Blog użytkownika PawelS

TSA – Stodoła 2012.02.16

Napisano: 18 lutego 2012
Tagi: chemia, TSA

Wiele razy widziałem TSA na żywo, ale nigdy wcześniej w warszawskiej Stodole. W miniony (tłusty:) czwartek (16.02.2012) nadarzyła się zatem wreszcie okazja żeby posłuchać hardrockowej legendy w sali, gdzie "ten gitarowy huk" :) ma przestrzeń odpowiednią dla jej potężnego brzmienia. Jednak zanim to nastąpiło, jako pierwszy zaprezentował się zaprzyjaźniony z Markiem Piekarczykiem zespół Chemia – grająca również ciężkiego rocka kapela złożona właściwie z samych wirtuozów. W jej skład wchodzą m.in. gitarzysta Zbigniew Krebs i perkusista Adam Kram. Zgodnie z rozpiską, około 21:00 na scenie pojawili się muzycy TSA i zaczęła się podróż w czasie do złotej ery polskiego rocka, czyli do lat 80-tych: Wysokie sfery, Wielka fiesta, Zwierzenia kontestatora, Chodzą ludzie... Zespół był jak zawsze w znakomitej formie. Stefan Machel z wirtuozerią i luzem a Andrzej Nowak z pasją i uczuciem grali solówki (każdy w swoich kompozycjach), sekcja rytmiczna Janusz Niekrasz i Marek Kapłon pracowała tradycyjnie jak dobrze naoliwiona maszyna a Marek Piekarczyk niezmiennie imponuje formą głosową i charyzmą. Po pierwszej dawce wspomnień grupa zagrała Proceder, tytułowy utwór (dla mnie najlepszy) ze swej ciągle ostatniej płyty, wydanej w 2004 roku. Później chwila zadumy przy jednym ze stałych fragmentów koncertowej gry TSA, czyli 51, z dedykacją dla najważniejszych ludzi, których straciliśmy z naszego życia. Potem jeszcze kilka minut spokojniejszego tempa przy To nie takie proste, a następnie znów powrót do lat 80-tych: Biała śmierć, Wyprzedaż, Bez podtekstów... Później jeszcze kilka piosenek z Procederu, na szczęście wplecionych między stare hity, bo takie numery jak Matnia trochę jednak męczą brakiem wyraźnej melodii i komunikatywnego tekstu. Wyjątkowo przejmująco zabrzmiał za to Pierwszy karabin w kontekście historii mężczyzny znalezionego ostatnio w Tatrach. Choć Marek Piekarczyk pewnie jej nie słyszał, gdyż - jak stwierdził – nie ogląda żadnych dzienników ani nocników. :) Potem były Tratwa, Wpadka i Mass media a po nich punkt kulminacyjny wieczoru, czyli fantastyczne wykonanie Alien, z tradycyjnym podziękowaniem fanom za wsparcie i za obecność na koncertach. Frotnman grupy nawiązał również do faktu niewydania przez TSA nowej płyty od prawie 8 lat, odgryzając się trochę krytykom tego stanu rzeczy, ale bez przywoływania żadnych przekonujących argumentów. Myślę jednak, że zespołowi przydałoby się odświeżenie repertuaru. Żeby grać na koncertach jedną czy dwie nowe piosenki, wcale nie trzeba wydawać płyty. Trzeba je tylko... napisać, a potem przećwiczyć. :) Może nie przełoży się to natychmiast na wynagrodzenie za pracę twórczą, ale w dłuższym terminie chyba się opłaci. Tak czy inaczej, po chwili usłyszeliśmy jeszcze List XX a na finał podstawowego setu Heavy Metal Świat z cytatem z 'Gdybyś kochał, hej' Breakoutu. Być może był to ukłon w stronę... "Królisława", :) słuchającego koncertu z vipowskiego balkonu. Po paru minutach zespół wyszedł oczywiście na bis, ale moim zdaniem dokonał złego wyboru jeśli chodzi o zaproponowany utwór, dlatego że Kocica w swojej rozwlekłej gadano-mruczanej części spowodowała, że napięcie dość mocno siadło. I nie uratowała sprawy zabawna konferansjerka Piekarczyka i anegdoty o jego doświadczeniach w relacjach damsko-męskich, ani zagrany przez Nowaka cytat z... 'Wlazł kotek na płotek'. Publika zaczęła się przerzedzać a co bardziej nadaktywni fani zajęli się już wyłącznie swoją własną zabawą. Żałuję tej końcówki, bo przez nią trochę prysł czar koncertu, który wcześniej przez ponad półtorej godziny miał klimat i energię.

Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...