliżając się do rapu. Jeżeli nawet nie jest tak, że muzyka została podporządkowana przekazowi, to w każdym razie na pewno go nie mąci.
Sweet Noise okazał się zespołem ideowym nie tylko pod względem tekstów. Muzyka z Czasu ludzi cienia podporządkowana jest spójnej koncepcji. Metalowy hałas, brudny ciężar w industrialnych ramach może mieć swoje źródła w twórczości Ministry, Nine Inch Nails - zresztą nieważne. Czas ludzi cienia brzmi potężnie i wieloplanowo. Z wierzchu królują transowo powtarzane, niezbyt skomplikowane riffy, ale pod nimi na różnych głębokościach znajduje się bardzo wiele innych dźwięków - mnóstwo loopików i sampelków misternie powplatanych w to z pozoru szorstkie, impregnowane płótno. Fakt - bardziej na tej płycie liczy się trans, ciężar, złożoność faktury, rytm... niż melodia. Ale spokojnie - orientalizmy, arabizmy w Jesteś...?, rozdzierające refreny Gdzie jesteś, czy przede wszystkim wokalizy Anny Marii Jopek w Dzisiaj mnie kochasz, jutro nienawidzisz w głowę wejść potrafią. Szybsza, industrialno-metalowa N.U.E.R.H.A., techniawkowy Showshit, wolniejszy, miejscami stonowany, ale ciągle tajemny, prowadzony sabbathowym motywem Ostatni dzień... Nie są to może wielkie kompozycje - chodzi o świetne brzmienie, pieczołowicie przygotowaną industrialną oprawę, klimat, gniew, przekaz... A w ogóle to chodzi o to, żeby więcej tak dobrych i przemyślanych płyt się u nas pojawiało.











