2009/10/01

Alice In Chains
Black Gives Way To Blue
Virgin
4
All Secrets Known; Check My Brain; Last Of My Kind; Your Decision; A Looking In View; When The Sun Rose Again; Acid Bubble; Lessons Learned; Take Her Out; Private Hell; Black Gives Way To Blue Skład: Jerry Cantrell – g, voc; William DuVall – voc, g; Mike Inez – b; Sean Kinney – dr Produkcja: Nick Raskulinecz
Tej płyty nie należy oceniać w kategoriach zwykłej premiery – ona raczej podpada pod kategorię cudu. Zespół, który milczał przez ponad 10 lat, po stracie charyzmatycznego frontmana odrodził się i niepostrzeżenie przygotował nowy album. Oddający hołd zmarłemu koledze, ale nie epigoński. Zakorzeniony w charakterystycznym stylu, ale współczesny, z nowymi elementami... Dobry album. Bardzo.
Wystarczy kilka sekund, by nie mieć wątpliwości, że to Alice In Chains. Nie miałem ich, gdy po raz pierwszy zetknąłem się z wytypowanym na pierwszy ogień epickim kawałkiem A Looking In View. Natychmiastowe skojarzenia przywołuje świetny, „skradający” riff osadzony na mocarnej sekcji. Chwilę później wkracza niepodrabialny dwugłos (wokalna połowa, Jerry Cantrell, wciąż przecież ten sam). Dalej są pojedyncze okrzyki osadzone w głębokim pogłosie (Nick Raskulinecz zadbał, by całość wyprodukować nowocześnie, a zarazem w znajomy sposób), powłóczyście zaśpiewany mostek i zabójczo melodyjny refren. Kwintesencja stylu. Ale, ale... Te powtórzenia fraz w wyższej barwie to raczej Chris Cornell. Bliższy Soundgarden, niż dotychczasowych dokonań jest też np. utwór Last Of My Kind, z motorycznym riffem w refrenie i hardrockowym zaśpiewem. Tak jest – William DuVall nie zamierza być kopią Layne’a Staleya. Cornella też, po prostu jest gdzieś pomiędzy.
Jeśli chodzi o rzeczy mniej alice’owe, to mamy jeszcze tytułową balladę, z fortepianem. A reszta to smakowity przekrój wszystkiego, czego można po zespole oczekiwać. Od utworów przywodzących na myśl czas Dirt, jakpełzający, nisko strojony Acid Bubble czy ozdobiony spiętrzonymi harmoniami wokalnymi i riffem z charakterystyczną sekwencją akordów Private Hell przez prostsze, odciążone Take Her Out, Check My Brain po rzeczy akustyczne, jakie grupa wykonywała pod koniec pierwszego etapu kariery – piękny Your Decision lub When The Sun Rose Again z etnicznym bębenkiem. Wszystko zagrane z ogniem, bez emeryckiego oklapnięcia w stylu nowego Queen. Wszystko wpada w ucho – w bliskich rockowi rozgłośniach kawałki będą murowanymi przebojami.
Gdyby mi ktoś dziesięć lat temu powiedział, że grunge triumfalnie odrodzi się w XXI wieku, popukałbym się w czoło. Ale – zważywszy na ostatnią płytę Pearl Jam – coś dobrego wisi w powietrzu. Nie zdziwię się, jeśli za chwilę zobaczymy reaktywację Soundgarden. A może i Nir... Nie, bez przesady.
BARTEK KOZICZYŃSKI











