Artykuł
The Black Keys - Szaleństwo
Dwóch gości o wyglądzie pracowników stacji benzynowej na amerykańskiej prowincji. Nie ćwiczą, nie grają prób. Komponują i nagrywają wszystko w jednym podejściu. A przy tym sprzedają setki tysięcy płyt. Poznajcie The Black Keys – od grudnia, gdy ukazała się El Camino, oficjalnie najpopularniejszy rockowy zespół w Stanach.
Gratuluję płyty El Camino. Przyznaj się, czy wszyscy mówią wam, że to wasz najlepszy album w karierze?
PATRICK CARNEY: Cóż, rzeczywiście słyszę to od czasu do czasu. Ale fani – ci z grupy najbardziej zatwardziałych – i tak wolą nasze stare nagrania i chcieliby, żebyśmy nagrywali w kółko w „fabryce gumy” (Pat nawiązuje do tytułu trzeciej płyty The Black Keys, Rubber Factory – przyp. jor).
A było dla ciebie zaskoczeniem, że album dotarł do drugiego miejsca listy „Billboardu”, przeskakując o jedno miejsce poprzedni, przełomowy dla was Brothers?
Nie, niezbyt. Brothers sprzedał się cztery czy pięć razy lepiej niż wcześniejsze płyty, więc poniekąd spodziewaliśmy się, że także El Camino nieźle sobie poradzi – w końcu zyskaliśmy pokaźną rzeszę nowych fanów. Wiesz, dla nas niespodzianką jest przede wszystkim to, że w ogóle którakolwiek nasza płyta trafiła na jakąś listę. Kiedy zaczynaliśmy, nie sprzedawaliśmy nic i to wydawało nam się absolutnie normalne.
Powiedziałeś niedawno: Kiedy „Brothers” zdobył złoto, zacząłem się stresować – to było coś w rodzaju: „o, kurwa!”... W innym wywiadzie stwierdziłeś też: Nasz producent Danger Mouse powiedziałby o nas, że obawiamy się sukcesu – i miałby rację. Dlaczego sukces jest dla was tak stresujący?
Miałem na myśli to, że bardzo nie chcemy konfrontować się z całym złem, które duży sukces przynosi. Wiesz, im większy jesteś, tym więcej ludzi o tobie mówi, ale zwykle ludzie mają ochotę raczej cię krytykować, niż chwalić. Pokazywanie się w mediach ściąga na ciebie zwykle przede wszystkim krytykę. Tym bardziej, jeśli startujesz jako mały garażowy zespół, a potem nagle stajesz się popularny. Kiedy gra cię radio, zapraszają cię do telewizji, dla wielu oznacza to po prostu tyle, że się sprzedałeś. A tacy ludzie chętnie dzielą się tą opinią z całym światem (śmiech).
(...)
Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z lutego 2012 (108)
POWIĄZANE ARTYKUŁY
- Brak powiązanych artykułów
















