Blog użytkownika PawelS
Małgorzata Ostrowska w Trójce
29 kwietnia w studiu koncertowym radiowej Trójki wystąpiła (chyba po raz pierwszy w swojej karierze) Małgorzata Ostrowska. Wielka gwiazda polskiego rocka lat 80-tych potraktowała sprawę prestiżowo i przygotowała na ten wieczór szczególny program z udziałem wyjątkowych gości. Kiedy wszedłem na salę pół godziny przed koncertem, zobaczyłem na scenie... Marka Jackowskiego, który ze swoim słynnym błękitnym gibsonkiem coś jeszcze sprawdzał i próbował. Tuż po 20:00, kiedy na antenie Trójki były wiadomości, publiczność zgromadzoną w studiu im. A. Osieckiej przywitała tradycyjnie uśmiechem pani producent Zofia Sylwin, a koncert zapowiedział Tomasz Żąda. Zaczęło się od setu akustycznego, bo kameralne warunki studia przy Myśliwieckiej 3/5/7 sprzyjają takiemu graniu: Szklana pogoda, To był długi dzień i Zazdrość na dobry początek. A potem pierwszy gość, wspomniany -> Marek Jackowski, który wreszcie miał okazję zaśpiewać w Trójce swój sztandarowy numer wokalny, czyli Oprócz. Był jednak o wiele lepszy powód dla którego lider Maanamu wystąpił jako gość wokalistki Lombardu. Otóż obydwoje artyści napisali ostatnio razem piosenkę. Do tej zaskakującej kolaboracji doszło w USA a jej efektem jest bardzo chwytliwa (jak to u Jackowskiego) wiosenna melodia Po niebieskim niebie, z pewnością będąca materiałem na przebój. Po tych prawdziwie elektryzujących chwilach nastąpiło znowu parę minut akustycznego grania. Usłyszeliśmy rytmiczne Szpilki i kolejny nowy utwór Gorzkie morze. Następnie gospodyni wieczoru przywitała kolejnego gościa. Gitarzysta i kompozytor -> Maciej Sobczak jest autorem jej największego przeboju z lat 90-tych. Zatem po chwili rozbrzmiała Lawa, a potem prawdziwa niespodzianka: dialog wokalny w I Can't Get Mad Because of You. Za nic nie mogłem sobie przypomnieć kto jest autorem tej knopflerowskiej w klimacie piosenki, którą kiedyś na pewno słyszałem i do której tak bardzo pasował aksamitny baryton Sobczaka i jego maniera pomrukiwania jakby od niechcenia. Potem sprawdziłem, że to utwór zespołu Hot Water... Sobczaka sprzed prawie 20 lat. Dalej koncert robił się coraz bardziej energetyczny. Oto bowiem Piotr Zander zaczął grać ciężki riff starego hita Taniec pingwina na szkle, w którym w drugiej zwrotce do śpiewania podłączył się -> Piotr Cugowski. Była to więc iście hardrockowa wersja tego klasyka autorstwa Jacka Skubikowskiego. A dalej było jeszcze goręcej, bo usłyszeliśmy cover The Best, słynnego przeboju Tiny Tuner, którego refren śpiewający w duecie Ostrowska i Cugowski z kurtuazją dedykowali sobie wzajemnie. Był to punkt kulminacyjny wieczoru, ale w żadnym razie nie koniec koncertu. Dalej popłynęły jeszcze ze sceny Słowa jak węże do ucha i Z dalekiej podróży, czyli znowu coś z solowych płyt Ostrowskiej, ale końcówka należała oczywiście do hitów Lombardu: Mam dość i Mister of America z owacją już wyłącznie na stojąco. Na zakończenie podstawowego setu jeszcze jedna niespodzianka, przypominająca wielu osobom dzieciństwo: Meluzyna z filmu „Podróże Pana Kleksa”. Po takim występie nie mogło oczywiście zabraknąć bisów. Pani Małgorzata nawiązała zatem w tym szczególnym miejscu do 30-lecia Listy Przebojów Programu 3 i zaśpiewała piosenkę, która była na liście Marka Niedźwieckiego w jej 1. notowaniu 24 kwietnia 1982 roku. A była to Droga pani z TV, wykonana z energią i gitarowym popisem dawnego gitarzysty Lombardu. Koncert powinien się już właściwie kończyć, ale nasza bohaterka nie miała ochoty schodzić ze sceny i ustaliła z Zanderem, że zagrają jeszcze raz Szpilki, bo podobno za pierwszym razem coś tam nie wyszło, a być może będą chcieli skorzystać z tego nagrania przy wydawaniu płyty live. A na sam koniec była jeszcze Szklana pogoda, ale tym razem już w klasycznej elektrycznej wersji. Po koncercie artystka chętnie pozowała do zdjęć z fanami i składała autografy niebieskim flamastrem. Właściwe to złożyła tylko jeden autograf (bo wszyscy inni chcieli zdjęcia) z dedykacją „Pawłowi” na setliście. :) Bardzo dziękuję.
