Płyta

Moore, Gary: Live At Montreux 2010

Data: 1 grudnia 2011, autor: PAWEŁ BRZYKCY
Tagi: Moore gary

Oglądamy tu ostatni sfilmowany koncert gitarzysty. Odbył się, co do dnia, siedem miesięcy przed jego śmiercią

Eagle

5

Gary Moore przez lata odżegnywał się od swych dokonań hardrockowych, które ja akurat bardzo cenię. Wierzyłem, że kiedyś jednak zmieni zdanie i do hard rocka wróci... Tak się stało. Na koncertach wykonywał znów wiele utworów z lat 80., takich, których nie usłyszeliśmy, gdy przyjeżdżał do Polski. Przygotowywał też nową płytę – jak mawiał – celtycką. Jakby kontynuację Wild Frontier z 1987 roku... Bardzo boli to, że nie dane mu było jej nagrać. W książeczce dołączonej do tego DVD pod listą muzyków, którzy wystąpili 6 lipca 2010 w Montreux jest napis „Gary Moore 1952-2011, RIP”... Oglądamy tu ostatni sfilmowany koncert gitarzysty. Odbył się, co do dnia, siedem miesięcy przed jego śmiercią.

Jako obiektywny recenzent powinienem odnotować, że w dwóch czy trzech przypadkach harmonie wokalne Gary’ego Moore’a z klawiszowcem Neilem Carterem wypadają trochę nierówno. Ale cóż to znaczy? Gary, będący częstym gościem Montreux Jazz Festival, dał i tym razem znakomity koncert. I tylko to się liczy. Nie zamierzam tu ściemniać – pierwsze wrażenie, gdy wychodzi na scenę, by wykonać Over The Hills And Far Away, jest takie: bardzo przytył. Ale głos i biegłość gry na gitarze pozostały takie same jak kiedyś. Zwolennicy jego najbardziej korzennej bluesowej twórczości mogą kręcić nosem, podczas gdy ja jestem zauroczony hardrockowymi petardami jak Thunder Rising, Military Man (to akurat kompozycja Phila Lynotta) czy legendarna Out In The Fields, w której słowa Śmierć jest o uderzenie serca stąd robią tym razem szczególne wrażenie. Trzy nowe kompozycje (Days Of HeroesOh Wild One – dynamiczne, ale z celtyckim zabarwieniem, ta pierwsza trochę w stylu Emerald Thin Lizzy, oraz spokojniejsza, choć raczej przestrzenna niż balladowa Where Are You Now?) pozwalają przypuszczać, że mógłby powstać naprawdę znakomity, świeżo brzmiący album. 

Do tego mamy tu klasyczne utwory: Empty Rooms (połączony z So Far Away), Blood Of Emeralds, Still Got The Blues, Walking By Myself, Johnny BoyParisienne Walkways – jak zwykle z zabawą w przedłużanie gitarowej frazy. Bonus, pod wszystko mówiącym tytułem Live At Montreux 1997, to cztery niepublikowane utwory: One Good Reason, Oh Pretty Woman, Still Got The BluesWalking By Myself. Wartościowe, a jakże.

Ogląda się Live At Montreux 2010 świetnie. O euforię trudno, ze względu na śmierć artysty. To nie tak miało być, zupełnie nie tak...

 

 

Ocena albumu: 5 / 5

POWIĄZANE PŁYTY

  • Brak powiązanych płyt
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...