Płyta

Placebo: We Come In Pieces

Data: 1 grudnia 2011, autor: MICHAŁ KIRMUĆ
Tagi: Placebo

Nie ulega wątpliwości, że Placebo to zwierzę koncertowe. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podobne wrażenie można odnieść po obejrzeniu We Come In Pieces.

Eagle Vision

4

Nie ulega wątpliwości, że Placebo to zwierzę koncertowe. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podobne wrażenie można odnieść po obejrzeniu We Come In Pieces. Choć koncert rozpoczyna klasyczny Nancy Boy, prym wiodą utwory z ostatniej, bardzo udanej płyty Battle For The Sun. Jest ciężko, mrocznie, gdy muzycy sięgają po kompozycję tytułową, kiedy indziej wręcz beztrosko. Przykładem Ashtray Heart, w którym wokalnie udziela się także nowy perkusista Steve Forrest. Dodajmy, że zatrudniając tego małolata Placebo zyskało pod względem wizualnym. Widać, że koleś ma radochę z grania w tym zespole.

Jeśli chodzi o realizację koncertu, nie ma tu fajerwerków. Na początku, przy Nancy Boy, ale także przy Every You Every Me, obraz jest – z założenia – mało stabilny i taki niby amatorski (podobne ujęcia trafiają się też później). Sporadycznie pojawiają się również wstawki filmowe, chociażby w Battle For The Sun czy Special Needs, pełnią jednak marginalną rolę. Dlatego uwagę przykuwają sami muzycy. Oprócz wspomnianego perkusisty oczywiście umalowany Brian Molko i ubrany w srebrny, błyszczący garnitur Stefan Olsdal. Jednak na scenie Placebo to nie tylko trio. Przede wszystkim dopełnia skład grająca na klawiszach wokalistka, która pierwszy raz swoją obecność zaznacza w Breathe Underwater, zaś w All Apologies (tak, tym z repertuaru Nirvany – choć nie jest to tak porywająca wersja jak grane swego czasu przez Placebo Running Up That Hill Kate Bush) sięga też po skrzypce.

Oprawa widowiska jest dość skromna. Przez większość koncertu jedyne, co się dzieje od strony wizualnej, to projekcje za plecami muzyków. Dopiero pod koniec na głowy fanów sypią się balony (Trigger Happy Hands) i konfetti (Post Blue).

Najlepsze momenty? Cóż, The Bitter End zawsze robi wrażenie, ale nowe utwory, jak The Never-Ending Why czy For What It’s Worth, też na żywo wypadają świetnie.

DVD We Come In Pieces przynosi także fragmenty innych festiwalowych koncertów z tego samego okresu. Zazwyczaj przed dużo większą publicznością. Ale bywa też, że – jak podczas koncertu w Japonii – Molko i koledzy grali przy świetle dziennym (For What It's Worth).

 

 

Ocena albumu: 4 / 5

POWIĄZANE PŁYTY

  • Brak powiązanych płyt
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...