Komety w Hydrozagadce 15/03/2012
Komety zainaugurowały swój koncertowy sezon 2012 w klubie Hydrozagadka 15 marca. W czwartkowy (jeszcze zimny) wieczór na warszawskiej Nowej Pradze stawili się najwierniejsi fani grupy, których tradycyjnie przywitało bogate stoisko z płytami, koszulkami, znaczkami i wszystkim co tylko miłośnik Komet i Partii może sobie zamarzyć. Ponadto - po występach supportów – była też muzyka z przedkoncertowej składanki Lesława: 'Do You Remember Rock'n'roll Radio?' Ramones, 'Wild Youth' Generation X, 'Nie będę z tobą dłużej' Dzikusów, 'So Little Time' Diany Dors czy wreszcie 'Do You Wanna Dance?' ponownie Ramones nadawały odpowiedni nastrój minutom oczekiwania na start koncertu, w czasie gdy techniczni instalowali sprzęt i stroili instrumenty. Wreszcie zespół pojawił się na scenie przy dźwiękach intro z taśmy i zaczęła się podróż przez stare i nowe kometowe przeboje w rytmie rocka, punk-rocka i rockabilly: Miasto turystów, Dla ciebie nie istnieję, Jutro, Karolina, Namiętność kochanków, Zabierz mnie do domu, Powiedz to teraz, Niebezpieczny mózg, Mogłem być tobą... Klub Hydrozagadka wśród kilku swoich zalet posiada też i taką, że za sceną wisi tam ekran, na którym przy pomocy laptopa można wyświetlać wizualizacje. W przypadku Komet jest to zawsze polski film fabularny z lat 60. lub 70. opowiadający historię młodych ludzi, którzy przeżywają różnego rodzaju namiętności, dylematy, uniesienia, rozczarowania, itp. Tym razem koncertowi towarzyszyła projekcja "Con amore" Jana Batorego... Tymczasem śpiewy i tańce w kameralnej sali Hydrozagadki trwały w najlepsze przy hałaśliwych dźwiękach kolejnych introwertycznych piosenek: Anna jest szpiegiem, Spotkajmy się pod koniec sierpnia, Ostatnie lato XX wieku, Za chwilę się uduszę, potem był tradycyjnie entuzjastycznie przyjęty Król flipperów, następnie „w oczekiwani na koniec prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz” wybrzmiała pieśń Warszawa i ja. Dalej były jeszcze Krzywe nogi, Kieszonkowiec Darek i wreszcie na finał W dżinsach i w swetrze, Nuda nuda nuda, Bezsenne noce i Światła miasta. Zespół opuścił scenę a z głośników rozległa się 'Historia jednej znajomości' Krzysztofa Klenczona i Czerwonych Gitar, co było nieomylnym sygnałem, że impreza dobiegła końca i można się ewakuować ze wschodniej strony Wisły z porcją wrażeń, która musi wystarczyć do następnego razu. :)
Jary Band w pubie Lolek
Krzysztof Jaryczewski wraca z nową płytą swojego zespołu Jary Band i z tej okazji 24 lutego zagrał koncert promocyjny w warszawskim pubie Lolek. W piątkowy wieczór na Pola Mokotowskie zawitali zaproszeni przez Jarego goście (muzycy, dziennikarze, przyjaciele) oraz fani dawnego Oddziału Zamkniętego. Program koncertu był pomyślany bardzo zgrabnie. W pierwszej części usłyszeliśmy piosenki z nowej płyty (przeplatane jednak starymi przebojami OZ), a w drugiej same już tylko oddziałowe hity. Koncert zapowiedział Marek Wiernik, który zaprezentował album „Trudno powiedzieć”, ale nawiązał też do starych czasów, kiedy to jeździł z Oddziałem w trasy jako konferansjer. Zespół rozpoczął występ od klasyka Ten wasz świat, początkowo w wolnej wersji shuffle nagranej niedawno przez Exces (jeszcze inny band Jarego). Szybko jednak szlagier OZ nabrał właściwego tempa, a