Artykuł

Supergrupa - Najważniejsze, żeby to miało energię

Data: 1 września 2011, autor: WIESŁAW KRÓLIKOWSKI

Był ważny powód. I była długa rozmowa. Wyjątkowa, choć w „Teraz Rocku” zawsze staramy się publikować jak najwięcej wyjątkowych materiałów. W związku z dwudziestoleciem naszego pisma – we wrześniu 1991 roku ukazał się pierwszy numer, zaczynaliśmy jako „Tylko Rock” – Wojciech Waglewski, Kazik Staszewski, Muniek Staszczyk i Titus znaleźli czas, aby się spotkać i porozmawiać o minionych 20 latach w rocku. Na świecie i w Polsce. A także o tym, co ważnego wydarzyło się w ich muzycznym życiu przez ten czas. I jeszcze o tym, czego oczekują od rockowego pisma. Oto występ supergrupy na terazrockowych łamach.

Co sądzicie o polskim rocku z ostatnich 20 lat, o jego sytuacji i osiągnięciach?

MUNIEK STASZCZYK: Wraz ze zmianą ustroju w Polsce pojawiły się podwaliny normalności także na rynku muzycznym. Zaczęły powstawać nowe stacje radiowe – wiadomo, do czego z czasem doszło, ale te lata 90. były takie optymistyczne, bo wszystko się zmieniało. I rock, i pop, i rynek. Pojawili się u nas majorsi. Powstały w kontrze do nich mniejsze wytwórnie płytowe… Ale też rockowe lata 90. nie były u nas  – moim zdaniem – takie obfite jak 80… Polski rock lat 80. to była mocna sprawa. Był stan wojenny, ale… „artysta głodny, artysta płodny”. Jaruzelski przyczynił się niechcący do rozwoju muzyki rockowej w kraju. A lata 90. to już była ucieczka od tekstów  poważnych, socjologizujących, bo wszyscy mieliśmy tego dość… Z zespołów z lat 90., które szanowałem, zostały tylko Hey i Myslovitz… Pamiętam też, że w początku lat 90. stacje radiowe nieźle grały rock. Gdy przyjechał do mnie kumpel z Anglii, był pod wrażeniem: Ja pierdzielę, u was o godzinie 12 można usłyszeć w radiu Iggy’ego Popa i Ramones… Dopiero potem zaczęły się te chore jazdy typu „badanie rynku” i „oczekiwania reklamodawców”.

TITUS: W 1995 roku miałem przyjemność nagrać album The Best Off z zespołem Albert Rosenfield i w ciągu dnia hardrockowa muzyka z tej płyty chodziła w RMF FM.

MUNIEK STASZCZYK: Lata 90. mimo wszystko były niezłe dla polskiego rocka. A ta ostatnia dekada… Podobnie jak na świecie: dużo fajnych zespołów, choć niekoniecznie dużo z tego wynika.

KAZIK STASZEWSKI: Powstała cała masa ciekawych kapel. Z tym że wiele z nich osiągnęło środowiskową jedynie popularność. Ja tu wymienię TPN 25 – to bardzo wysublimowany rodzaj muzyki, właśnie przez swój prymitywizm i pozorny debilizm. Zjawiskowe 19 Wiosen też jak na razie szerzej nie zaistniało... W latach 90. spory ferment wprowadziły Elektryczne Gitary. Totalnie niedocenieni a genialni twórcy w rodzaju Rafała Kwaśniewskiego, Mizernego z 1984, zespołów Ztvorki, Kury, CKOD, Ur, Komety czy The Analogs to też okres ostatnich 20 lat. Maleńczuk, Bartosiewicz, Hey – ci z kolei wypłynęli na szersze wody. Kariera międzynarodowa Behemotha – koncerty są genialne, płyty nie dam rady wysłuchać w całości – i Vadera to jeszcze inna pozytywna strona naszej pary kaloszy. Słowem wiele, wiele dobrego, lecz im dalej w las, czyli bliżej obecnych czasów, tym mniej ma to wspólnego z tym, co prezentują coraz bardziej gówniane radia i takież telewizje muzyczne.

