Blog użytkownika walaxb01

Paul Butterfield Blues Band – Paul Butterfield Blues Band [1965]

Napisano: 1 marca 2012
Tagi:

Cofamy się o 57 lat do Chicago.

W roku 1956 na uniwersytecie chicagowskim poznali się dwaj miłośnicy bluesa: Paul Butterfield oraz Nick Gravenites. Przez jakiś czas grali w duecie, po czym w 1963 roku Paul Butterfile zdecydował się założyć swój własny zespół. Na pierwotny skład złożyli się czterej muzycy, w tym jedynie Butterfield był biały. Jest to o tyle niezwykłe, że Paul Butterfield Blues Band jest pierwszym obok grupy Franka Zappy zespołem w którym grali zarówno biali jak i czarnoskórzy muzycy. Grupa z czasem ewoluowała powiększając swój skład osobowy tak by w chwili rozwiązania grupy liczyć 7 muzyków.

Pierwszym albumem, który udało się nagrać zespołowi jest „Paul Butterfield Blues Band” wydany w 1965 roku przez wydawnictwo Elektra (to samo które wydawało płyty The Doors). Zagadką jest to dlaczego większość zespołów i wokalistów nazywa swoje pierwsze płyty nazwą grupy lub nazwiskiem wokalisty.

Na płytę składa się 11 utworów. Jest to klasyczny blues z całym dobrodziejstwem tego co ten gatunek muzyki miał w tamtych czasach do zaoferowania. Stało się tak głównie dzięki zaangażowaniu czarnoskórych muzyków (w końcu to oni są ojcami bluesa), oraz dzięki temu, że Paul Butterfield szlifował swój warsztat w klubach nocnych murzyńskich dzielnic Chicago, gdzie żaden biały artysta przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się zapuścić.

Płyta jest przesiąknięta grą na harmonijce („Blues With a Feeling), charakterystycznymi riffami gitarowymi („Shake You Money-Maker”), jak również wplatanymi rytmami rock’n’rolla („I Got My Mojo Working”). Stanowi obowiązkową pozycję dla każdego kto myśląc o bluesie widzi obok spokojnych, melancholijnych utworów również te wypełnione energią i pędzącym tempem.

Foster the People – Torches [2011]

Napisano: 18 lutego 2012

Foster the People – Torches [2011]

 

Kiedy piszę te słowa do końca święta św. Walentego pozostała godzina z kilkoma minutami. Słuchając dzisiaj w radio jednej z sąd ulicznych, ktoś bardzo mądrze powiedział, że kochać należy codziennie a nie tylko z okazji Walentynek – co prawda to prawda. Wracając do św. Walentego to historia zna trzech św. Walentych, z tym że opiekunem zakochanych jest ten pierwszy (czyli najwcześniej żyjący). Przy okazji jest on również patronem ciężko chorych umysłowo – jakaś dziwna analogia?? Tak się pewnie kilku osobom w czasach dawnych poskładało i tak już zostało.

Na samym początku opowieści o „Foster the People” przyznam się, że mam ogromny problem z odróżnieniem piosenek, które są treścią albumu i rozpoznaję je tylko po wyśpiewywanym tekście – natomiast gdyby ktoś puścił sam podkład byłoby kiepsko. Dlaczego tak jest – odpowiem za kilka wersów.

Zespół powstał w 2009 roku w Obama-landzie a dokładnie w mieście aniołów. Młody to zespół, dlatego pewnie na swoim koncie ma aż jedną, niniejszym opisywaną płytę. Grupę tworzy trzech panów z czego jeden nazywa się Foster i już wiadomo skąd nazwa zespołu. Płyta „Torches” narobiła trochę zamieszania. Krytycy muzyczni mając chyba problem z zaszufladkowanie chłopaków upchnęli ich we wszystko co ma na początku indie, czyli: indie rock, indie pop oraz indietronica. Trochę dużo jak na debiutantów.

Płyta i muzyka na niej zawarta jest bardzo „świetlista”, skacząca a nawet świdrująca wiązką pozytywnej energii. Trudno nie podrygiwać lewą bądź prawą nóżką, włączając w to czasami nawet ramiona. Czuć, że włożono w to dzieło mnóstwo serca oraz power bonusów. Niestety jest też pewien mankament – z uwagi na powtarzalność użytych beatów, instrumentów, podobnych sampli, ba nawet podobnej rytmiki w poszczególnych utworach całość staje się mało czytelna, zlewa się w jedną masę. Dlatego trudno jest mi odróżnić (nawet po kilkunastokrotnym przesłuchaniu) poszczególne utwory. Fakt ten tłumaczy również niską popularność 2 oraz trzeciego singla promującego płytę – po prostu nie wnoszą one do tematu nic nowego oraz odkrywczego.

Podsumowując – Foster the People to na pewno zespół, który wniósł nową jakość w muzykę niezależną, album „Torches” jest z pewnością pozycją godną polecenia, chociaż ze względu na jednolitość większości wystarczy pewnie zakup singla, ze świetnym „Pumped up kicks”.