koncert odpowiedniej dramaturgii, jako że drugim utworem był Zerostan, czyli poruszająca opowieść o powrocie autora do świata żywych. Następnie przywitaliśmy na scenie Urszulę. Gospodarz wieczoru opowiedział o tym jak w latach 80-tych podkochiwał się skrycie w swojej koleżance z estrady :) i o dobrej znajomości, która dziś ich łączy. Lekko speszona takim wyznaniem kolegi, ale jak zawsze uśmiechnięta Urszula zaśpiewała w duecie z Jaryczewskim piosenkę Jesteś tu, będącą singlem promującym nowy album. Koncert zaczął się zatem rozkręcać na dobre w bardzo przyjemnej atmosferze. Dalej wybrzmiały kolejno To tylko pech, Ile można, Żadnej gry... Głos Jaryczewskiego, po jego wszystkich kłopotach zdrowotnych, nie jest dziś oczywiście taki jak kiedyś, ale pozostał mu charakter i specyficzna maniera. Świadomy swoich wokalnych ograniczeń, były lider OZ dopasowuje interpretacje starych i nowych piosenek do swoich obecnych możliwości. W refrenach i chórkach pomagają mu koledzy z zespołu, a czasem – tak jak w Lolku – zaproszeni goście. Oprócz śpiewania, Jary gra również na gitarze (tak jak na samym początku istnienia Oddziału), wykonując wszystkie riffy i motywy zaczynające poszczególne piosenki. Czasem zdarzy mu się nawet jakieś fenderkowe solo. :) Sięga też po harmonijkę ustną. Natomiast gitarzystą solowym jest w zespole Marek Tymkoff, który na nowej płycie ma nawet jedną swoją kompozycję, w związku z czym w utworze Kasyno boogie odciążył lidera wokalnie. Dalej usłyszeliśmy jeszcze Twój każdy krok, Nie do wiary, Kochaj i na koniec pierwszej odsłony Jestem zły.
Druga część koncertu zaczęła się od bluesa, którego z towarzyszeniem gitary Jarego zaśpiewała Olga Olejnik. Następnie fani Oddziału poderwali się na dźwięk charakterystycznych akordów zaczynających piosenkę Z dnia na dzień. Pierwszym/drugim (zależnie od potrzeb) wokalistą w tej części koncertu był Zbigniew Bieniak. Ten trzeci w kolejności wokalista w historii OZ miał dobre chęci i z pewnością pomógł Jaryczewskiemu w śpiewaniu, ale niestety po tylu latach nie pamięta już zbyt dobrze wszystkich tekstów, więc zaliczył parę wpadek. W sumie jednak te niedociągnięcia wykonawcze miały nawet swoje zalety, gdyż można było obserwować jak Jary dyryguje kolegami na scenie grając Pokusy, Ich marzenia czy Na to nie ma ceny, kiedy trzeba było cofnąć się o parę taktów (bo Bieniak źle wszedł z refrenem:), coś powtórzyć, skorygować, itp. Dalej były jeszcze Bobby X, (G)Andzia oraz punkt kulminacyjny wieczoru w postaci przepięknej wersji Obudź się na 3 fenderki i 3 głosy, bowiem do zespołu dołączył Andrzej e-moll Kowalczyk. Na finał, kiedy prywatka była już rozkręcona na maxa, zespół zaproponował jeszcze jeden evergreen Party. Potem było 'Sto lat' dla bohatera wieczoru od fanów i tort dla tych, którzy... się na niego załapali. :) Dla wszystkich natomiast zabrzmiał raz jeszcze riff Ten wasz świat zagrany przez Jarego na bis. Większość tekstu zaśpiewał tym razem Bieniak, jako że Jaryczewski - korzystając z dobrodziejstw technologii bezprzewodowej - przechadzał się w tym czasie z gitarą po całej sali. :) Po koncercie Krzysztof znalazł chwilę czasu dla fanów. Skorzystałem więc z okazji żeby poprosić go o autograf z dedykacją na nowej płycie oraz pogratulować pięknego i wyjątkowego koncertu.
