Płyta

The Brew: Live At Luna Lunera

Data: 1 grudnia 2011, autor: ŁUKASZ WEWIÓR

Kto nie był na koncertach, może się o fenomenie The Brew na żywo przekonać za pośrednictwem Live At Luna Lunera. A dodać należy, że poprzednie DVD grupy, Live In Belgium, jest już na naszym rynku praktycznie nieosiągalne.

Jazzhaus

4

Pamiętam dobrze ich kwietniowy koncert w warszawskim Hard Rock Cafe. Power trio rodem z lat 60. Repertuar, styl, zachowanie, stroje również, wszystko nawiązywało do epoki. Kto nie był na koncertach, może się o fenomenie The Brew na żywo przekonać za pośrednictwem Live At Luna Lunera. A dodać należy, że poprzednie DVD grupy, Live In Belgium, jest już na naszym rynku praktycznie nieosiągalne.

Malownicza sceneria hiszpańskiego zamku – zespół usytuowany w krużgankach – to zaleta Live At Luna Lunera. Z drugiej strony siedząca na krzesełkach nie najmłodsza publiczność nie zapewnia, moim zdaniem, odpowiedniego odbioru szaleńczo energetycznemu hard rockowi. Zespołowi to jednak nie przeszkadzało. Miło patrzy się na swobodę, z jaką młody lider wyczynia rozmaite sztuczki na gitarze. Świetnie wypadają przeważające w repertuarze najnowsze utwory z albumu A Million Dead Stars, jak ostro otwierający koncert Every Gig Has A Neighbour, Wrong Tunes, A Smile To Lift The Doubt, Change In The Air czy z łatwością oczarowujący publiczność, przejmujący KAM. Z cudzych kompozycji wykonują tym razem tylko Little Wing Jimiego Hendrixa, zaśpiewane przez basistę, Tima Smitha (ojca perkusisty, Kurtisa, który przywołuje skojarzenia z młodym Gingerem Bakerem). The Brew często porównywani są zresztą do Cream, Jimi Hendrix Experience czy Led Zeppelin. I nie są to zestawienia krzywdzące. Wspomniane KAM ukazuje wrażliwą stronę Jasona solisty, z kolei w Ode To Eugene w trakcie improwizacji oglądamy tarcie strunami gitary o statyw mikrofonu, euforyczne podskoki, unoszenie ręki podpatrzone u Jimmy’ego Page’a... Popisuje się także Tim, który w Every Gig Has A Neighbour wchodzi w publiczność, wykonuje kaczy chód Chucka Berry’ego, a w Heart Desires ponownie staje przy mikrofonie. Kończą długim instrumentalnym A Smile To Lift The Doubt służącym za pretekst do obłędnych wyczynów Jasona na gitarze z pomocą skrzypcowego smyczka, czyli znów Page. A zaraz po tym następuje jeszcze równie długie solo perkusyjne dzikiego Kurtisa, który niczym Bonham gra na bębnach także rękami. Kojarzycie zasiadającego za garami Zwierzaka z Muppetów? Jest zatem co oglądać, jest czego posłuchać. A The Brew dowodzi, że stylowy rockowy show nie wymaga specjalnej oprawy ani efektów. Wystarczy trzech naprawdę utalentowanych gości.

 

 

Ocena albumu: 4 / 5

POWIĄZANE PŁYTY

  • Brak powiązanych płyt
Brak komentarzy
Dodaj komentarz
Treść komentarza...