Płyta
Waits, Tom: Bad As Me
Tom Waits nagrał nowy album z zupełnie nowym materiałem. Od Real Gone – ostatniej całkowicie premierowej płyty – minęło siedem lat. W tym czasie pojawił się jedynie trzypłytowy zbiór odrzutów z różnych sesji z kilkoma nowymi waitsowymi dziwami (Orphans: The Brawlers, Bawlers & Bastards) oraz dwupłytowy album koncertowy (Glitter And Doom Live).
Anti
4,5
Chicago; Raised Right Men; Talking At The Same Time; Get Lost; Face To The Highway; Pay Me; Back In The Crowd; Bad As Me; Kiss Me; Satisfied; Last Leaf; Hell Broke Luce; New Year’s Eve
Podstawowy skład: Tom Waits – voc, bnjo; p, g, perc; Marc Ribot – g; Larry Taylor – g, b; David Hidalgo – g; Patrick Warren – k; Clint Maedgen – s; Charlie Musselwhite – hca; Ben Jaffe – tba; Casey Waits – dr
Produkcja: Tom Waits i Kathleen Brennan
Ten pan ma gdzieś muzyczne style, mody i trendy. Wydaje się, że od pierwszej płyty (była nią Closing Time w 1973 roku) gra niemal tę samą muzykę. To oczywiście wina jego niezwykle charakterystycznego głosu. Nieziemsko zachrypniętego. Niesamowicie intrygującego. Głosu, który albo się lubi i smakuje bez ograniczeń, albo... omija bardzo szerokim łukiem. I mimo że kolejne jego płyty muzycznie różniły się czasem dość mocno – wystarczy zestawić ze sobą koncertową ucztę Nighthawks At The Diner (z Waitsem snującym przy fortepianie i szklaneczce whisky długie życiowe opowieści), przepięknie balladową Blue Valentine, szaloną Swordfishtrombones czy już całkiem odjechaną, teatralną The Black Rider – to i tak zawsze Waits to Waits. Od razu rozpoznawalny, jedyny w swoim rodzaju artysta.
Nagrał właśnie nowy album. Z zupełnie nowym materiałem. Od Real Gone – ostatniej całkowicie premierowej płyty – minęło siedem lat. W tym czasie pojawił się jedynie trzypłytowy zbiór odrzutów z różnych sesji z kilkoma nowymi waitsowymi dziwami (Orphans: The Brawlers, Bawlers & Bastards) oraz dwupłytowy album koncertowy (Glitter And Doom Live).
Zaczyna się od mocnego kopa. Chicago z charakterystycznym akompaniamentem instrumentów dętych, solem harmonijki ustnej na końcu i gościnnym występem gitarowym Keitha Richardsa przywołuje skojarzenie z Singapore z płyty Rain Dogs, na której gitarzysta The Rolling Stones (choć nie w tym akurat utworze) swoją współpracę z Waitsem zaczął. Współpracę, której najpełniejszym wyrazem na Bad As Me wydaje się Last Leaf. Niespełna trzyminutowa, kameralna ballada. Usłyszeć, jak obaj śpiewają słowa w rodzaju: I’m the last leaf on the tree, the autumn took the rest but they won’t take me... Bezcenne.
Inni goście? Do obecności Lesa Claypoola z Primusa na płytach Waitsa zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Na Real Gone obaj muzycy popełnili cudo zatytułowane Hoist That Rag. Na Bad As Me do tego miana spokojnie może pretendować Satisfied. Za wielkiego wyboru nie ma, bo to jedyna tu kompozycja z pulsem basu Claypoola. Rytmiczne pokrzykiwanie Toma miesza się tu jeszcze z saksofonowym „pierdzeniem” Clinta Maedgena i klawiszowym, jazzrockowym szaleństwem Patricka Warrena. To właśnie jedna z tych kompozycji Waitsa, którymi mierzy się przystępność jego muzyki dla zwykłego zjadacza chleba. W skali od jeden do pięciu dałbym tak cztery i pół. Mamy tu jeszcze udział basisty Red Hot Chili Peppers. Dziwne? Nie aż tak bardzo, jeśli pamiętamy, w jak dziwnych konfiguracjach Flea się pojawiał (choćby Atoms For Peace z Thomem Yorke’em z Radiohead). Jego bas (nie trąbkę) słyszymy w Raised Right Men i w Hell Broke Luce. W tym drugim mamy jeszcze Richardsa. Wyobrażacie sobie całą trójkę razem na scenie?
Muzycznie Bad As Me to płyta dość zróżnicowana. Żywe, napakowane zwariowaną energią i udziwnioną aranżacją kompozycje (tytułowa, wspomniana już Raised Right Men, Hell Broke Luce, Satisfied i wydobyta jakby ze starej płyty... Elvisa Presleya Get Lost) są równoważone numerami spokojnymi, żeby nie powiedzieć bardzo spokojnymi. Takimi, w których w tle pogrywa sobie rozklekotane pianino (jeszcze jeden znak rozpoznawczy Waitsa), a na pierwszym planie pojawia się łagodna, chrypiąca kantylena (Face To Highway, wspomniany Last Leaf i zabójczo sentymentalne Kiss Me). Jakby tego było komuś mało, w Back In The Crowd Waits ociera się o staroświeckie country. W Talking At The Same Time złośliwie raczy nas swym wyuzdanym falsetem. A kończy wszystko świątecznym klimatem w New Year’s Eve (z pięknie wplecionym motywem pewnej stareńkiej kolędy). Wszystko? Jest jeszcze Pay Me. Waits popełnił ćwierć wieku temu, na wspomnianej Rain Dogs, pieśń Time. Pay Me to ta sama półka. Kto zna Time dokładnie, wie o co chodzi.
Oj, pięknie ten pan zaczął kolejną dekadę muzykowania. Proszę tylko o nieco żwawsze tempo w pojawianiu się jego kolejnych płyt.
Ocena albumu: 4,5 / 5
POWIĄZANE PŁYTY
- Brak powiązanych płyt
