TSA – Stodoła 2012.02.16
Wiele razy widziałem TSA na żywo, ale nigdy wcześniej w warszawskiej Stodole. W miniony (tłusty:) czwartek (16.02.2012) nadarzyła się zatem wreszcie okazja żeby posłuchać hardrockowej legendy w sali, gdzie "ten gitarowy huk" :) ma przestrzeń odpowiednią dla jej potężnego brzmienia. Jednak zanim to nastąpiło, jako pierwszy zaprezentował się zaprzyjaźniony z Markiem Piekarczykiem zespół Chemia – grająca również ciężkiego rocka kapela złożona właściwie z samych wirtuozów. W jej skład wchodzą m.in. gitarzysta Zbigniew Krebs i perkusista Adam Kram. Zgodnie z rozpiską, około 21:00 na scenie pojawili się muzycy TSA i zaczęła się podróż w czasie do złotej ery polskiego rocka, czyli do lat 80-tych: Wysokie sfery, Wielka fiesta, Zwierzenia kontestatora, Chodzą ludzie... Zespół był jak zawsze w znakomitej formie. Stefan Machel z wirtuozerią i luzem a Andrzej Nowak z pasją i uczuciem grali solówki (każdy w swoich kompozycjach), sekcja rytmiczna Janusz Niekrasz i Marek Kapłon pracowała tradycyjnie jak dobrze naoliwiona maszyna a Marek Piekarczyk niezmiennie imponuje formą głosową i charyzmą. Po pierwszej dawce wspomnień grupa zagrała Proceder, tytułowy utwór (dla mnie najlepszy) ze swej ciągle ostatniej płyty, wydanej w 2004 roku. Później chwila zadumy przy jednym ze stałych fragmentów koncertowej gry TSA, czyli 51, z dedykacją dla najważniejszych ludzi, których straciliśmy z naszego życia. Potem jeszcze kilka minut spokojniejszego tempa przy To nie takie proste, a następnie znów powrót do lat 80-tych: Biała śmierć, Wyprzedaż, Bez podtekstów... Później jeszcze kilka piosenek z Procederu, na szczęście wplecionych między stare hity, bo takie numery jak Matnia trochę jednak męczą brakiem wyraźnej melodii i komunikatywnego tekstu. Wyjątkowo przejmująco zabrzmiał za to Pierwszy karabin w kontekście historii mężczyzny znalezionego ostatnio w Tatrach. Choć Marek Piekarczyk pewnie jej nie słyszał, gdyż - jak stwierdził – nie ogląda żadnych dzienników ani nocników. :) Potem były Tratwa, Wpadka i Mass media a po nich punkt kulminacyjny wieczoru, czyli fantastyczne wykonanie Alien, z tradycyjnym podziękowaniem fanom za wsparcie i za obecność na koncertach. Frotnman grupy nawiązał również do faktu niewydania przez TSA nowej płyty od prawie 8 lat, odgryzając się trochę krytykom tego stanu rzeczy, ale bez przywoływania żadnych przekonujących argumentów. Myślę jednak, że zespołowi przydałoby się odświeżenie repertuaru. Żeby grać na koncertach jedną czy dwie nowe piosenki, wcale nie trzeba wydawać płyty. Trzeba je tylko... napisać, a potem przećwiczyć. :) Może nie przełoży się to natychmiast na wynagrodzenie za pracę twórczą, ale w dłuższym terminie chyba się opłaci. Tak czy inaczej, po chwili usłyszeliśmy jeszcze List XX a na finał podstawowego setu Heavy Metal Świat z cytatem z 'Gdybyś kochał, hej' Breakoutu. Być może był to ukłon w stronę... "Królisława", :) słuchającego koncertu z vipowskiego balkonu. Po paru minutach zespół wyszedł oczywiście na bis, ale moim zdaniem dokonał złego wyboru jeśli chodzi o zaproponowany utwór, dlatego że Kocica w swojej rozwlekłej gadano-mruczanej części spowodowała, że napięcie dość mocno siadło. I nie uratowała sprawy zabawna konferansjerka Piekarczyka i anegdoty o jego doświadczeniach w relacjach damsko-męskich, ani zagrany przez Nowaka cytat z... 'Wlazł kotek na płotek'. Publika zaczęła się przerzedzać a co bardziej nadaktywni fani zajęli się już wyłącznie swoją własną zabawą. Żałuję tej końcówki, bo przez nią trochę prysł czar koncertu, który wcześniej przez ponad półtorej godziny miał klimat i energię.