WOJCIECH WAGLEWSKI: Początek lat 90. to była trochę porażka, bo nagle w naszym biednym, prowincjonalnym kraju dostaliśmy dostęp do wszystkich mediów. I niektóre zespoły zaczęły powstawać i działać na zasadzie odreagowywania kompleksów… A te wspaniałe lata 80. też podzieliłbym przez kilka, bo wiele z tych ważnych grup niezbyt potrafiło grać, bardziej literacko do tego podchodziły. Były też zespoły złożone z bardzo dobrych muzyków, w których nie było tego „czegoś więcej” niż tylko muzyka… Jak już mówiłem, w rocku nie wystarczy być dobrym muzykiem. A poza tym cały czas jest u nas problem wtórności. Co roku powstają nowe zespoły i… słuchamy kolejnej kopii czegoś tam ze świata. Potem na jakimś festiwalu któryś z dziennikarzy poklepie tych chłopców po plecach i na tym się kończy… Oczywiście, także w ostatniej dekadzie pojawiły się zespoły dość zacne muzycznie. Ale zrobiło się to zbyt błahe tekstowo.

MUNIEK STASZCZYK: Radia komercyjne grają teraz byle co, ale kiedy wchodzisz do empiku, to jednak widzisz kumatych ludzi, kupujących płyty. Nie musisz być w Radiu Zet, żeby twoją płytę kupili.

WOJCIECH WAGLEWSKI: Dlatego ostatnio często powtarzam, że zrobiło się tak, jak było przez długi czas w latach 80. Media stały się gówniane, lecz to bardzo dobrze dla rocka.

KAZIK STASZEWSKI: Ja to dostrzegam od wielu lat. Że mamy u nas dwa rozłączne światy muzyczne. Dwie nie przystające do siebie sceny. Jeśli ktoś by przyjechał z innego kraju, posłuchał radia i pooglądał TV, to miałby pojęcie tylko o jednej z tych scen. Nie miałby pełnego obrazu, co jest w tym kraju popularne. Gdy zaczynaliśmy i byliśmy punkowcami, bardzo wyraźne było dla nas rozdzielenie na tych, którzy występują w radiu i TV, i na tych, którzy tego nie robią… Po jednej stronie były Perfect, Lombard i nawet Maanam, a po drugiej – Kryzys, Deadlock…

WOJCIECH WAGLEWSKI: Kult miał w telewizji Piosenkę młodych wioślarzy

KAZIK STASZEWSKI: Ale kiedy to było? W 85 roku! A teraz generalnie sytuacja jest podobna. Powróciliśmy do podziemia (śmiech). To akurat może nie być w sprzeczności z sukcesem komercyjnym… Przy okazji rozmów na ten temat zawsze podaję przykład Depeche Mode, zespołu, który jest megagwiazdą, ale tworem – w moim przekonaniu – bardzo niezależnym. W Polsce ta scena „podziemna” przyciąga tłumy i nie chodzi tu o koncerty darmowe. Kult też grywa takie koncerty, ale zapraszam – Feel czy Dodę – do pościgania się z nami na imprezy biletowane.

TITUS: A jak jest z metalem? Dziennikarze zawsze pytają mnie o kondycję metalu. Ja to nazywam na swój użytek „ateizmem telewizyjnym”. Jeśli nie widać czegoś w TV, znaczy, że to nie istnieje! (śmiech). A my nadal gramy. Jest to muzyka przyciągająca dziesiątki tysięcy słuchaczy. Polscy metalowcy grają z ogromnym zaangażowaniem na poziomie europejskim. Z naszych mocnych kapel u mnie prym wiodą TSA i Proletaryat.

WOJCIECH WAGLEWSKI: Co mnie obchodzi Feel? Ja im życzę wszystkiego najlepszego... Mnie brakuje w polskim rocku – mimo że jestem stary – konkurencji. W dziedzinie muzyki rockowej, improwizowanej nie ma z kim się ścigać. Brakuje mi też młodego człowieka, który śpiewałby z taką energią jak kiedyś Janerka śpiewał Ta zabawa nie jest dla dziewczynek albo Muniek – Warszawę. Który wyszedłby z tego rodzaju komunikatem.

MUNIEK STASZCZYK: W moim pokoleniu coś ważnego do powiedzenia miał punk rock. Potem przez jakiś czas w hip hopie nawijali o ciekawych rzeczach. Chciałbym teraz, żeby coś opowiedział mi zespół z gitarami… Cool Kids Of Death byli dla mnie ostatnim zespołem, który miał jakiś istotny przekaz.

Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z września 2011 (103)

 

 

 

POWIĄZANE ARTYKUŁY

  • Brak powiązanych artykułów
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...