Artykuł

Disturbed - pierwotna terapia

Data: 1 sierpnia 2011, autor: BARTEK KOZICZYŃSKI

Nie pogadaliśmy przy premierze Asylum, lecz dobrze się stało. Bo David Draiman, frontman Disturbed, to inteligentny, błyskotliwy rozmówca, z którym warto skonfrontować się na żywo. Okazja nadarzyła się przed koncertem Disturbed w Warszawie. Zaczęliśmy od płyty, a skończyliśmy na... arabskiej wiośnie ludów.

W tekstach na płycie poruszasz trudne tematy – jedna piosenka za drugą... Nie boisz się, że będziesz musiał do nich wracać do końca scenicznej kariery?

Każda terapia polega na rozpoznaniu problemu, zaakceptowaniu go, zwerbalizowaniu i wyeliminowaniu. Wydaje mi się więc, że im częściej to robię, tym bardziej będę wyzwolony. Zawsze trudno jest wracać do miejsca, w którym napisało się trudny tekst. Ale to konieczne. Nie pozbędziesz się problemu, dopóki tego nie zrobisz. Pierwotna terapia, w najczystszej postaci, istniała od zarania artystycznej kreatywności. Jeśli jesteś muzykiem lub jakimkolwiek artystą – wkładasz swoją pasję, emocje, najmocniejsze uczucia i przekładasz je na sztukę. Wyrzucasz je z siebie: na płótno, na pięciolinię, na cokolwiek, czym się zajmujesz.

Dobra, wyrzucasz coś z siebie, problem rozwiązany. A za 20 lat wykonujesz to z zespołem i...

...i musisz sobie poradzić z tymi emocjami. Musisz ich użyć. Emocje są konieczne, nie możesz się od nich odciąć, gdy jesteś na scenie – akceptujesz je. Jeśli wrócą do ciebie tamte uczucia, mogą być bolesne, ale są konieczne.

Tytuł Asylum ma podtekst psychologiczny?

Utwór tytułowy mówi o wspomnieniu ukochanej osoby, którą straciłeś. To wspomnienie doprowadza cię na skraj szaleństwa, a z drugiej strony jest azylem, bezpiecznym miejscem, w którym zaszywasz się w trudnych momentach. W innym znaczeniu: szaleństwo otaczającego świata doprowadza nas do utraty zmysłów. A przecież to jedyna rzeczywistość, jaką znamy! Musimy sprawić, by była dla nas bezpieczna, by stała się domem. Czyli utwór dotyczy perspektywy osobistej, natomiast tytuł płyty ma szerszy sens.

Poruszyłeś w utworze Never Again, temat Holokaustu. Rozumiem, że dotyczy cię to osobiście, jednak nasuwa się pytanie – dlaczego dopiero teraz, po dziesięciu latach kariery?

Przed napisaniem tego tekstu pojechałem do Izraela. Jestem w połowie Izraelczykiem, mam tam dużą rodzinę, którą często odwiedzam. Byłem z moją babcią w muzeum Holokaustu. Po powrocie do domu odwiedziłem takie muzeum z babcią ze strony matki, która w naszej rodzinie jest ostatnią żyjącą ofiarą obozów. Była w Auschwitz. Zabrano ją tam z Czechosłowacji, pociągiem, gdy była małą dziewczynką. Miała 5 czy 6 lat. Przetrwała, chociaż trzykrotnie stała w kolejce do komory gazowej. Ponieważ była malutka, reszta osób pozwoliła jej pełznąć między nogami na koniec kolejki, tak że w końcu nie dostała się do środka. Trzykrotnie! Aż w końcu Auschwitz wyzwolono. Mój dziadek ze strony matki był z kolei w Bergen-Belsen... Uświadomiłem sobie, że ostatnie żyjące pokolenie, które to przetrwało, za chwilę od nas odejdzie. Poczułem, że w sytuacji gdy pojawiają się zwierzęta w rodzaju Ahmadineżada (prezydent Iranu – przyp. bart), które twierdzą, że Holocaustu nigdy nie było, że to mit wymyślony przez jakąś żydowską propagandę, ważne jest, by się wypowiedzieć. Pomyślałem, że jeśli dam ludziom znać, że to nie tylko historia, o której czytają w książce, lecz coś, co dotyczy kogoś, kogo znają, z kim być może mogą się identyfikować – jak ja, gdy uświadomią sobie, że to dotknęło mnie, moją rodzinę, że to nie film lub powieść – może stanie się to dla nich bardziej realne. Konkretne. Czułem, że powinienem to zrobić.

Skoro przyjechałeś do Polski, nie chciałeś odwiedzić Auschwitz?

Już tam byłem. Z Marszem Żywych, zanim jeszcze dołączyłem do zespołu. Wtedy widziałem wystarczająco wiele. Wystarczy. To trudne do oglądania. A najgorszy był ten drugi obóz, Birkenau. Tam jest wiele zachowanych rzeczy: włosy, buty i tak dalej. Gdy widzisz stertę butów – męskich, damskich, dziecięcych, należących do ludzi zgładzonych bez żadnego powodu – to naprawdę do ciebie dociera. Zabija mnie samo wspomnienie.

To prawda, że pokazujecie prezydenta Iranu w ramach koncertowych wizualizacji?

Nie sądzę, że zrobimy to dziś, ale tak – w Never Again jest paralela odnosząca Ahmadineżada do Hitlera. Moim zdaniem to Hitler naszych czasów. Nie ma nikogo bardziej od niego nawołującego do eksterminacji Żydów. Nie ma nikogo, kto bardziej chce zniszczyć wszystko związane z wolnością i wartościami zachodniego społeczeństwa. Iran jest moim zdaniem katalizatorem każdej fundamentalistycznej frakcji, jaka w tej chwili funkcjonuje na Bliskim Wschodzie. Wspiera je, finansuje...

Ale Iran to nie cały świat arabski. Raczej szyicka wyspa skonfliktowana z sunnicką większością.

Tak, ale ten konflikt nie jest już tak intensywny. Widzimy początek arabskiej wiosny ludów – przetaczają się tam rewolucje. Oni nie walczą już między sobą. Teraz chcą się zjednoczyć, być razem. Już nie ma sporu szyici kontra sunnici, raczej masy kontra dyktatorzy.

Z naszego punktu widzenia lepiej było, gdy rządzili dyktatorzy?

Pod pewnymi względami tak, bo gwarantowali stabilność. Z drugiej strony działali na rzecz fundamentalistów. Jeśli uciskasz ludzi, odbierasz im pieniądze, życie, okradasz państwo któremu powinieneś przewodzić, generacja po generacji, przez 20-30 lat – to tworzysz doprowadzone do nędzy, pozbawione nadziei, nieszczęśliwe i niesamowicie rozgniewane społeczeństwo. A takie społeczeństwo patrzy na fundamentalistów jak na wybawców. Ci ludzie nie mają nic innego do roboty, jak nienawidzić. Jestem wyznawcą teorii, że pomyślność gospodarcza wszystko zmieni. Gdy zobaczą, że jest przed nimi jasna przyszłość, dla ich rodzin i dzieci, bez prowadzenia wojen, bezsensownego pozbawiania życia, poprą to. Nie wierzę, że ktokolwiek z tych ludzi jest z natury zły. Myślę, że postawiono ich w niezwykle trudnej sytuacji, pozbawiono nadziei i są zdesperowani. Muszą się czegoś chwycić.

Tekst w całości ukazał się w numerze „Teraz Rocka” z sierpnia 2011 (102)

Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...