Marek Piekarczyk akustycznie w Trójce
Marek Piekarczyk gra koncerty z akustycznym programem od mniej więcej roku. Na ich repertuar składają się covery klasyki polskiego big-beatu i rock'n'rolla, które wokalista TSA (w wersjach elektrycznych) nagrał w 2009 roku na płytę "Źródło"; jego autorskie piosenki z czasów działającego na przełomie lat 80/90 zespołu Balls' Power; tudzież melodie rozproszone po różnych innych projektach. Instrumentarium natomiast stanowią dwie gitary akustyczne, wiolonczela, drumla i harmonijka ustna. W ostatnią niedzielę Piekarczyk zawitał do bliskiej swemu sercu radiowej Trójki żeby wraz z kolegami z Bochni zagrać koncert w studiu przy Myśliwieckiej w Warszawie z myślą o rejestracji materiału na płytę live. Historia trochę więc zatoczyła koło (również dla mnie), bo w 1998 roku w tym samym studiu zespół TSA - czego byłem naocznym świadkiem:) - nagrał materiał na... akustyczną płytę koncertową. Słowo wstępne ze sceny tym razem wygłosił Marek Niedźwiecki i na dobry początek zabrzmiała Epidemia euforii /Klan/, po niej zaś było już wspólne śpiewanie bluesa przy Na wysoką wchodzę górę Tadeusza Nalepy. Dalej, na cześć Krzysztofa Klenczona, buntowniczy hymn Nie przejdziemy do historii we wspaniałej rytmicznej wersji wydobywającej całą jego energię i dramaturgię. Później Smutniejszy odcień szarości z czasów bocheńskich, tytułem i nostalgiczną nutą nawiązujący do Bielszego odcienia bieli, czyli A Whiter Shade of Pale Procol Harum. Później jeszcze jeden (trzeci) hołd dla nieżyjącego już artysty, tym bardziej dojmujący, że znacznie młodszego od bohatera wieczoru. Marek Piekarczyk nagrał niedawno nigdy niewydaną piosenkę Bogdana Łyszkiewicza zatytułowaną Co u Ciebie? Usłyszeliśmy ją zatem w jego przejmującej interpretacji. A później kolejny wzruszający moment wieczoru -> dedykacja dla przyjaciela "o wielkim sercu", czyli Piotra Kaczkowskiego i utwór Całe niebo w ogniu z dramatycznym zaśpiewem w stylu Michaja Burano. Jedynym utworem TSA jaki znalazł sobie miejsce w tym zestawie był mocno przearanżowany Wielki cud. Później panowie zaproponowali zaskakująco aktualny numer sprzed ponad 20 lat Przyszłości blask już przebija kask, inspirowany przemianą ustrojową w Polsce, a po nim znów dramatyczne Nie widzę ciebie w swych marzeniach /Stanisław Wenglorz & Skaldowie/ z końcówką cytującą With A Little Help From My Friends Lennona i McCartneya w wersji Joe Cockera. I wreszcie opus magnum płyty "Źródło" czyli Testament /Test/, który - moim zdaniem – ponad 30 lat temu powstał właśnie po to... żeby kiedyś zaśpiewał go frontman TSA. Ta melodia czekała na taką właśnie interpretację, pełną pasji i całkowitego oddania. Klamrą tej części koncertu była druga piosenka Marka Ałaszewskiego tego wieczoru: Na przekór /Klan/. "Jesteście 'na przekór', bo jesteście tu z nami" – powiedział do nas nasz artysta - "Śpiewać dla Was to czysta przyjemność”. Na zakończenie zasadniczej części koncertu Piekarczyk przewidział jedną z piosenek projektu Yugopolis: Gdzie jest nasza miłość. Ostatecznie zdecydował się zaśpiewać także drugą: Czy pamiętasz? Po zakończeniu radiowej transmisji i podziękowaniach dla publiczności, pan Marek wyznał, że zabrakło mu odwagi żeby na fonii zaśpiewać premierowy utwór, którego tekst dopiero co skończył pisać. Jednak poza anteną postanowił zaprezentować go fanom. Tak więc byliśmy świadkami prapremierowego wykonania pieśni Ogień, niebo i woda. Po zejściu zespołu ze sceny oczywiście owacjom nie było końca, więc doczekaliśmy się jeszcze jednego bisu. Była nim pieśń pt. Zadra, której tematem jest zdradzona przyjaźń. Taki a nie inny wybór utworu na bis zapewnił nam siedzący w pierwszym rzędzie... fan wymieniony i pozdrowiony przez Piekarczyka z imienia i nazwiska. :) Trochę krótki był ten koncert jak na materiał, z którego ma powstać płyta. Tym razem w zgodzie z zasadą, że od zanudzenia słuchaczy znacznie lepszy jest lekki niedosyt.
