Artykuł
Dream Theater - coś ostatecznego
A Dramatic Turn Of Events, tytuł najnowszej płyty Dream Theater, to zarazem świetny komentarz do wszystkiego, czego zespół doświadczył w minionych miesiącach. Rozmawialiśmy o tym z Jamesem LaBrie tuż przed pierwszym polskim koncertem Dream Theater z nowym perkusistą.
Rozmawiałem z tobą kilka miesięcy temu, tuż przed tym, gdy Mike Portnoy opublikował oświadczenie o swoim rozstaniu z Dream Theater. Nawet słowem nie wspomniałeś, że coś wisi w powietrzu...
Bo nic nie wiedzieliśmy, nie mieliśmy bladego pojęcia, że coś się szykuje. Mike nie rozmawiał z nami o tym, że czuje się rozczarowany, że coś go gryzie. Dla nas to też było zaskoczenie. I pewnie dlatego nic ci nie powiedziałem. Ale to, co się stało, wyszło nam na dobre. Powiem nawet, że to było błogosławieństwo z niebios.
Jordan Rudess przyznał, że gdy dowiedział się o decyzji Mike’a, po prostu usiadł na schodach swojego studia i zaczął płakać. Twoja reakcja też była tak emocjonalna?
Nie. Ja po prostu sięgnąłem po piwo. Jeśli dzieje się coś nieodwracalnego, coś ostatecznego, nie rozwodzę się nad tym. To nie leży w mojej naturze. Dobra, podjął taką decyzję, opuścił zespół – nie pozostaje nam więc nic innego, jak szybko znaleźć kogoś na jego miejsce. Jestem realistą. Moim zdaniem w takiej sytuacji trzeba jak najszybciej iść dalej. Myślę o dobrych rzeczach, które mogą z tego wyniknąć, a nie zastanawiam się nad tym, co może zburzyć moją równowagę.
Trudno było znaleźć następcę Mike’a?
Nie. Takie jest moje zdanie. Mieliśmy do wyboru siedmiu wspaniałych perkusistów, wszyscy to profesjonalni muzycy, każdy mógł wnieść coś wyjątkowego od strony muzycznej. Wiesz, jeśli masz do dyspozycji takich muzyków jak Marco Minnemann, Virgil Donati, Peter Wildoer i Mike Mangini, nie musisz się niczym przejmować. Thomas Lang był fenomenalny! Nie było problemem zagranie przez nich tego, co Mike grał na płytach. Chodziło o to, abyśmy czuli związek, aby była właściwa chemia, aby gość pasował osobowością. Aby znaleźć kogoś, kto rozumie, czym jesteśmy jako zespół. I od samego początku było dla nas jasne, że wszystkie te cechy, na których nam zależy, ma właśnie Mike Mangini. Jest genialnym perkusistą, który pracował na swoją renomę przez wiele lat. Jest fenomenalnym muzykiem. Jest teraz z nami na scenie i z całą pewnością na to zasługuje.
To prawda, że gdy już zatrudniliście Mike’a Manginiego, Mike Portnoy zadzwonił z pytaniem, czy może wrócić do zespołu?
Owszem. Właśnie wybraliśmy perkusistę, zdążyliśmy poinformować Mike’a Manginiego, że został członkiem zespołu, gdy zadzwonił Mike Portnoy. Wcześniej powiedział, że nie może już z nami pracować, że życzy nam wszystkiego najlepszego, ale chce iść inną drogą i odszedł. I nagle zmienił zdanie. Powiedzieliśmy mu, że nie ma takiej możliwości, by wrócił, że to się nie może wydarzyć. Wiedzieliśmy, że to byłaby zła decyzja, z wielu różnych powodów. To byłoby nie w porządku dla nas samych, bo uwierzyliśmy już, że możemy iść dalej bez niego. To byłoby nie w porządku wobec Mike’a Manginiego, bo on już wiedział, że jest tym właściwym człowiekiem. No i nie byłoby to w porządku wobec ludzi wokół nas, naszych menażerów, ludzi z wytwórni płytowej, którzy byli zaangażowani w to, by tę sytuację skierować we właściwą, pozytywną stronę. To byłoby nieprofesjonalne. Dlatego zgodnie uznaliśmy, że nie ma takiej możliwości. Nie czulibyśmy się dobrze, gdybyśmy po tym wszystkim wrócili razem do studia.
Utrzymujesz z nim kontakt?
Nie, absolutnie nie!
Mike Portnoy pełnił ważną rolę w zespole, dlatego zastanawiam się, jak bardzo różniła się praca nad płytą A Dramatic Turn Of Events od pracy nad poprzednimi albumami.
Oczywiście było inaczej, bo nie było z nami Mike’a. Ale poza tym, jeśli chodzi o komponowanie utworów, o ich budowanie, to proces wyglądał bardzo podobnie. W moim odczuciu było spokojniej, mieliśmy dla siebie więcej cierpliwości. Ponieważ nie było perkusji, mogliśmy bardziej poświęcić się analizie riffów, akordów. Trzeba być uczciwym: głównymi kompozytorami w zespole zawsze byli John Petrucci i Jordan Rudess, i to oni wychodzili z riffami, akordami, nutami, jakkolwiek to nazwać. Z nasionami, które naturalnie przekształcały się w utwory. Różnicą było to, że John Myung był bardziej zaangażowany w prezentowanie pomysłów, ja też bardziej się angażowałem, a nie tylko dzieliłem się z kolegami opiniami na temat linii melodycznych wokalu i ograniczałem się do jakichś sugestii. Tak więc tym razem praca była bardziej kolektywna, było więcej interakcji pomiędzy nami.
Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z października 2011 (104)
POWIĄZANE ARTYKUŁY
- Brak powiązanych artykułów
















