Artykuł

Jane's Addiction - Na wojnę

Data: 1 listopada 2011, autor: BARTEK KOZICZYŃSKI

Mamy tu w L.A. przyjemny poranek, właśnie wróciłem do domu po krótkim koncertowaniu. Dobrze być w domu – oznajmił Stephen Perkins zanim jeszcze zdążyłem się odezwać. Gadatliwy perkusista to dobre źródło zakulisowej wiedzy o nowej płycie Jane’s Addiction, The Great Escape Artist.

Miałem przyjemność być na waszym koncercie w Polsce w 2009 roku, w oryginalnym składzie. Wydawało się, że jesteście w znakomitej komitywie. Dlaczego Eric Avery nie zagrał na płycie?

Nie mogę odpowiadać za niego, ale chcę podkreślić, że nagranie płyty wymaga ogromnej ilości ciężkiej pracy i poświęcenia. Nie można powiedzieć „tak”, a po sześciu miesiącach się wycofać. To zobowiązanie. Zobowiązanie do wzięcia udziału w projekcie artystycznym. Nie chodzi tylko o biznes. Jeśli ludzie robią to dla interesów – rozumiem. Ja jednak robię to dla sztuki. A sztuka nie jest łatwa do stworzenia. Może łamać serca, może oznaczać miesiące niedosypiania... Jeśli chcesz robić świetną muzykę – musisz cierpieć. Ja pragnę cierpieć za swoją muzykę. Nie lubię łatwych rozwiązań.

Czy można przyjąć, że zespół tworzą trzy osoby: ty, Dave Navarro i Perry Farrell, a basista jest rotacyjny?

Jeśli masz wokół siebie przyjaciół, możesz tworzyć dobrą muzykę. To dlatego Jane’s Addiction rozpadał się tak wiele razy. Nawet gdy oferowano nam miliony dolarów za wyruszenie w trasę, to jeśli ze sobą nie rozmawialiśmy, nie lubiliśmy się, nie zrobiliśmy tego, bo byłoby to nieautentyczne, nie fair wobec publiczności. Nie chcieliśmy grać tylko dla zysku. Jeśli między nami się nie układa – to nie działa. Jednak jeśli ja, Dave i Perry jesteśmy w dobrych stosunkach, wszystko jest w porządku, puzzle się dopasowują. Mimo że każdy z nas lubi inną muzykę, inaczej się ubiera... Zawsze tak było, od 1986 roku. Czasami jest przez to trudniej podejmować decyzje, ale jeśli się dogadujemy, jesteśmy niepokonani. Gdy dobrze się ze sobą czujemy, powstaje Jane’s Addiction. Z basistami bywa różnie, grał z nami Flea, grał Duff, grał Martyn LeNoble, grał Chris Chaney, pracowaliśmy z Dave’em Sitkiem, pracowaliśmy z każdym, kto miał dobre pomysły, ale masz rację – prawdziwe Jane’s Addiction, jego trzon, to ja, Dave i Perry. Nieważne, kto jest basistą.

Obraliście na The Great Escape Artist nowy kierunek. Perry powiedział, że inspirowały was zespoły jak Muse czy Radiohead. Ja słyszę nawet U2...

U2 to artyści, fantastyczny przykład czterech muzyków, którzy zawsze kroczą do przodu. Tak, inspiruje mnie U2. Inspirują mnie Brian Eno i Daniel Lanois. To jedni z najważniejszych producentów w moim życiu. Słuchałem muzyki tworzonej przez Briana Eno w Roxy Music, słuchałem jak produkował Davida Bowiego, słuchałem jego solowych płyt. Jedną z moich ulubionych płyt wszech czasów jest Taking Tiger Mountain (By Strategy). Brian Eno zmienił moje życie jako perkusisty, i Bauhaus, który nagrał przeróbkę utworu Third Uncle z tego albumu... Brian Eno wciąż produkuje płyty U2. Nie słyszę na nich wyłącznie czterech muzyków z Irlandii. Słyszę zrozumienie dla całej popkultury i współczesnej sztuki. Czasami tego typu chwile mają Muse czy Radiohead. U2 robi to jednak od trzydziestu lat, więc to inna historia. Kocham U2. Larry Mullen należy do moich ulubionych perkusistów. Ma oryginalny styl, podchodzi do bębnów w sposób wojskowy, jakby przenosił cierpienie irlandzkiej ulicy prosto do swoich rytmów. Nie tylko pełen lamentu głos Bono przyciąga mnie do tej grupy, także poważne bębnienie, jakie słyszę na jej płytach. 

Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z listopada 2011 (105)

POWIĄZANE ARTYKUŁY

  • Brak powiązanych artykułów
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...