Koncert specjalny pamięci Grzegorza Ciechowskiego - Od Nowa 2011
17 grudnia br. w toruńskim klubie Od Nowa już po raz dziesiąty odbył się specjalny koncert poświęcony pamięci Grzegorza Ciechowskiego, bo to już 10 lat minęło od jego niespodziewanej i szokującej dla fanów śmierci. Dla mnie osobiście była to druga impreza z tego cyklu. Po raz pierwszy wybrałem się do Torunia grudniową porą 5 lat temu i przeżyłem jeden ze swoich koncertów wszech czasów. W 2006 roku w macierzystym klubie Republiki piosenki Ciechowskiego w swoich wersjach zagrali i zaśpiewali m.in. Zbigniew Hołdys, Voo Voo, Myslovitz, Hey, Dezerter, Proletaryat, Mech, Agressiva 69, Jacek Bryndal... żeby wymienić tylko artystów reprezentujących wówczas świat rocka. Od tamtej pory formuła koncertu zmieniła się o tyle, że Jerzy Tolak – menadżer Republiki i główny organizator imprezy – nie ujawnia przed koncertem listy wykonawców. Pan Jerzy uznał, że przez poprzednie lata zasłużył sobie na zaufanie fanów, którzy spokojnie mogą przyjechać do Torunia w ciemno wiedząc, że on zadba o właściwy dobór wykonawców i o odpowiedni poziom artystyczny imprezy...
Przed wyjazdem do Torunia snułem sobie oczywiście rozmaite przypuszczenia co do listy wykonawców tegorocznego memoriału G.C. Czytałem też nieliczne przecieki. Można było się domyślać, że przede wszystkim pojawią się zespoły, które uczestniczyły w różnych republikańskich projektach i koncertach w mijającym roku lub wydały płyty z coverami piosenek Ciechowskiego. Te przypuszczenia w znacznej części się potwierdziły. Jako pierwsza na scenie pojawiła się formacja Half Light (płyta "Nowe orientacje"). Muzycy mieli na twarzach maski podobne do tych z teledysku "Poranna wiadomość" i na początek wykonali utwór Mówca z sugestywnym słowotokiem świetnie wprowadzającym koncert w hipnotyczny orwellowski klimat. Kiedy panowie pokazali twarze i wykonali jeszcze Nowe sytuacje, przypomniałem sobie, że wokalista tej grupy, Krzysztof Janiszewski, wystąpił w Od Nowie także 5 lat temu i to w towarzystwie członków... Republiki. Zupełnie nie wiem dlaczego ten toruński zespół został tak chłodno przyjęty przez ludzi z własnego miasta. Jeśli publiczność nie zdążyła się jeszcze rozgrzać, to następny zespół dostarczył jej solidną dawkę energii. Acid Drinkers zaczęli od My lunatycy, ale niestety przez pół numeru... nie było słychać wokalu i jednej gitary. Potem były Gadające głowy w wersji dość wiernej oryginałowi, jednak Kombinat to była już prawdziwa młocka. Występ Titusa i spółki oglądał z boku sceny... Kazik Staszewski, którego udział w imprezie był jednym z najbardziej wyczekiwanych, jako że lider Kultu ujawnił był wcześniej, że zaprezentuje się w Od Nowie w jednej piosence. Na ten występ musieliśmy jednak jeszcze długo poczekać... Tymczasem nastała część oficjalna, czyli wręczenie nagrody im. G.C. Tegoroczną laureatką została Julia Marcell. Ta młoda wokalistka i pianistka wykonała 3 własne kompozycje oraz nastrojową, stonowaną wersję Będzie plan. Kolejną grupą była - zgodnie z przewidywaniami - Agressiva 69 (płyta "Republika 69"). Panowie zaprezentowali się w utworach Przeklinam cię za to, Pornografia i Na barykadach walkach trwa w wersjach – dla odmiany - industrialnych. Dla mnie w trakcie ich występu przyszła akurat pora na krótką przerwę, ponieważ ścisk i duchota w legendarnym klubie, który do dziś nie dorobił się klimatyzacji, mocno dawały się we znaki. Jedynym źródłem wentylacji na sali były... biało-czarne flagi fanów, które okazały się w tym względzie wybawieniem. :) W przerwach między poszczególnymi występami mogliśmy oglądać na ekranach wybór nagranych przez Jerzego Tolaka na DVD występów z poprzednich lat, ale i tu nie obyło się bez drobnych problemów technicznych, co powodowało, że te antrakty trochę się dłużyły. Pamiętam, że 5 lat temu przebiegało to dużo sprawniej, a na telebimach były wywiady przeprowadzane na żywo z muzykami uczestniczącymi w tamtym koncercie. Tym razem dłużyzny próbowali zagospodarować jakoś również dwaj dziennikarze prowadzący koncert. Mariusz Składanowski z Radia GRA proponował... konkurs pod hasłem dla kogo z fanów jest to pierwszy, drugi, trzeci... itd koncert pamięci G.C. Z kolei Piotr Stelmach z radiowej Trójki, z nieodłącznym patosem i osobistymi wtrętami, opowiadał historie... dobrze znane słuchaczom PR3 i z wielką atencją zapowiadał swoje ulubione zespoły. Przed występem Ms. No One poinstruował publikę jak powinna reagować na pierwszą piosenkę, którą była Przeczekajmy noc. Niestety nie wiem czy tłum go posłuchał, bo z powodu braku tlenu na sali znowu musiałem się stamtąd chwilowo ewakuować. Tymczasem Joanna Piwowar (laureatka nagrody im. G.C. w jednej z poprzednich edycji) wykonała ze swym zespołem jeszcze Sado-maso piosenkę. Wróciłem kiedy popularny radiowiec zapowiadał naszą... największą nadzieję na karierę międzynarodową, czyli zespół L.Stadt. Póki co kapela z Łodzi zaprezentowała pieśń przerabianą przez jej wokalistę w szkole na lekcjach polskiego, czyli Nie pytaj o Polskę z beatem na perkusji bardzo podobnym do tego z wersji oryginalnej, a następnie Halucynacje w aranżacji na... dwie perkusje. Kolejnym spodziewanym (koncert "Przystanek Republika") wykonawcą koncertu był Glaca i jego zespół My Riot. Zaproszenie Zbyszka Krzywańskiego na gitarę i podlizywanie się „najpiękniejszej publiczności w całej Polsce” sprawiły, że nikt nie ośmielił się skrzywić na jego Białą flagę 2010. A potem była jeszcze Mamona i to też była... masakra. W każdym koncercie pamięci Grzegorza udział biorą też oczywiście jego najbliżsi koledzy, czyli członkowie Republiki. Tak było i tym razem. Zbigniew Krzywański wystąpił z Jackiem Bończykiem w zespole, który teraz nazywa się Depresjoniści. Najpierw ściana dźwięku przesterowanej gitary i sugestywnie wyartykułowany przez Bończyka utwór Odmiana przez osoby, później delikatna melodia, łkająca gitara i aktorska interpretacja Tobie wybaczam i wreszcie nastrojowa ballada Ani ja ani ty z piękną partią Krzywańskiego na gitarze slide. To był zdecydowanie najlepszy set koncertu do tego momentu. „Nie zostawimy Was tak” – powiedział Jacek Bończyk do entuzjastycznie reagujących fanów i usłyszeliśmy jeszcze Tak... tak... to ja z chóralnie skandowanym przez wszystkich refrenem tego wielkiego przeboju. Podtrzymać temperaturę koncertu miał za zadanie Leszek Biolik ze swoim nowym zespołem Elements, w którym na gitarze gra Maciej Gładysz. Najpierw basista Republiki zaśpiewał Śmierć w bikini z domieszką własnej kompozycji, ale najlepszą rzeczą jaką przygotował na ten koncert był zestaw gości. Oto bowiem na scenie pojawiła się Mona Mur, niemiecka piosenkarka, której Ciechowski produkował płytę na początku lat 90-tych i którą chyba wszyscy tego wieczoru pierwszy raz zobaczyli na oczy. Niemka zaśpiewała dwa utwory, w tym Paintings, wyraźnie przywołujący mi na myśl jakąś znaną melodię... Po paru chwilach skojarzyłem, że jej polską wersję "Dzięki za miłość" śpiewała Katarzyna Groniec. Po występie Mony Mur zapowiedziany został jeszcze jeden wyjątkowy gość -> Kazik, który fenomenalnie zinterpretował Układ sił, upamiętniając nawet słynny złowrogi śmiech "agenta złych sił". :) Leszek Biolik podkreślił, że jest to kompozycja Sławka Ciesielskiego. Perkusista Republiki był tego wieczoru w Od Nowie, ale tylko wśród publiczności. Tymczasem w wykonaniu Elements usłyszeliśmy jeszcze utwór Rak miłości. Zatem najlepsze fragmenty tegorocznego memoriału G.C. były dziełem... członków Republiki. Można więc powiedzieć, że wszystko zostało w rodzinie i to w sensie dosłownym, ponieważ finałem spektaklu był występ Weroniki Ciechowskiej, córki Grzegorza, która - z towarzyszeniem Zbyszka Krzywańskiego na gitarze akustycznej - zaśpiewała Odchodząc.
Końcówkę występu Weroniki słyszałem będąc już na zewnątrz klubu, przez otwarte drzwi tylnego wejścia do Od Nowy. Wybiła już północ a ja miałem za sobą 5 godzin koncertu w "beztlenowych" warunkach a przed sobą trochę kilometrów do przejechania. Drogę powrotną z Torunia przebyłem z poczuciem niedosytu, żeby nie powiedzieć zawodu (chyba miałem zbyt duże oczekiwania), ale też jednak z bagażem paru pozytywnych przeżyć i kilku miłych wspomnień, które znowu muszą wystarczyć mi na długo.
T.Love - Trasa "Polskie mięso" 2011
Zespół T.Love jak zawsze przygotował na jesienną klubową trasę zupełnie nowy program, z całym mnóstwem niespodzianek dla fanów. Oprócz największych przebojów, panowie wykonują premierowe piosenki z planowanej na przyszły rok płyty "Old Is Gold", dawno niegrane utwory ze starszych albumów wznowionych właśnie w boksie T.Lovestory i covery rockowej klasyki. A gdyby komuś tego było mało, to na warszawskie koncerty jeszcze dodatkowo zaprosili znakomitych gości. Piątkowy wieczór w Stodole (18.11) zaczął się występami supportów, które osobiście zaprosił lider T.Love -> zespoły Hatifnats i L. Stadt. Muniek Staszczyk - jako pasjonat muzyki - śledzi wszystko to co nowego dzieje się na polskiej scenie i chciał dać możliwość zaprezentowania się młodym kapelom, których debiutanckie płyty mu się spodobały. ...
Tuż po 21:00 na scenie pojawił się Muniek z kolegami. Podziękował przyjaciołom (czyli fanom) za za niezawodne wsparcie i zaczął się ponad dwugodzinny rockowy spektakl. Na otwarcie ->Zły wtorek, mało znany numer z płyty "Model 01", który miło mnie zaskoczył swoim przebojowym i koncertowym potencjałem, potem pierwsza nowość ->Tamla Lavenda, ze zwrotkami śpiewanymi... falsetem i wreszcie bieżący hit ->Polskie mięso. Później znów coś z boksu T.Lovestory, czyli reminiscencje płyty "Prymityw": ->Złygmunt Staszczyk i ->Brutalna niedziela. Potem nowa, ale znana już fanom ->Moja kobieta, trochę tematyki społecznej ->Jazz nad Wisłą i hołd dla Johnny'ego Casha ->Country Rebel. Następnie mieliśmy tradycyjny zestaw staroci Alternative'u: ->Kołysanka zabijanka ->IV Liceum ->Autobusy i tramwaje ->Garaż i ->Wychowanie. I wreszcie nastąpił kulminacyjny punk wieczoru, oto bowiem Muniek zapowiedział znakomitego gościa, którym był Kazik Staszewski. Lider Kultu wszedł na scenę przy ogłuszającej owacji i na początek spontanicznie i nadprogramowo zaintonował ludową przyśpiewkę z czasów wojny ->Sowieci. Dalej było tylko lepiej, bo Kazik zaczął grać na saksofonie wstęp do pieśni ->Krew Boga, którą odśpiewał z Zygmuntem na dwa głosy, doprowadzając publiczność niemal do ekstazy. Później była chóralnie śpiewana przez wszystkich ->Wódka, a po niej kolejne wokalne duety Muńka i Kazika: ->Bankrobber /The Clash/, z ostatnią zwrotką po polsku, pozytywny message w postaci ->I Love You i wreszcie jako zwieńczenie tego fantastycznego setu ->Warszawa, czyli piosenka, którą Kazik już kiedyś wykonywał z T.Love i niemalże już ją sobie zaadoptował. : ) Żeby uspokoić trochę emocje, zespół zaproponował krótki akustyczny set, a w nim kolejną premierę ->2005-Szanta, potem było odkurzone ->Make War Not Love z płyty "I Hate Rock'n'Roll" i ->Jazda, w takiej wersji wcześniej nie grana. Na finał już tylko same przeboje: ->Jest super ->Bóg ->Nie nie nie ->Ajrisz i ->Potrzebuję wczoraj. Po gorących brawach zespół wyszedł oczywiście na bisy. Najpierw ->Lucy Phere, już trochę przearanżowana w porównaniu z zeszłorocznymi wykonaniami, potem ->King tradycyjnie z akordeonem i na sam koniec... jeszcze jedna niespodzianka, bo oto Kazik staszewski postanowił wspomóc kolegów po fachu w ich wykonaniu ->The Passenger /Iggy Pop/, jakże słusznie i logicznie, bo przecież Kult również grywał ten numer w swojej wersji. Tak więc dokładnie tak samo jak co roku panowie z T.Love udowodnili, że są jednym z najlepszych koncertowych zespołów w Polsce, a ich doroczne mini-festiwale w Stodole to jedna z najatrakcyjniejszych rockowych imprez w naszym kraju.

















